Nam śpiewać kazano

Czasami zastanawiam się, czy to ja przyciągam do siebie dziwne sytuacje, czy one samoistnie mnie wciągają. Znów odbyłam podróż pociągiem. Było ciekawie. Na jednej ze stacji wsiadła zakonnica. Nie często zdarzało mi się jechać z taką współpasażerką.

Zakonnica była niesamowicie energetyczną osobą. Uśmiechniętą, radosną, z optymizmem wymalowanym w oczach. Aż miło było na nią popatrzeć. Wszyscy pasażerowie znudzeni, z posępnymi minami, a ona radosna. Wyglądała wśród nas jak pierwiosnek przebijający się przez warstwę śniegu.

Zakonnica najpierw odmówiła różaniec. Do nikogo się nie odzywała. Chociaż pewnie z Szefem w myślach negocjacje na temat podróży prowadziła. W przedziale oprócz mnie i zakonnicy były jeszcze dwie inne kobiety. Milczałyśmy. Czytałyśmy (ja – „Hollywood” Bukowskiego – więcej tutaj) albo spałyśmy. Tak na zmianę. Najmłodsza miała słuchawki w uszach. Odizolowała się od nas. A to „nas” było mniej więcej w moim wieku. Kiedy zakonnica odmówiła różaniec, wyciągnęła kanapkę. Miała bułkę, oczywiście bez wędliny, bo był piątek.

– Dzisiaj z serem – powiedziała nagle ku naszemu ogólnemu zdziwieniu. My uśmiechy. Grzecznie. Bo to fajnie, że ma z serem. Tylko „młoda” się nie zdziwiła, bo cały czas słuchawki szczelnie ją od nas izolowały. – A ser ma dużo cholesterolu – dodała.

A ja oczywiście chciałam zabłysnąć, że niby taka zabawna jestem.

– Niech się siostra nie boi. Wszyscy nim straszą, ale nikt go nie widział – walnęłam i dopiero jak to wyartykułowałam, to zdałam sobie sprawę z tego, że może do zakonnicy tak nie wypada.

– Boga też nikt nie widział, a jest – odparła, zagryzając kanapkę z tym swoim serdecznym uśmiechem.  – Ale żart rozumiem – dodała po chwili ku mojej radości. Faktycznie palnęłam, jak łysy grzywką o kant kuli. Ale nic dziwnego, kiedy tak na nią patrzyłam, wracały traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa związane z lekcjami religii. Z wieloma zakonnicami nie miałam do czynienia. Ale ta, która wróciła we wspomnieniach, paraliżowała. Od razu wyprostowałam plecy, przestałam się garbić.

Miałam wtedy 11-12 lat. Lekcje religii odbywały się w salkach katechetycznych.

Mieliśmy taką zakonnicę, która, kiedy robiła nam sprawdziany, wchodziła na ławkę, by dobrze widzieć, kto ściąga. Zawsze trzymała w ręce wskaźnik, coby nieuczciwego delikwenta pacnąć pieszczotliwie w łepetynę. Na samo wspomnienie chce się stanąć na baczność i krzyknąć „ja, wohl!”. Na katechezie była cisza jak makiem zasiał, bo się baliśmy. Siostra miała w rogu sali wysypany groch, na którym za karę kazała klęczeć. Bo to były czasy, kiedy jeszcze kary cielesne w różnych instytucjach były jak najbardziej wskazane. I pamiętam, jak chciałam coś koleżance na uszko szepnąć, a zakonnica wtedy po nazwisku wyrwała mnie z ławki i kazała kolanami na ten groch. A że ja strachliwe dziecko byłam, chwyciłam piórnik i zeszyt pod pachę i w nogi. Z rykiem rannego zwierza oczywiście. Biegłam do domu, aż się kurzyło, bo miałam wrażenie, że zaraz ręka sprawiedliwości za karczycho złapie i zmusi do odbycia kary. Jednak zakonnica za mną nie pobiegła. Skryłam się w domu na dwa lata. Na religię nie chodziłam, taką miałam traumę. Po dwóch latach w końcu uległam nawom rodzicieli swoich i poszłam. A tam szok! Ta sama zakonnica. Poznała mnie. Ja ją też.

– Przyszła nasza obrażalska – tak skomentowała, ale dała mi spokój. Już nigdy na tym grochu żadnych kar nie musiałam odbywać. Tylko w szkole w kącie się postało, w łapkę cyrklem zarobiło. Ale to standard był. W cenę edukacji wliczony.

I teraz jak w pociągu widziałam zakonnicę, to wspomnienia odżyły. Tylko ta wyglądała jak „przyłóż do rany”. Rumiana, uśmiechnięta twarzyczka ze śmiesznymi okularami na nosie. Podjadła sobie, klasnęła, zatarła dłonie i rzuciła do nas:

– To, co, drogie panie? Może teraz pośpiewamy na chwałę Pana?

Oniemiałyśmy z wrażenia. My na siebie. Oprócz młodej, bo ta w słuchawkach. Szybka wymiana spojrzeń i uśmiechów takich niepewnych bardzo. We mnie strach, że może zaraz z torby wyciągnie kilogram grochu, rozsypie w przedziale i wymierzy zaległą karę.

– Żartowałam – zaśmiała się i wyciągnęła jakieś religijne pisemko. My po sobie. Niepewnie. O co chodzi? Jakieś jaja czy co? Na wszelki wypadek zanurzyłam się w kurtkę, zamknęłam oczy i śpię. Sąsiadka dokładnie to samo. W kimono. A siostrzyczka zatopiona w lekturze. I jakoś jedziemy. Już nam śpiewać nie kazała.

 

* zdjęcia z Wikipedii

12 myśli na “Nam śpiewać kazano”

  1. Dzień dobry Aniu!
    UFF – zaczynamy nowy tydzień. Nie będę oryginalny – nie lubię poniedziałków. Twój tekst pozwolił mi nieco łagodniej rozpocząć tydzień.
    Twoja historia przypomniała mi tegoroczną wizytę księdza z “tytułu kolędy”. Z reguły były to spotkania nudne i męczące – obie strony odwalały pańszczyznę. Kilka zdawkowych pytań, sprawdzenie “kartoteki duszyczek”, paciorek, kasiorka i do domu tzn. na plebanię.
    W tym roku bylismy nie przygotowani – ksiądz wziął nas z zaskoczenia. “Awizator” nie chodził po mieszkaniach i nie pytał czy przyjmujemy księdza. Podobno informacja na temat koledy była na tablicy ogłoszeń na parterze. Ale kto czyta te ogloszenia. Odwiedził nas młody ksiądz (ok. 30). Rozmowny, dowcipny, oczytany, sympatyczny. Posiedzielismy, pogadaliśmy na poważne tematy, ale również o “dupie Maryni”. Zanim sie obejrzeliśmy minęła godzina. Pośmialiśmy się, kawkę z odrobiną “prądu” walnął (zimno było) i zanim zdążyliśmy datek wyciągnąć, zniknął.
    Nasze historyjki, Twoja i moja, pokazują innych księży/zakonnice niż tych, których spotykalismy wcześniej. Czy ta zmiana to już standard, czy cały czas wyjątek?

    1. Jako standard bym chyba tego nie potraktowała. Myślę jednak, że chyba też dostrzegają, iż świat wokół się zmienia i trzeba nadążać. Ale jak zawsze, zależy to od człowieka. Może też o motywacji, jaką się kierował przy wyborze swojej drogi życiowej. Sfrustrowanego i zakompleksionego człowieka nie ukryje nawet sutanna czy habit. 😉

  2. Matko, co to za traumatyczne lekcje religii…Współczuję …
    U mnie było całkowicie na odwrót. Na lekcjach katechezy można było pogadać, spisać pracę domową albo pouczyć się na inny przedmiot. A kartkówki pisaliśmy z otwartymi zeszytami. Luz totalny 😉

    1. Wiesz, inna epoka…, inny czas… Nas lano również w szkołach, ciągano za uszy, stawiano w kącie… 🙂

  3. ” zdałam sobie sprawę z tego, że może do zakonnicy tak nie wypada.”

    Co znaczy “nie wypada”?! Właśnie poprzez traktowanie przedstawicieli czarnej mafii jak “Übermensch’ów” pozwalają sobie na wszystko! Właśnie poprzez takie traktowanie mogą kraść, gwałcić i oszukiwać i jedyne, co im grozi, to komentarz “no, zbłądził/-a” i przeniesienie do innej parafii.

    Jest to znamienne, że podróż z zakonnicą, jest warta wpisu na blogu, ponieważ była miła = nie wyzwała wszystkich w przedziale od pogan i w względnej ciszy skonsumowała kanapkę z serem.

    1. Chyba lekka przesada. Bez habitu czy sutanny też można kraść, gwałcić i oszukiwać. Chyba wszystko zależy od człowieka. Ale fakt jest faktem, że kościół wiele rzeczy zamiata pod dywan.

  4. Do śpiewu to ja jestem pierwsza 🙂
    A z zakonnicami różnie bywa. Co jakbyś trafiła na taką jak z filmów z serii: “Żandarm”? Pamiętasz siostrzyczkę brawurowo prowadzącą samochód, która podwoziła zwykle Louisa de Funesa? 🙂

    1. Pamiętam. 🙂 Świetna była 🙂 Już sobie taką wyobraziłam jako maszynistkę pociągu, którym jechałam 😉

    1. Ostatnio właśnie jakoś mi się tak szczęśliwie układa. 🙂 Ciekawi pasażerowie. Może kiedyś też tacy byli, tylko nie zwracałam uwagi. A teraz jako blogerka mam radar na takie “osobowości” i sytuacje. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *