Wyzwolona kura domowa

Wczoraj upiekłam karpatkę (na zdjęciu jeszcze bez kremu). Wyrosła nie za pięknie, ale i tak cieszy oko i podniebienie. Mam nadzieję, że na weekend moim łasuchom wystarczy. W razie co mam jeszcze zamrożone ciasto na rurki, więc będę mogła uzupełnić brak słodkości.

Tak jak obiecałam, przeczytałam „Zachcianki” – zbiór dziesięciu „zmysłowych” opowiadań wybitnych polskich pisarzy takich jak Chutnik, Gretkowska, Twardoch, Dukaj itd. Pamiętacie, pisałam, że sprawdzę, co znaczy „wyzwolona seksualnie kura domowa”. Nawet zastanawiałam się przed przeczytaniem, czy czasem nie byłam wyzwolona  przed zostaniem kurą domową. Że mnie podkusiło snuć takie durne refleksje! Przeczytałam i cieszę się, że kupiłam e-booka, więc w mojej biblioteczce nie będą straszyć żadne „Zachcianki”, bo mam chyba jakąś traumę po ich przeczytaniu. Mam nadzieję, że zdążę z tym wpisem zanim ktokolwiek z was wyda swoje ciężko zarobione pieniądze na ten zbiór opowiadań. Do dziś nie mogę ochłonąć. Fałdy mózgowe tak mi się poplątały, że przez tydzień ich nie rozsupłam.

Pierwsze opowiadanie Chutnik podobało mi się bardzo. I to by było na tyle. Piękny język, pięknie opisana scena. Naprawdę byłam zaskoczona bardzo pozytywnie. I może dla tego jednego opowiadania warto było wydać kasę. Rozochociłam się do czytania dalej. Drugie opowiadanie śmieszne, aż policzki mnie bolały, ale potem już różnie bywało. Rozumiem też, że temat trudny, bo łatwo tu o banał czy techniczny opis scen.

Czasami jednak myślę, kiedy czytam komentarze pod blogami, jak czytelnicy łatwo nazywają czyjeś pisanie grafomanią. Ja stwierdzam, że nie potrafię odróżnić grafomanii od literatury. Bo niewątpliwie ktoś to za literaturę wartą wydania uznał. Namówił tych biednych pisarzy, żeby coś erotycznego sklecili. Może nawet jakąś dużą zaliczkę dostali i nie mieli wyjścia. Albo może ktoś stał z pistoletem przyłożonym do ich skroni i kazał tworzyć, a wiadomo, że pod presją to nawet świętemu nie … wyjdzie. Nie wiem, głupia jestem. Ale na przykład Gretkowska zawsze kojarzyła mi się z dobrym pisarstwem. Do teraz. Zanim przeczytałam jej opowiadanie. Większej głupoty to chyba nawet ja – taki zwyczajny grafoman, by nie wymyślił. Wyobraźcie sobie taką fabułę: pisarka sama w mieszkaniu pryska się perfumami Chanel 5, potem słyszy pierdzenie (nie wiadomo skąd), z szafy wychodzi Freud, a zza zasłonki Merlin Monroe i co robi ta Merlin? Z twarzą na wysokości rozpiętego rozporka Freuda (uruchomcie wyobraźnię) dziękuje Freudowi za wymyślenie psychoanalizy. A w powietrzu siarkowodorowy odorek, bo ciągle to pierdzenie. No, super, nie? Trzeba być geniuszem, żeby to wymyślić. Ale nie sądźcie, że to takie głupie ot po prostu, czasami autorka rzuci jeszcze hasła: Heidegger, Bober, filozofia dialogu. Tylko nie myślcie, że to ma jakiś sens (no, chyba że mój rozumek tego nie ogarnia). Może chciała zaznaczyć, że jeszcze nie zdurniała całkiem od tego pierdzenia. Dobrze, że jakiś czas temu przeczytałam biografię Freuda  (pisałam o tym), bo teraz nazwisko psychoanalityka kojarzy mi się z tym, w jaki sposób Monroe wyrażała mu swoje uznanie. Kurza twarz, nawet nie chcę o tym myśleć! Dobrze, że czytałam to w czytniku, to nie rzuciłam nim o ścianę. No, ale dzielna byłam, bo wszystkie opowiadania przeczytałam. Akurat odbywało się  to w trakcie moich pociągowych podróży, a kolej sami wiecie, donikąd się nie spieszy. Dobrnęłam w końcu do wyczekanego przeze mnie opowiadania o kurach domowych – tych niby wyzwolonych, bo ciekawa byłam. Jedna z bohaterek podniecała się chochlami i innymi przyborami kuchennymi. „Podniecała” czytajcie dosłownie, w sensie erotycznym i wykorzystywała je w niecnych celach. Ale że była perfekcyjną gospodynią domową, to przed użyciem owijała je folią spożywczą. Taka była wyzwolona! Przeczytałam, szczękę potem zebrałam z podłogi. I stanowczo stwierdzam, że w ogóle nie jestem wyzwolona. I nie chcę!!! Cholera! Ja będę mieć po tej książce traumę do końca życia! Przez trzy dni bałam się wejść do kuchni i spojrzeć na naczynia kuchenne. A folię spożywczą zakopałam w ogródku. Bo co będzie jak się wyzwolę? Oj, fuj!

 

 

* zdjęcie kury z Wikipedii

0 myśli na “Wyzwolona kura domowa”

  1. hmm…i co ja mam dziś biedna począć?wielki dzień gotowania mi się zapowiadał, a po przeczytaniu Twojego wpisu nie mam śmiałości zajrzeć do kuchni;) porzucę marzenia o byciu perfekcyjną panią domową i wyzwoleniu i pozostanę zwyczajną kurą domową Oo!! 😉

  2. Co do książki to ni będę się wypowiadała,ponieważ jej nie przeczytałam i po tym,co o niej napisałaś,na pewno jej nie przeczytam;)

    Jeśli jednak chodzi o karpatkę,to kilka słów mogę napisać.Tobie wyszły “Karpaty”,a mi zawsze “Bieszczady”wychodzą;)Nie wiem,czemu.Skąd masz przepis na to ciasto?

    Ja muszę dziś coś upiec,ale mam “trudne dni”,a to podobno nie wskazane.hmmm…chyba jednak zaryzykuję,bo wolę takie ryzyko,niż ciasto kupować,albo ryzykować,zaganiając do kuchni męża:)

    1. To cieszę się, że nie jestem jedyna. Bo w internecie jest sporo pozytywnych recenzji. Bałam się, że ze mną coś nie tak 🙂

  3. Mam rozumieć, że wałek do ciasta może mieć również inną funkcję niż tylko służyć do rozpłaszczania i nadawania kształtu?
    I czy to znaczy, że masło służy nie tylko do smarowania kanapek a także do lepszego poślizgu? 🙂
    Bryyyyy….to jest straszne co piszę !!

    P.S. Wysłałam ci maila, sprawdź sobie 😉

    1. Sprawdzę, tylko limit mi się na internet wyczerpał i tak szybcikiem korzystam z męża telefonu. Ale jutro zaczyna mi się nowy limit, więc sprawdzę. Dzięki. 🙂

    2. Hehehe, co do masła, to używano go do niecnych celów już w “Ostatnim tangu w Paryżu”. 😉

      To ja już wolę porządne inteligentne romansidło od tego spółkowania z warząchwią!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *