Trzęsące się ciało pedagogiczne

U mnie każdy dzień ostatnio ma w planie wyprawę do przychodni, do szpitala albo do jakiegoś prywatnego gabinetu. Z tego względu podróżuję częściej autobusem. Wiadomo, że mina w takiej sytuacji nietęga. Szukam więc zawsze jakiegoś punktu zaczepienia, by mordka się lekko rozdziawiła w grymasie przypominającym choć trochę uśmiech.

źródło pixabayJadę więc tradycyjnie w poniedziałek autobusem. Siedzę sobie wygodnie. Godzina taka, że tylko szkolne niedobitki nim jadą. Na środku stoi kilkoro gimnazjalistów. Rozmawiają o wycieczce szkolnej. Rechoczą. Nawet nie muszę się wysilać, żeby ich słyszeć, a słyszeć chcę, bo mnie też przydałoby się pośmiać, zanim dojadę do tej przychodni i oddam pielęgniarce moje żyły do kłucia.

Domyślam się, że byli z klasą na basenie. I od razu myślę, że odważna wychowawczyni, bo mnie by musiano kołem łamać, żebym wystąpiła w stroju kąpielowym przed uczniami. Nigdy w życiu!

– Widzieliście naszą wychowawczynię? – pyta chłopaczek z blond nastroszoną fryzurą. – Reszta kiwa głowami i rechocze, ten jednak opowiada dalej. – Widzieliście jak wlazła do tej zjeżdżalni? Tak dupsko w tę rynnę wsadziła. – I tu pokazuje dłońmi objętość siedzenia swojej nauczycielki. Podejrzewam, że gdyby to widziała, to chłopaczek miałby przechlapane do końca życia. – Wszystko się jej trzęsło jak galareta, kiedy zjeżdżała. – Teraz prezentuje jakieś drgawki, które są niby odzwierciedleniem jej galaretowatości. Od razu pomyślałam, że zjeżdżalnia była pod napięciem i kobietę lekko potrzepało, bo nie ma innej opcji, by się aż tak trzęsła.

– A słyszałeś, jak się darła? – pyta dziewczę w jakimś modnie wydartym podkoszulku.

No nie! – krzyczę w sobie. Jakie trzęsło? Jakie dupsko w rynnie?! Toż przecież szacowne ciało pedagogiczne! CIAŁO PEDAGOGICZNE! Szacunek mu się należy i cześć, nawet jak lekko galaretowate. No ja jeszcze rozumiem, by porównać to trzęsące się ciało do drżenia osiki. Ale galareta?! Jeszcze może taka z nóżkami świńskimi? To się nie godzi!

A mamusie swoje na zjeżdżalni widzieli? Co?!

Niestety we mnie też coś rechocze, bo oczywiście siebie widzę oczyma wyobraźni, jak tak tą rynną zjeżdżam, jak przelewam się na boki. Jak podłączona pod 220 trzęsę się jeszcze lepiej niż galareta. I już w głowie słyszę śmiech swoich uczniów. A potem się dziwić, że człowieka kołem trzeba łamać, by na basen wybrał się z młodzieżą.

0 myśli na “Trzęsące się ciało pedagogiczne”

  1. Dzieci i młodzież mają dar skrupulatnej obserwacji. Zanim wyszłam z pokoju nauczycielskiego, zawsze dokładnie oglądałam, czy mi coś nie wisi i nie wystaje 😉
    A dzieciaki zawsze nabijały się z szacownego ciała pedagogicznego. Inna rzecz, że skala i forma tego zjawiska przekroczyły wszelkie granice kultury, dobrego wychowania i szacunku.

    1. Pewnie dzisiaj jest zupełnie inaczej niż za naszych szkolnych czasów, ale wszystko zależy od dzieciaków i nauczyciela.
      Pamiętam, jak raz przyszłam do szkoły (jako nauczycielka) w tenisówkach. Uczniowie cały czas patrzyli się na moje buty, aż wreszcie jedna uczennica zapytała, czy nauczyciele też muszą chodzić w obuwiu zmiennym. Nigdy już nie nałożyłam ich do pracy. 🙂 🙂

  2. Od chodzenia na baseen jest nauczyciel wf a posmiać sie z Pani Profesor jest zdrowo. W szkole dzieci na pytanie mamy o wiek pani od … mówią Starszaa kobieta pewnie taka stara jak Ty.

  3. z tym szacunkiem to ostatnio kiepsko wszędzie… towar deficytowy… ale trudno się dziwić, nikt dzieciaków nie uczy tego co to jest szacunek do siebie i dla innych, więc…

    Może nie wszyscy i nie wszędzie nie uczą, ale niewielu uczy i to widać.

    A szacunek jest tym, na co sobie trzeba zapracować i co sobie trzeba wypracować, na początku z samym sobą, a później z otoczeniem.

    Strach myśleć, co będzie z tymi zblazowanymi, modnymi dziećmi, kiedy dorosną i będą się musiały zmierzyć z życiem, a po opcji “należy mi się, bo jestem” bywa to trudne.

    1. To “należy się” faktycznie jest przerażające, ale niestety, jak rodzic uważa, że mu się należy, to co ma myśleć dziecko. Dzisiaj większość ludzi nastawiona jest roszczeniowo. Nie mam pojęcia, skąd to się bierze.

      1. Teraz wszystko jest inaczej, ludzi wyluzować czasami aż do bólu. Moim skromnym zdaniem ciało pedagogiczne powinno mieć jakieś dystans.Jak tylko sięgam pamięcią zawsze pokonanie nabijalismy się z nauczycieli.Jakby to była piękną i zgrabna nauczycielka komentarze byłyby zupełnie inne typu ale bym ją……

        1. Noo, pewnie tak. Podejrzewam, że ta nauczycielka miała dystans, zjeżdżała sobie najspokojniej w świecie bez świadomości, że jest obiektem żartów. Hi, hi 🙂 Uczniowie niestety lubię się nabijać z nauczycieli. 🙂 🙂

  4. Oj, niestety coś w tym temacie wiem… Za moich czasów, jak ja byłem młodzieżą uczącą się, to szacunek wobec nauczycieli był prawdziwy… A teraz, ech szkoda gadać. Smutne to. Ale najgorsze, że przecież dzieciaki tak z siebie tego szacunku nie zgubiły. To wszystko z domu wyniesione. I to jest najsmutniejsze…

      1. A dzisiaj nawet w telewizji mówi się, jak to nauczycielom jest dobrze, bo pracują “osiemnaście” godzin w tygodniu, do tego jak narzekają na uczniów, ale że rodzice przyjęli formę że to “szkoła wychowuje” to już się nie mówi… Ech, czasem to aż mi się nie chce gadać o tym.

          1. Tak, tylko nikt nie widzi tego wszystkiego, co jest poza osiemnastoma godzinami. 18 godzin to lekcje. Na 18 lekcji przypada obowiązek dyżurów na korytarzach, na przykład. Do tego dochodzą konferencje i wywiadówki (tak, wiem, rodzice też muszą wtedy przyjść do szkoły, ale to nauczyciele muszą przygotować się do tego). Nie raz wychodziłem po konferencji około 19-tej ze szkoły. Do tego oczywiście przygotowanie materiałów do lekcji – i to nie jest tak, że za wybór tego, a nie konkretnego podręcznika dostanę od wydawcy “gotowy zestaw” materiałów, scenariuszy itp., bo to zawsze trzeba opracować i dostosować. Do tego sprawdziany – ich przygotowanie oraz sprawdzenie, wszelkie kółka zainteresowań, zajęcia dodatkowe… Więc nie jest tego tylko 18 godzin. Jasne, że może czasem uda się wyrwać mniej, niż te 40 w tygodniu, ale… Cóż, wszyscy narzekający też mogli zostać nauczycielami. Być może wtedy otworzyły by się trochę oczy, ale to już temat na cały wpis, a nie komentarz ;-).

          2. Prawda. I nie jest przypadkiem, że mówi się “obyś cudze dzieci uczył”. To nie jest łatwy chleb.

  5. No niestety – te typki zauważą wszystko lepiej niż niejeden zawodowy szyderca i satyryk.
    W LO też byłam bezlitosna dla swojego ciała pedagogicznego… Ale jakoś tak mniej bezczelnie bo mimo złośliwości lubili mnie i do dziś poznają na ulicy 🙂 Ale na basen nikt z nami nie poszedł – nie wiedzieć czemu (?) :)))) )

  6. Jak dobrze pamiętam, a pamiętam dobrze, bo ja nie z tych, co nie pamiętają jak “cielętami byli”, też różne rzeczy się widziało i też różne rzeczy i sytuacje się w gimnazjum komentowało. Ja z resztą pamiętam naszą wychowawczynię z gimnazjum, to była wysoka, dość sztywna jegomość, Myślę, że trzęsące się ciało pedagogiczne to jeszcze nic, zobaczyć taką służbistkę, jak się pakuję do wody, to dopiero coś! Z resztą mam trochę “doświadczenia” w takich sytuacjach, bo mój były nauczyciel grał w teatrze… różne role, przeróżne. Potem na lekcji nie mogłyśmy z koleżankami wytrzymać patrząc na niego i w myślach przypominając sobie obraz, kiedy na scenie wysypuje mu się kukurydza…
    Pozdrawiam ciepło!

  7. Dawno, dawno temu,kiedy nie istniały żadne prawa ucznia, na jednej z lekcji nauczyciel opowiadał nam jakąś historyjkę. A ja z kolegą w ostatnim rzędzie graliśmy w okręty.
    Gdy zabrzmiał dzwonek Pan kazał pozostać widowni / klasie/ na miejscu, a my obaj zostaliśmy poddani egzekucji.
    Po jednym razie, drewnianym piórnikiem po łapach.
    Do dziś jak wspomnę, po tej dłoni przechodzi dreszcz.
    Wniosek?
    Szacunek do nauczycieli,owszem zdarzało się dowcipkować,ale odbywało się to w konspiracji.
    Wtedy dom i szkoła uczyły jakiejś moralności.

    1. To fakt, że teraz już aż takiej konspiracji nie ma, choć ci uczniowie akurat byli poza szkołą, więc można to uznać za jakiś rodzaj konspiracji. 😉 🙂

  8. Myślałam, że sobie porechoczę, a tu dupa. Smutne to wszystko jest. Ocenianie po wyglądzie…wiem, że to było, jest i będzie. Pamiętam z przedszkola dziewczynkę, która nosiła aparaty słuchowe. Dzieci nie chciały się z nią bawić…ja się bawiłam, z czasem wiedziałam co mówi, kiedy reszta nie rozumiała. Nie nawidzę takiego podejścia. Ale skąd to się bierze- najpierw dziecko słyszy w domu jak rodzice obgadują innych, później trafia w towarzystwo, które to samo słyszało u siebie i kółko się kręci. Jestem na nie, wiem, że sama świata nie zmienię, ale moje dziecko po wyglądzie i grubości portfela nie będzie oceniało- to moja największa rodzicielska misja !

    1. A ja tam trochę porechotałam, choć szkoda, że oceniamy po wyglądzie. Ja jednak w roli tej nauczycielki widziałam od razu siebie, więc mnie to rozbawiło. 🙂

  9. no…. swiadczy to o niezbyt dobrych relacjach i o wychowaniu.
    Przychodzi mi też do głowy taka myśl- jak Kuba bogu, tak bóg Kubie.
    Nie raz zapewne słyszałaś , co panie mówią o niektórych uczniach?

  10. W szkole podstawowej nasza wychowawczyni zawsze chodząca w spódnicach zabrała nas na wycieczkę i z tej okazji wcisnęła się w spodnie – wrażenia niezapomniane, niestety po latach nie jest mi do śmiechu jak patrzę w lustro….
    Ostatnio ze zjeżdżalni korzystał mój mąż i cieszył się jak dziecko. Ale teraz już będzie musiał sprawdzać czy napięcia nie podłączyli…

    1. Ha, ha 🙂 My też mieliśmy taką polonistkę w podstawówce, która nigdy nie chodziła w spodniach, więc jak pierwszy raz przyszła, to wszyscy zamiast się skupić na lekcji, skupiali się na jej wyglądzie. 😉

  11. hmm trochę śmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, za to szyderstwo to paskudna rzecz i basta. z moich czasów LO pamiętam, że na żadną wycieczkę nie pojechałam z wychowawczynią, bo ona “butów nie miała właściwych” a jak pojechaliśmy z inna klasą to nastąpiła “obraza majestatu”. zakładam, że jakbym sama siebie zobaczyła na zjeżdżalni w basenie to rżałabym ze śmiechu jak mojego dziadka kobyłka. 🙂 fakt, że dooopsko mi się jeszcze w rynienkę mieści (z naciskiem na jeszcze) no i nikt pod 220 nie podłączył 😉 ale wyobraźnia zadziałała…

  12. Nawet z własnymi Dziećmi na basen nie poszłam. Chodzę nad jezioro – obok świekry prezentuję się całkiem znośnie, acz wygląda na to, że ja mam większe kompleksy co do własnej figury. I chyba się jednak zgodzę z przedmówczynią: jak na basen to z nauczycielem WFu. Niech dzieciaki widzą jak się korzysta z basenu 😉
    Nauczyciel też na wycieczkę własnych dzieci brać nie powinien. Pamiętam jak moja wychowawczyni z podstawówki zabrała parę lat młodszego od nas synka. Byliśmy w jakichś podziemiach i tam momentami na czworakach trzeba było iść. Wychowawczyni, przez podopiecznych Hipką zwana nie poszła, bo mówiła, że ma klaustrofobię. Tymczasem po wyjściu z podziemi synek do mamy przy całej jej klasie: dobrze mamo, że tam nie poszłaś. Nie zmieściłabyś się.

    1. Ha, ha 🙂 Niezły synek. 🙂 Szczery do bólu. I zgadzam się co do własnych dzieci na wycieczce. Też uważam, że nie powinno się ich zabierać.

  13. No bo szczyle naoglądają się kolorowych czasopism i potem nie mają pojęcia, jak prawidłowo zbudowana kobieta powinna wyglądać!

  14. Nie oszukujmy się, nastolatki to takie wysokie dzieci. Ufnie wierzą w to co zobaczą i przeczytają w internecie i telewizji. Rzeczywiście obraz Pani po 40-tce w TV jest zdecydowanie piękniejszy, stąd też pewnie to zaskoczenie na widok “prawdziwej kobiety” na basenie.

Pozostaw odpowiedź ~Jaga Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *