Najpierw ratowanie Jaja, a potem pudełko kwiatów

Jajo wróciło po ciężkiej sesji. Pierwszy rok zaliczony. Myślę, że ja też mogę być z siebie dumna, bo ani nie dzwoniłam, by obudzić „na lekcje”, ani by zapytać, czy zjadło śniadanie i czy nakłada czapkę i szalik. Brawo my! Dałyśmy radę. Pierwszy rok najtrudniejszy, teraz chyba pójdzie z górki.

Babcia oczywiście powtarza Jaju, że ma być najlepsze na roku. Dopytuje, które jest. Dla spokoju oczywiście mówimy, że Jajo nie ma sobie równych i wymiata (a trójek nie ma, poprawek też, więc jest dobrze, chyba tak całkiem nie kłamiemy).

Jajo przyjechało w poniedziałek. Rano oczywiście lepiłam pierogi, bo nikt nie robi tak pysznych pierogów (ruskich) jak mama. To się wie. I kiedy już nalepiłam, razem z moimi rodzicami pojechaliśmy do Tczewa po tę moją pierworodną. Komitet powitalny był jak należy. Jajo nie spodziewało się, że będą je witać więcej niż dwie osoby. Taka niespodzianka.

Godzinę przed planowym przyjazdem pociągu Jajo mi napisało, że jest w pierwszym wagonie i mamy być gotowi, bo pociąg prawie pusty, w dodatku stary, więc boi się, że może nie otworzyć drzwi. Byliśmy więc w bloku startowym (ale się zagadaliśmy).

Pociąg nas zaskoczył, bo okazał się długi i pierwszy wagon śmignął koło nas, że zanim się zorientowaliśmy, był już na drugim końcu peronu. Ja w bieg. Taki odruch matki mi się włączył. I w tym biegu z przerażeniem zauważyłam, że niektóre drzwi się otworzyły, a Jaja nie. Biegnę więc co sił. Konduktor gwiżdże i woła, by zamykać drzwi.

– Nieeeee! Nieeeee!!! – wrzeszczę w tym biegu. I wreszcie widzę, jak z trudem otwierają się drzwi w pierwszym wagonie i wychodzi Jajo. Ledwo stanęło na peronie, a pociąg ruszył. Serce o mało mi nie wyskoczyło z klaty, bo trzeba by było jechać po Jajo aż do Gdańska.

Konduktor stojący w otwartych drzwiach (już jadącego pociągu) pomachał mi i ukłonił się. Rzuciłam więc na pożegnanie słowo „dziękuję” i piękny uśmiech matki, której udało się uratować dziecko. Ufff! Jajo dotarło do domu i od razu zabrało się za pierogi.

 

PS  A ja pochwalę się Wam czymś pięknym. Wczoraj odwiedził mnie kurier. Przyniósł mi niespodziankę. Zobaczcie sami jakie cudo. Ja jestem zachwycona. To są kwiaty w pudełku! Żywe! Podobno można w czymś takim zamówić dowolny prezent. Od razu sobie wygooglałam, bo pierwszy raz coś takiego widziałam. Na FB jest eco flower box. Świetnie to wygląda. A pamiątkę będę mieć na całe życie. Zresztą wszystkie upominki od czytelników gromadzę w swoim gabinecie. Sporo się tego uzbierało.

box1box

18 myśli na “Najpierw ratowanie Jaja, a potem pudełko kwiatów”

  1. No powiem ci, ze przygoda na peronie…..serce w gardle 🙂 Brawo matka! Na te pierogi to i ja chętnie bym wpadła 🙂
    Powtórze się: cieszymy się, że flowerbox się podova i polecamy na prezenty wszelakie 🙂

  2. Domowe ruskie też bym zjadła… mniam, tylko zrobić nie umiem Pozdrowienia i gratulacje dla Jaja, że sobie tak świetnie radzi na obczyźnie i że się nie stłukło wypadając z pociągu 🙂

  3. Brawo Jajo, brawo Kura!
    Dałyście rade dziewczyny no ale my wiemy, że… To sie da!!!
    No to teraz zasłużony wypoczynek czyli pogody Wam życzymy i cudnych wycieczek rowerowych z fantastycznym Mężusiem. Bo Jajo pewnie za chwile znów wyleci po amerykańskie przygody?

  4. Jajo świetnie sobie radzi, nie zginie. Brawo Jajo, brawo Kura i cała reszta.:) Sama chętnie skusiłabym się na pierogi. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Cieszcie się ulotną chwilą, bo Jajo niedługo dalej wyfrunie.

    1. Ha, ha 🙂 Pewnie wszystko jeszcze przed nią, choć z egzaminu z historii sztuki brałaby w ciemno trójkę, tak się bała. Poszło jednak lepiej. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *