Powietrzna lewatywa

Będę monotematyczna. Kiedy z nieba bije taki żar, trudno się skupić na czymkolwiek, a moje zakręcone zwoje mózgowe myślą tylko o schłodzeniu. I kiedy tak siedziałam sobie nad moim „wielkim” oczkiem wodnym i próbowałam w nim zanurzyć nogę chociaż do kolana, a nie dawało się z powodu ograniczonej powierzchni, pomyślałam, że chciałabym być boją. boje-188939_640Ale nie Boją – blogerem (choć może to byłoby ciekawe doświadczenie), a taką zwykłą boją swobodnie unoszącą się na powierzchni wody. Nie dość, że byłabym cały czas w chłodku, to jeszcze jakże pożyteczna bym była! I kiedy tak moja rozczochrana kombinowała, jak tu zostać boją, nagle dostąpiłam iluminacji.

Kiedyś słuchałam w radiu audycji o dopingu w PRL-u. I przyznam, że włos na głowie mi się lekko zjeżył, bo nie spodziewałam się, że ludzie są aż tak pomysłowi. Szczególnie jeden sposób bardzo mnie urzekł. Podobno pływaków pompowano powietrzem, by mieli lepszą wyporność na wysokości bioder. Oczywiście nie mam pojęcia, jak się to odbywało, ale wyobraźnia zadziałała.

Rząd pływaków oczekujących na swoją kolej. Pan z pompką, trochę podobną do tej, którą się pompuje opony samochodowe. Oczywiście pod ciśnieniem. Podchodzi sportowiec. Gatki w dół. Końcówka pompki nasmarowana wazelinką, by zapewnić zawodnikowi komfort. Zdecydowany ruch, pompka w cztery litery. Odkręcenie zaworu. Powietrze pod ciśnieniem. Jeżeli delikwentowi oczy wychodzą z orbit, znaczy, że napompowany odpowiednio. Wtedy wskakuje w ciężkie buty, by nie odleciał niczym balonik i nura do wody. Płynie. A nad wodą cały czas dumnie unosi się jego napompowane dupsko w czerwonych kąpielówkach.

Wyczytałam, że pomysł miał jednak wadę, bo napompowany zawodnik, zanim wystartował, to miał problem z utrzymaniem tego powietrza w sobie, bo skubaniec nieszczelny był. Wymyślono podobno nawet specjalne korki gumowe do zatykania zawodników, ale tego w końcu nie zastosowano. A głupio, bo tyle powietrza się marnowało, kiedy ze sportowca uchodziło w sposób niekontrolowany.

Ba! I tak sobie myślę, że po zawodach to taki pływak mógłby jeszcze jako boja dorobić, zanim to powietrze z niego całkowicie zeszło. A jakby mocniej napompować, to i balonik byłby! Tak jeszcze się zastanawiam, czy był sposób na spuszczenie potem tego powietrza w jakiś niezwykły sposób, czy może tradycyjnie: którędy wlazło, to i wyleźć musiało.

Kto chciałby być boją? Unosić się swobodnie nad powierzchnią wody, nie ruszać ręką i nogą, mieć chłodek, chłodek i chłodek…

Mam pompkę do roweru, w razie czego mogę użyć. 😈

 

47 myśli na “Powietrzna lewatywa”

  1. nie, mnie też bycie boją raczej nie kręci… ale na materacu… wysmarowana olejkiem to bym sobie poleżakowała… tym czasem, siedzę sobie w mojej saunie i dogorywam, bo niestety wiatrak porywa mi papiery, a klimy nie mam 🙁

  2. A ja jestem boją 🙂 No naprawdę! Dryfuję sobie przez pół dnia i pilnuję dzieciaków swoich oraz wszystkich z sąsiedztwa. Kupiłam sobie taki fotel dmuchany, że jak się na nim pływa to do pasa jestem w wodzie i dryfuję. Mam nawet otwory na napoje. Dorośli w pracy, ktoś się dziećmi musi zająć, więc mamy u siebie półkolonie. A rola boi bardzo mi pasuje, choć jak przeczytałam o pompowaniu to ciarki mi po plecach przeszły 🙂

  3. Miła jest świadomość, że nie tylko mnie upał robi dziwnie na głowę 🙂 Gdyby ktoś jeszcze stosował tę metodę pływacka to zamiast korka proponuję zgrabny wentylek to i wypuścić by można po starcie w sposób kontrolowany zamiast na żywioł. Może tyczkarzom ta metoda też by się nadała? Kariera boi przez to dmuchanie przestała mnie zachwycać, ale wiosło od kajaka to jest opcja. Zgrabne, pożyteczne, samo robić nic nie musi bo inni machają i w miejscu nie tkwi chociaż kołek tylko zwiedza, pruje akweny. Rozważ to Kuro bo jeszcze trochę tych upałów przed nami 🙂

    1. Ha, ha 🙂 Już rozważam, bo to też dobry pomysł. Takie wiosło w dodatku może wyrwać się z dłoni i bezwolnie sobie podryfować w siną dal. 🙂

  4. Ha, jakoś boją nigdy nie marzyłam być 🙂 U mnie dzisiaj już trochę chłodniej więc nie narzekam 🙂 A i nad jezioro mam blisko więc jeśli tylko mam ochotę to szybko mogę sobie się ochłodzić 🙂

    1. U mnie ok. 16 było całkiem niezłe urwanie chmury. Oczywiście właśnie wtedy z Jajem próbowałyśmy dobiec ze sklepu do samochodu. Zaliczyłam zmokłą kurę, ale było super! 🙂

  5. Jak to się mówi – zrobiłaś mi dzień 😀

    Boją bym nie chciała być, ale takim delfinem na przykład… to już coś 😉

    Pozdrawiam,
    Ewa

  6. No to teraz i ja sobie wyobraziłam tych pompowanych zawodników i oplułam monitor ze śmiechu 😀 Ty to masz niezłe poczucie humoru i wyobraźnie 😉

  7. Ja w te upały czuję się jak boja 🙂 Na działce,w baseniku,na materacu a formie fotela….rączki,nóżki zamoczone w wodzie…..mogłabym tak całe życie 🙂

  8. Moja wyobraźnia skupiła się na spuszczaniu tego powietrza z jelitowych czeluści 🙂 Można taką nową formę rozrywki rozpropagować – dmuchanie jelitka, a potem zawody kto dalej dotrze niesiony odrzutem po tafli jeziora 😉

  9. Ha, Aniu, czyżbyś Lema ostatnio podczytywała?;) Albo Juliusza Verne’a?

    A mnie wynalazki także chodzą po głowie. Na upały jednk zamiast przeistoczenia się w boję zafundowałam sobie wersję ekonomiczną:wiatraczek z Castoramy za 60 PLN i piję hektolitry domowej lemoniady z lodem:) Moim największym zmartwieniem jest jednak nie upał, a pora mokra, bo kilkukrotne wycieranie dwóch bestii, bardzo brudnych po spacerze, jest chyba dużo bardziej męczące niż obecne upały… Wymyśliłam nawet specjalną tubę, musiałaby pachnieć świeżą kiełbaską, do której brudny pies po spacerze byłby zwabiany, a tam turbo -szczotki i suchy szampon dopełniłyby swego i zwierzak wychodziłby drugą stroną tunelu czyściutki i pachnący.Zero prania psich ręczników z toną błota i sierści.Ech, rozmarzyłam się:)) ps Polecam okład z ręcznika, trzymanego w zamrażarce i zimną lemoniadę domową. Działa! 🙂

  10. Jestem sobie boją, wyznaczam na morzu jak daleko może sobie taki pływak pływać. Unoszę się swobodnie na wodzie, w przyjemnym chłodzie. Towarzystwo mam liczne. To galaretowata meduza mnie minie, to zużyta podpaska, to żywa bądź nieżywa rybka, to stała wydzielina jelitowa – ludzka lub psia. Ale poza tym jest przyjemnie, chłodno…
    To może ja pójdę już obiad gotować w tym gorącym, suchym mieszkaniu.

  11. Nie jest źle być Boją. Wiem, bo jestem Boją. Zwłaszcza jest mi dobrze gdy się trochę podpompuję, ale nie powietrzem, tylko takim płynem nieco lżejszym od wody. Wtedy fajnie buja…

  12. Ciekawe ile jedostek im wpuszczali ha ha ha Gdy byłam małą dziewczynką byłam świadkiem jak moi koledzy z ulicy włożyli żabie w cztery litery słomkę i dmuchali. Dmuchali i dmuchali i chyba za dużo bo żaba “pękła” Wiec tak sobie myślę że jakbym była pływakiem to bym sobie nie dała dmuchać w du….pe 🙂

  13. ata szkolne. Babcia mieszkała w małym miasteczku i przeważnie organizowała wszelkie Święta. Przygotowania zaczynały się na kilka tygodni przed spotkaniem rodzinnym. Stół uginał się od wszelkich potraw.

    Pewne dania mi nie podchodziły. Bałem się o tym wspomnieć aby nikogo nie urazić. Komunikowałem wszem i ówdzie, że apetyt mi nie dopisuje. Dostawałem rozmaite środki do wypicia. Wieoczorem miałem robioną lewatywę. Babcia szykowała ciepłą wodę z mydłem. Potem przelewała ją do irygatora. Udawaliśmy sie do pokoju. Na łóżku rozkładaliśmy duży ręcznik. Musiałem rozebrać się i położyć na boku. Gumowy worek z płynem znalazł się na ścianie. Z niego wychodziła długa elastyczna rurka z zaciskiem, a na jej końcu znajdowała się sztywna końcówka, która była kremowana, a następnie umieszczana w pupie.
    Kiedy wszystko było gotowe słyszałem charakterystyczny klik i zawartość worka spływała grawitacyjnie do mojego wnętrza. W długiej elastycznej rurce było sporo powietrza gdyż babcia nigdy nie odpowietrzała aparatury przez zwolnienie zacisku zanim włożyła końcówkę do tyłka.

    Powietrze we wnętrzu powodowało jeszcze większy dyskomfort niż mydliny, które potrafiły niekiedy szczypać.

  14. Za młodości zmagałem się z problemami układu pokarmowego. Raz na parę lat otrzymywałem skierowanie na badania. Jedynym miejscem, gdzie dało się je przeprowadzić był szpital w mieście wojewódzkim. Podróż z małej mieściny do aglomeracji urastała do rangi wyprawy. Machina przyjęć ruszała wczesnym rankiem. Chorzy z torbami, obok ich rodziny. Czułem się jak na dworcu. Potem kolejka na oddział ustawiała się na klatce schodowej. Co chwilę drzwi się otwierały i ktoś wyczytywał na cały głos nazwisko z listy. Głodówka, przeczyszczenie i badania.

    Któregoś dnia odbyłem delegację do pracowni diagnostyki obrazowej. Kierowano mnie do gabinetu obok. Polecano zdjąć piżamę. Klęczałem na łóżku wsparty na łokciach. Kazano przeć. W pupę wciśnięto elastyczną rurka z balonem. Jak dobrze pamiętam to fachowa nazwa to cewniki Foleya. Wręczano mi szpitalną podomkę i maszerowaliśmy do głównego pomieszczenia. Leżałem na stole. Pompowano balonik. Podłączano irygator. Otrzymywałem lewatywę z zawiesiny barytowej. Wykonywano serię zdjęć jelita grubego. Wszystko to chwilę trwało. Dzięki rzeczonej aparaturze mogłem utrzymać wlew.

    Po podobne rozwiązania mogli sięgać nasi sąsiedzi z bloku wschodniego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *