Poeta i jego żona

Druga wtopa w tym miesiącu i planowego postu jeszcze nie ma. Ale musicie sobie wyobrazić, jakie było moje zdziwienie, kiedy po otwarciu oczu (a ciężko było), stwierdziłam, że piątek/piąteczek/piątunio. E-mail ponaglający od czytelniczki też już był. Pisze się więc…

Wczoraj miałam do późna spotkanie klubu czytelniczego Myślnik. I tak zeszło. Przypomniało mi to jednak pewną historię. Co prawda jest ona naszpikowana powtarzającym się wulgaryzmem, ale jest zabawna i związana z czytaniem.

Wyobraźcie sobie mężczyznę i kobietę. Wiek 60+. On domorosły poeta, interesujący się słowem pisanym, ona – niekoniecznie podzielająca jego zainteresowania. Kiedyś miałam okazję z nimi rozmawiać i sama namawiałam mężczyznę, by chodził na spotkania autorskie z poetami, jeżeli go to interesuje. A facet koniecznie chciał z kimś skonfrontować to, co pisał, więc był to dobry pomysł. No, ale przecież żona nie puści męża samego. Poszli oboje. Akurat jakiś lokalny poeta miał spotkanie, w trakcie którego prawie cały czas czytał swoje wiersze. A przecież nie na darmo się mówi, że autor raczej głośno swoich tekstów czytać nie powinien, bo nie bardzo mu to wychodzi. Ten jednak poszedł na całość i tylko przekładał kartki, ku ogromnej męce co niektórych słuchaczy. Wydawało się, że to czytanie nie będzie miało końca.

Mój bohater, pan amator poeta, siedzi jednak zadowolony, bo to go rajcuje. Słucha z uwagą. A jego żona nerwowo się kręci na krzesełku, jakby nagle w siedzenie wlazły jej mrówki i w półszepcie powtarza do męża:

– Spier…alamy stąd. Spier…alamy!…… Ja pier…olę…

Mąż nie reaguje, to ona znów powtarza – cały czas w jednej tonacji. W końcu facet się denerwuje, bo przecież wstyd. Ucisza żonę.

– Ja już wolę, jak ty te swoje wiersze czytasz w domu – jęczy dalej znudzona niewiasta.

Ale nagle w spotkaniu autorskim następuje przełom. Prowadząca zwraca się do słuchaczy z propozycją, by teraz oni zadawali pytania.

Dla kobiety to sygnał. Torba pod pachę. Poderwanie na równe nogi i stanowczy syk w kierunku męża:

– Wypier…alamy!

I poooooszła! Jak przecinak. Skonfundowany mąż pobiegł oczywiście za nią, niestety ledwo nadążył, bo tak kobieta gnała do auta, a po drodze ciskała siarczyste przekleństwa i zarzekała się, że następne takie spotkanie to po jej trupie.

Plus tego taki, że mężczyzna mógł już do woli czytać swoje wiersze w domu.

*

*

PS  A tak mi się teraz skojarzył Teatrzyk Zielona Gęś, jak poeta z medyczką rozmawiali o miłości. Każde z nich używało innego języka. Coś w tym jest. Biedni ci poeci. 😆

0 myśli na “Poeta i jego żona”

  1. 🙂 🙂 🙂 nie miałabym nic przeciwko, aby taką scenę móc w realu zaobserwować 🙂 🙂 ta zona musiała być BOSKA (nie w sensie wyglądu, czy charakteru, ale w pewnym komicznym ujęciu sytuacji)

    język językiem moja droga, wydaje mi się jednak, że czasem własne ego niektórym osobom przesłania cały świat i widzą tylko wielkie JA i tylko to ja są w stanie dostrzec, zaakceptować i tylko, tak na prawdę, z nim rozmawiają, a cała reszta – to tło dla błyszczącego JA 😉 … najczęściej owo ja jest niewspółmierne do tego co faktycznie sobą reprezentują…

    1. A to racja, bo z opowieści wynikało, że ten pan poeta miał bardzo mocno przerośnięte EGO. Twierdził, że jest niedocenionym geniuszem. 🙂 🙂 Oczywiście poezję wydał na swój własny koszt i nikt poza miejsce zamieszkania o nim nie słyszał, ale przecież następne pokolenia na pewno go docenią. 🙂 😉

    1. jak to po co – smycz była zbyt krotka, by ona mogła siedzieć w domu, a on kto wie gdzie… jeszcze by się jakie Baby do niego przystawiały

  2. A ja nie rozumiem po co ten poeta za żoną wyleciał. Bał się, że go do domu nie wpuści? Jak go Poeta Czytający rajcował, to mógł sobie go posłuchać, bez trajkoczącej żony u boku…

    1. no co Ty… pomyśl, gdyby tak nie poleciał za żoną, Ty wiesz jaka by ona mu w domu, kiedy by już tam przyszedł, urządziła jesień średniowiecza… głowa mała żeby sobie to wyobrazić… nie za takie rzeczy na stos facetów posyłają żony ukochane…

      1. To może przynajmniej później sąd uznałby, że był niepoczytalny w chwili nieumyślnego powodowania śmierci małżonki, więc należy mu się tylko obserwacja psychiatryczna, co równałoby się wolnemu czasowi na tworzenie poezyj. Temat już by miał: żal po tragicznie zmarłej żonie. Takie rzeczy dobre się sprzedają… A tak to zaprzepaścił facet swoje szanse na zaistnienie w świecie poetyckim…

      1. Mogłabym napisać, że po to, by się upewnić, czy nie do kochanki poszedł… Ale to chyba nie to. Po prostu są takie baby, co nazbyt dosłownie pojmują “jedność małżeńską” czyli mąż idzie na grzyby, bo zapalony grzybiarz, to ona też – chociaż drzewiej to po grzyby na targ chodziła. Po prostu wszystko (a zwłaszcza rozrywka) wspólnie. A potem marudzą.

        1. Prawda. Strasznie zaborcze są takie osoby i nie pozwalają na odrobinę wolności partnerowi, wszystko musi być pod kontrolą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *