Kanie na bogato

Po optymistycznej diagnozie lekarskiej trzeba było wsiąść na rower i zacząć odbudowywać kondycję. Od czwartku codziennie robiliśmy po 20-30 kilometrów. Zero zakwasów, choć zadyszka nieraz się zdarzyła. Za to z każdej przejażdżki przywoziliśmy grzyby: kanie, maślaki i brzozaki. Mężuś wczoraj trafił jednego prawdziwka. Ale kanie są u nas na bogato. Babcia szczęśliwa, bo obiad z grzybów, to przecież prawie obiad za darmo. Sama nas codziennie wygania do lasu, by przywieźć jeszcze, jeszcze i jeszcze. A my jak te trutnie leżymy sobie od czasu do czasu na trawce.  😆

leżymy

Baliśmy się, bo starsi ludzie chyba niekoniecznie powinni żywić się grzybami, szczególnie smażonymi. Babcia jednak zadowolona wcina, aż się uszy jej trzęsą. Najpierw zupka z maślaków, a po niej na drugie smażone kanie wielkości dużego talerza. I Babcia wciąga całą (ja dałam radę zjeść ¾ takiego olbrzyma).

– Będzie cię bolał żołądek – ostrzegamy, kiedy widzimy, jak Babcia pałaszuje, a wieczorem na kolację nalewa sobie jeszcze zupy grzybowej.

– Nic mnie nie będzie bolało, nie wywołujcie wilka z lasu – stwierdza i łomocze dalej w najlepsze.

kanie

Na drugi dzień obserwujemy dokładnie, czy wszystko dobrze. Babcia oczywiście śmiga jak fryga.

– Coś ty, nawet jak ją będzie bolał brzuch, to się nie przyzna – mówi Mężuś.

Babcia wreszcie wzięta w ogień pytań przyznaje się, ale zaraz dopowiada, że ziółek się napije i będzie git. I tak robi. A potem grzybki wcina dalej.

W niedzielę wieczorem znów wyjeżdżamy rowerami, a Babcia przed drogą nam mówi, żebyśmy znów kani przywieźli, bo to lepsze niż schabowe. A my jedziemy tymi rowerkami przez kociewskie lasy i faktycznie pakujemy co kawałek do kosza. Szesnaście kani! Tym razem jednak zrobię coś innego. W planie są flaczki z kani. Wyczytałam w necie, że pyszne, więc dziś przeprowadzę eksperyment kulinarny w kuchni. A może ktoś z Was już próbował takie flaczki pichcić?

 

 

PS  A jeszcze wczoraj trafiliśmy do miejscowości Zduny, gdzie zauroczyło nas to, w jaki sposób mieszkańcy wykorzystali opony i palety. Byliśmy pełni podziwu, bo tak niewiele trzeba, by świat wokół nas był trochę piękniejszy.

ZdunyPS Aha! I wszystkim Krzyśkom dziś najlepszego! Niech się dzieje tylko dobrze! Uśmiechu, pogody ducha i zdrówka! 😀

0 myśli na “Kanie na bogato”

  1. ja to bym się pewnie musiała o grzyba potknąć aby go dostrzec, a i tak miałabym wątpliwości, czy on jadalny jest, czy nie… więc z grzybów to tylko pieczarki, boczniaki i ewentualnie (samodzielnie) maślaki, jak mnie ktoś przygarnie na wyjazd do lasu… 🙂

    choć taka panierowaną kanię to może i bym zjadła… ale flaczki robiłam kiedyś dawno – z boczniaków, mnie smakowały, choć lekko niejaki smak miały, w sensie, że nieco mało konkretny

    1. No właśnie, z boczniaków można i czytałam, że z kani też. Dzisiaj wypróbuję i podzielę się wrażeniami smakowymi. 🙂

  2. Kani strasznie zazdrościmy, dla formy rowerowej jesteśmy pełni podziwu!!! jak oglądamy fotki z Kociewia to chyba tam sie wybierzemy na agroturystykę !!!
    Ładuj baterie kochana i ciesz sie ładna pogoda i świetnym towarzystwem! No a Babcia daje Wam dodatkowa motywacje – moja teściowa mówi to samo, co będzie sobie dobrego jedzonka żałować? A to wiadomo ile jeszcze życia zostało? A dodatkowo zawsze można użyć ziołek…

          1. No to jest szansa, że sie skuszę – prawdziwe mnie odrzucają (chociaż kojarzą mi sie raczej z ręcznikami frotte niż z flakami jako takimi…)

  3. Schaboszczaki i flaczki z kani…Anka!Powiadam Ci,że gdybym mieszkała bliżej,to już bym łomotała do Twoich drzwi.I to bezczelnie na krzywy ryj 🙂

  4. Wow, ale grzyby! Niezły rozmiar. Ja w zasadzie z grzybami mam tyle do czynienia, co pieczarki sklepowe. Niestety nikt z mojej rodziny ani znajomych się nie zna (może ewentualnie poza tatą szwagierki, ale z tej strony mam rzadko kiedy okazję do kosztowania grzybów. W każdym razie… Oj tak, grzybową, a w zasadzie pieczarkową uwielbiam :D.

  5. Wiem, że zazdrość to brzydka cecha ale przyznaję, zazdroszczę ci Kociewia. Jakieś 10 lat temu przez tydzień ( tylko, niestety) mieszkałam w pobliżu jeziora Wygonin. Cudnie jest mieć do własnej dyspozycji ogromne jezioro. Nikogo w pobliżu oprócz łabędzi, leśnego ptactwa i ryb podskubujących zanurzone w wodzie nogi. Cisza, szum drzew. Jest co wspominać. Do dziś mam wzory haftu kaszubskiego a przed oczami jarmark we Wdzydzach i przecudne haftowane serwety, obrusy. Jak się cieszę, że po zamknięciu oczu, mogę sobie wyświetlać swój własny, kolorowy film.

    1. Uwielbiam Wdzydze i coroczny jarmark, bo na terenie muzeum nie ma żadnego chińskiego badziewia, lecz samo rękodzieło. Ponadto spacerować między starymi chatami, to sama przyjemność. Kociewie jest piękne, ale na pewno Kaszuby jeszcze piękniejsze. Mają niezwykłe pejzaże. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *