Festiwal smaków

Chyba każdy człowiek powinien dbać o równowagę ducha i ciała. Tak sądzę. Chcę też wierzyć, że duch u mnie taki duży jak ciało, że nadąża.

W związku z tą zasadą w weekend dla ducha pojechaliśmy na Literacki Sopot. Trochę się opuściliśmy, bo w poprzednich latach udawało się nam być dwa-trzy dni, w tym roku tylko w piątek. No, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Udało mi się być na spotkaniu Doroty Masłowskiej, Stefana Chwina i argentyńskiej pisarki Claudii Pineiro (autorki „Czwartkowych wdów” i „Okruchów szczęścia” – polecam, nawiasem mówiąc). Na tej ostatniej mi szczególnie zależało, bo to wyjątkowa okazja być na takim spotkaniu, tym bardziej że miałam książkę, by zdobyć autograf.

Za to sobota była dla ciała. Zdecydowanie. Najpierw dostałam żurawinówkę od p. Dagmary, o której wspominałam, że prowadzi agroturystykę w Mermecie (Pokoje u Dagmary). A ta nalewka to też nie byle co, bo z leśnej żurawiny, w dodatku to pierwszy zarejestrowany produkt tradycyjny z Kociewia. Jakie to doznania smakowe, musicie sobie wyobrazić. Pychota i samo zdrowie.

Byliśmy też ze Sławkiem, podobnie jak w ubiegłym roku, na Festiwalu Smaku w Grucznie. Och! Tam to dopiero się działo. Orgia smaków! Wszelkich! A ludzi całe tłumy, bo oczywiście nic tak nie przyciąga jak dobre jadło (i popitka). Skosztowaliśmy chleba z jagnięciną, baklawy o różnych smakach, miodu, a żeby odczarować słodki smak, zagryźliśmy oscypkiem z grilla. Nie liczę tych rzeczy, które kosztowaliśmy przy okazji oglądania różnych produktów i potraw. Do domu nawieźliśmy sporo zapasów różnej maści. Bo i gęsiny kawałek, sera swojskiego, a także kupiliśmy musztardę z zielonych pomidorów, ketchup z dyni, kiszone zielone pomidory, konfiturę różaną, nalewkę różaną ze śmietanką, owoce suszone, kwas chlebowy. Ech, różności. A jakie pyszne!

Oczywiście te doznania smakowe pobudziły moją rozczochraną i koniecznie muszę zrobić podobny ketchup. Już znalazłam przepisy w necie. Dynia, papryka, cebula, koncentrat pomidorowy i przyprawy. Chyba nic skomplikowanego. Wymyśliłam też, że zrobię paprykę kiszoną, bo przepis też znalazłam. Fajne takie smaki, aż chce się próbować. Jedliście kiedyś takie cuda? A może sami robicie coś oryginalnego? Ja w ferworze eksperymentów zrobiłam powidła z moreli, dorzuciłam do nich garść jeżyny i posypałam lawendą. Wysmażyłam i przyznam, że fajny smak wyszedł. Mogę ruszać na Festiwal Smaku.

14 thoughts on “Festiwal smaków”

  1. małosolne nastawiam często z kawałkami papryki 🙂 takiej zwykłej białej czasem trochę czerwonej (zielona mi nie smakuje, bo jest gorzka)

    do korniszonów dodaję czasem (jak mam domową) papryczkę ostrą, ale nie każdy lubi – mój brat uwielbia, czasem próbuje mi wepchnąć ze dwie papryczki super ostre do jednego słoika ogórków…

    konfitura z truskawek z dodatkiem kwiatów czarnego bzu 🙂
    lub mieszana truskawka z rabarbarem i kwiatami czarnego bzu – potrafię sama wyjadać ze słoiczka

    co do pomidorów zielonych (w sensie niedojrzałych) – to kiedyś, moja Mama gotowała z nich dżem – dobry był 🙂 czasem z samych, a czasem mieszała pomidory z jabłkami – ja tego jeszcze nie robiłam, ale to taki smak z kiedyś (gdybym miała dostęp do zielonych pomidorów pewnie bym próbowała majstrować)

    co do kiszenia papryki – dobrze dodać jest liść czarnej porzeczki, lub wiśni lub winogrona gdyż w trakcie kiszenia franca jedna lubi się rozmazać (czyli masz twardą skórkę a to co miękkie to się robi paćka i maziuga – niejadalne)… nie wiem czy działa, ale mnie się sprawdza i w ogórkach i w papryce

    teraz jeszcze mam w planach kilka słoiczków pomidorów kiszonych zrobić – rewelacja na zimę do zupy pomidorowej 🙂

    1. My w ogródku mamy tylko jedno drzewko owocowe, właśnie wiśnię, którą posadziliśmy ze względu na liście potrzebne do kiszenia, bo moja mama też zawsze dodawała wiśnię albo porzeczkę. 🙂 Coś więc w tym musi być. A te kiszone pomidory to czerwone będziesz robić?
      Szkoda, że mam mały ogródek, bo nie mogę sobie warzywnika zrobić, na pewno bym miała pomidory i ogórki. Z tymi kupnymi to niestety różnie bywa, bo nie wiadomo czym nawożą. 🙂

      1. zalewę do pomidorów robię taką jak do ogórków
        najlepsze są odmiany z dużą ilością miąższu i małą ilością pestek (np. lima – cyli te podłużne, ale niekoniecznie)

        Jędrne i twarde biorą pod kontem zupy, a bardziej dojrzałe pod kontem tego, że będę je blendować. Jeśli są bardzo dojrzałe, to po prostu, po ukiszeniu będą się rozpadać w “paćkę”, co w sosie mi nie przeszkadza zupełnie (bo i tek je blenduję).

        Twardsze, mniej się rozpadną, i będa jędrniejsze, można je posiekać, można je też blendować – kwestia tego co mam pod ręką. W sumie jak wrzucam do zupy, to i tak się rozgotowują prawie.

        Moja mama robi w łupach pomidory, ja je jednak obieram ze skorki – bo zwyczajnie nie lubię skórki. Każdy ma swoją zmorę 😉

        Mam zamiar w tym tygodniu zakisić też słoik lub dwa marchewki – tak na próbę, czy się da i jak może smakować 🙂 … nigdy nie jadłam – więc nie wiem, czy ten eksperyment się powiedzie.

        1. Daj koniecznie znać, jak smakuje taka marchewka.
          A wiesz, że nigdy nie słyszałam określenia “w łupach”. Tak się u Was mówi, czy to może jakieś przejęzyczenie? Pytam z powodu zboczenia językoznawczego. 🙂 🙂

          1. Raczej jest to moje określenie wynikające pewnie kiedyś z przejęzyczenia i tak mi zostało, choć może być rodzinne, gdyż siostra mojej mamy też mówi, że pomidory są w łupach. Nie jest to związane z regionem, bo większość tubylców raczej twierdzi, że pomidory mają skórki.
            Banan dla mnie też jest w łupie. 🙂

            Jak ją zakiszę i trochę podkiśnie dam znać czy marchewka jest taka jadalna. Na occie jest całkiem przyzwoita, przynajmniej w piklach była, ale kiszonej (po za startą w kapuście), nie jadłam jeszcze.

          2. A! Czyli to taki język familijny. To też ciekawe. 🙂
            Czekam na opowieści o doznaniach smakowych z kiszoną marchewką. 🙂

  2. Taaa najpierw dieta żeby schudnąć a potem festiwal smaków…. Ktos tu chyba jest masochistką…
    Ponoć najlepsza dieta to źle gotująca żona…

  3. Ja poza ogórkami to nic nie przetwarzam. Może w tym roku trochę buraków ukiszę. Nie za dużo, bo poza mną tego nikt nie zje, ale smaczne to i zdrowe. No i soki robię. Z malin, z malin i żurawin i z aronii. Wszystko pozostałe robi świekra.
    Jeśli zaś chodzi o smaki wszelakie to ostatnio z sernikami z owocami eksperymentuję. Póki są nasze, sezonowe, to z jagodami i malinami, później przyjdzie czas na brzoskwinie ew. nektarynki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *