Wolna chata

Weekend spędziliśmy z Mężusiem w Warszawie. Jajo zażądało wolnej chaty. Obchodziło urodziny z przyjaciółmi.

Są ferie, więc przez tydzień próbowałam z tym moim Jajem rozmowy toczyć na bardzo poważne tematy, bo ta wolna chata przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Towarzystwo miało być mieszane, ponadto w większości znane mi tylko z opowieści. Jakiś taki dyskomfort czułam. Nie pisałam wcześniej oczywiście o tym na moim blogu, bo bałam się, że jak szersze rzesze dowiedzą się o wolnej chacie, to w Warszawie w telewizji w głównym wydaniu „Faktów” zobaczę swój domek oblężony przez rozszalałą młodzież. Słyszałam o takich imprezach umawianych przez internet, a to podziałało na moją wyobraźnię wystarczająco dobrze. Jajo przysięgało, zaklinało się, że przecież nigdy nie zawiodło mojego zaufania itd. No, ono nie, ale jej towarzystwo, miało szerokie pole do popisu. Przy okazji tych poważnych rozmów okazało się, że już pierwszy papieros mamy za sobą. Na pytanie: „Jak to?! Kiedy?! Gdzie?!” Padła zupełnie spokojna odpowiedź: „Jak to, kiedy? Przecież chodziłam do gimnazjum”. Próbowałam drążyć temat, bo oburzyłam się bardzo. Jak to? Moje Jajeczko z paskudnym petem? Ale niewiele się dowiedziałam, ponad to, że to było tylko raz i „niedobre”, więc palenie rzuciło. Pierwsze piwo też wiem, że było, ale już w liceum i też podobno „fuj, niedobre”. I jak sobie tak uświadomiłam, co teraz, to od razu musiałam zresetować mózg i zacząć odliczać od 1 do … nieskończoności, coby nie myśleć o głupotach. Bo tak się pocieszam, że to „głupoty” i na razie nie dotyczą mojego Jaja. Przecież ono takie malutkie jeszcze. Co to jest 17 lat? I wtedy myśl: „Boże, ja też tyle miałam! I co wtedy robiłam?” Od razu rachunek sumienia i próba wmówienia sobie, że przecież ja siedziałam wtedy z mamusią przed TV i egzystencjalne rozmowy toczyłyśmy przy herbacie. Ale za cholerę nie szło. Pamiętam naszą paczkę z tego okresu, wino marki „Sangria”… Precz! Paskudne myśli! Choć wspomnienia niczego sobie…

Przy okazji tych poważnych rozmów stwierdzam jeszcze, że absolutnie nie jestem przygotowana na wyfrunięcie z gniazda tego mojego „nieopierzonego kurczaka”. Zapomnieli mi na porodówce odciąć pępowinę. Albo coś z mózgiem mi zrobiono, bo niby ja wiem, że ono musi itd., ale ja nie chcę! Najlepiej, jakby miało to Jajo 3 latka i tańczyło w domu krakowiaczka. A to nie tylko szykuje się do lotu, to jeszcze na każdy temat ma swoje zdanie. Jakieś takie pyskate. I ciągle mi powtarza: „Pamiętaj, dziecka się nie wychowuje dla siebie, tylko dla społeczeństwa”. Taki cwaniak. Społeczeństwem mi pomiędzy oczy, że niby to mnie poruszy. Że będę dumna, że takiego „własnoręcznie i skrupulatnie” wychowanego człowieka oddam temu niewdzięcznemu społeczeństwu. A ja dumna nie jestem! To znaczy z Jaja jestem, ale ze społeczeństwa nie bardzo. Ja nie chcę! Społeczeństwo duże, da radę bez mojego Jaja, a ja co? Nie dam rady!

Po powrocie do domu okazało się, że wszystkie ściany nadal stoją. Kot żyje (ale co to za życie, jak cały weekend pod łóżkiem przesiedział, a teraz leży mi na kolanach i łapą trąca, by nadrobić zaległości w mizianiu). Nawet Jajo odkurzyło, naczynia pozmywało, wszelkie ślady pozacierało. I jakieś takie podejrzanie grzeczne było i miłe. Co prawda tradycyjne pytanie: „Co mi przywieźliście?” padło, ale jakoś tak później (nie w momencie, kiedy ściągaliśmy buty). Najpierw było cały czas „mamusiu, mamusiu” i pytania, jak się bawiliśmy, jak w kinie, jak w teatrze. Normalnie Jajo mi podmienili czy co?! Zaproponowało nam frytki. My do papu, a Jajo za odkurzacz! Nie chcę jednak wiedzieć, czy to czasem nie tłumienie wyrzutów sumienia. O, nie! Napawam się błogością chwili i myślą, jaka ze mnie super matka i jak mądrze ja to swoje Jajo wychowuję.

W tym czasie, kiedy Jajo bawiło się w wolnej chacie, my z Mężusiem spędzaliśmy prawie romantyczny weekend w Warszawie. „Prawie”, bo ja część czasu na wykładach, a ponadto repertuar, jaki sobie wybraliśmy, okazał się raczej nieromantyczny. W kinie byliśmy na „Drogówce”, w „Zachęcie” na wystawie Uklańskiego i w „Ateneum” na rosyjskiej sztuce „Merylin Mongoł”. Tak ogólnie można też stwierdzić, że to był weekend pod znakiem Agaty Kuleszy i Marcina Dorocińskiego. Wszystkie wrażenia opiszę na blogu w kolejnych dniach (recenzje wrzucę na mój drugi blog). Mężuś zaprosił mnie na kolację na sushi. Tutaj było bardzo romantycznie, klimaty jeszcze walentynkowe. I oczywiście zachowałam się jak wiochmen, ale nie mogłam sobie pozwolić na to, by nie pokazać na blogu zdjęć. Tak ogólnie tylko wspomnę, że wszystkie rozrywki, jakie sobie zafundowaliśmy mniej więcej były w klimatach wódy i seksu (tzn. my bez, tylko jako obserwatorzy). I tak dla smaczku zacytuję fragment sztuki, na której byliśmy, bo to złota myśl, którą może niektórzy do pamiętniczków sobie wpiszą :

„Mężczyźni są jak kibel. Albo zajęci, albo obsrani.”

0 myśli na “Wolna chata”

  1. Oj tam, oj tam! Nieźle się bawiliście i bardzo dobrze! Nie zawsze musi być romantycznie, choć Dorociński bezwzględnie kojarzy mi się z… romantyzmem 😉
    Podejrzewam, że Jajo też nieźle się bawiło i pewnie nie zacierało śladów, tylko sprzątało po imprezie, bo gdyby tego nie zrobiła??? Pewnie nie pozostawiłabyś bez echa, mało tego to by była ostatnia impreza, więc tylko się cieszyć 😛
    Taaaaa, mądrala ze mnie, bo póki co mam prawie 8 latka do 17 to daaaaaleko jeszcze – całe szczęście, choć z gniazda regularnie wyfruwa na obozy, póki co jeszcze mały i nie ma w głowie głupot 😉

    1. To jeszcze ciesz się spokojem, póki możesz 🙂 A Dorociński był raczej w wydaniu “kafara” 😉 Jeżeli oglądałaś z nim film o bezdomnych piłkarzach, to te same klimaty 🙂 mało romantycznie i w sumie mnie rozczarował, bo bełkotał (Kulesza też grała ciągle pijaną, ale była niesamowita) 🙂

        1. Może, niestety. 🙁 Też się dziwiliśmy. No, ale może jest bardziej filmowy niż teatralny? Taka opcja też jest. A Kulesza była niesamowita. Uwielbiam tę babkę. 🙂

  2. Nie będę się wypowiadała na temat Twojego strachu związanego z wolną chatą,bo ja dzieci nie mam i tak mogę sobie gadać,a kiedyś może się okazać,że też przez taki strach będę przechodzić.

    Co do tortu,to ciekawy wyszedł.Czerwony.Nigdy takiego nie robiłam,ani nie jadłam:)Mam nadzieję,że smakował Jaju i gościom?Zostawili Wam chodziaż po kawałkku?:)

    1. Zostawili połowę. Jajo mówi, że dla nich za mdły. Próbowaliśmy z Mężusiem i nam smakował. Chociaż może faktycznie z brzoskwiniami (ten poprzedni) był smaczniejszy. Maliny mogły się wydawać troszkę za mdłe. Pewnie inaczej, gdyby były świeże. Za to po rurkach nie pozostał ślad! 🙂

      1. Rurki są pyszne,ale narazie je sobie odpuszczę.Staram się trzymać diety i cwiczeń:)Mam mocne postanowienie.Nawet mąż wczoraj mnie kusił kawałkiem babki,albo chociaż połową kawałka,ale się nie dałam:)

  3. A Ty się tak bałaś 😉 Widzisz… niepotrzebnie.
    Przynajmniej Warszafkę odwiedziłaś, w teatrze się odchamiłaś i pyszną kolację zjadłaś.
    Częściej córa powinna imprezy robić ! 😉

    1. Tylko nie zachęcaj! 😉 Ja już prawie osiwiałam 😉 A z tym odchamieniem… hmmm. Jutro właśnie o chamstwie mam zamiar napisać 🙂

    1. Cieszę się bardzo 🙂 Szkoda tylko, ze nie udało mi się Was poznać. 🙁 Opowieści Jaja to za mało. 😉

  4. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin dla Jaja!!! Spełnienia marzeń i samych szczęśliwych chwil! To przecież ostatnie jej urodziny jako nieletniej, następna będzie osiemnastka i próg dorosłości zostanie przekroczony 🙂

    1. Dziękuję w imieniu Jaja. 🙂 Tak naprawdę urodziny są 27.02. Teraz były dla przyjaciół, bo są ferie. W ten weekend dla rodziny. 🙂 I tak sobie co tydzień świętujemy. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *