Geniusz cukiernictwa ;)

Wczoraj zaszalałam kulinarnie. No, po prostu mnie poniosło. Lodówka pełna, zbyt pełna, więc chciałam wykorzystać to, co już za chwilę nadawałoby się do kosza. Pieczarki i tony żółtego sera, którego mój kochany mąż ciągle dokupuje. Miałam też trzydniowe bułki. Jak łatwo się domyślić, nie było już na nie amatorów. Przypomniało mi się z dzieciństwa, jak moja mama robiła takie faszerowane bułeczki. To dobra przegryzka do zupy, którą miałam już ugotowaną. Odcięłam górę z bułek, wydrążyłam środek tak, żeby nie uszkodzić boków i spodu. Farsz zrobiłam tak jak mama. Pieczarki pokroiłam, podsmażyłam i dodałam do tego surowe jajko, żeby nie było rzadkiego sosu. Napełniłam bułki. Na wierzch plaster żółtego sera i danie jak znalazł. Na deser też coś upichciłam. Mój piekarnik dawno nie pracował. Teraz mu się należała rozgrzewka przed weekendem. Upiekłam czekoladowe muffinki i na to dałam masę z bitej śmietany i łyżki mascarpone. Dodałam też kilka kropel olejku pomarańczowego, bo muffiny były ze skórką pomarańczową. Pobawiłam się w ozdabianie. Wyszło pięknie (jak na mnie oczywiście). Prawie już chciałam ogłosić się niekwestionowanym geniuszem cukiernictwa, ale opamiętałam się, bo w za chwilę czeka mnie ozdabianie tortu, a niestety to nie zawsze mi wychodzi, jakbym chciała. W zasadzie stwierdzam, że pieczenie ciach, sprawia mi frajdę. Dziwne, nie? Kiedyś miałam alergię na słowo „wypieki”. Teraz już udało mi się je oswoić, często gości w moim słowniku. Nawet przez głowę przeleciało mi takie marzenie o własnej kawiarence… Takiej z domowym ciachem i dobrą kawą… Hmmm… Nawet to zwerbalizowałam przed moją rodziną. Jajo, jak to jajo, musiało skomentować, że jak ktoś idzie do kawiarni to nie na ciacho domowego wypieku, bo takie może zrobić sobie sam. I tak jakoś skrzydełka mi lekko opadły. Mąż do tego dołożył swoje trzy grosze, że będę od rana do nocy w tej kawiarence, a on chce mieć żonę. Nie ukrywam, że ucieszyłam się, że jeszcze chce na mnie patrzeć. Ale potem zabrałam się poważnie do zagadnienia. Zrobiłam biznesplan. Sprawdziłam ceny w hurtowniach (w internecie) naczyń, stolików, krzeseł, ekspresu do kawy i innych urządzeń potrzebnych w takim miejscu. Dodatkowo na remont pomieszczenia, które trzeba byłoby wynająć, doliczyłam 20 tysięcy (czyli drobiażdżek). I ku mojemu zdziwieniu wyszła liczba sześciocyfrowa. A takiej nie posiadam (zresztą pięciocyfrowej również). Za duża suma, żeby brać kredyt na dość ryzykowny interes, chociaż pewnie nie ma nieryzykownych. No, i tak sobie pomarzyłam, a potem wróciłam na ziemię, do moich pięknie przyozdobionych muffinek. Oczywiście, tradycyjnie nie zjem ani jednej. Muszę być silna! One tak wołają do mnie „zjedz mnie, zjedz”. A ja nie! Ukryłam je przed swoim pożądliwym wzrokiem w lodówce. Zresztą nie mają szans tam zbyt długo przetrwać, bo moim łasuchom smakują i wyciągają jedną za drugą. Lubię patrzeć, jak im smakuje. Taki rodzaj masochizmu jest moją przypadłością.

Dzisiaj zabieram się do tortu. Dziękuję za wskazówki. Na pewno z nich skorzystam. A jak byście miały pomysł na krem toffi do kruchych rurek, to byłabym wdzięczna. W moim rodzinnym mieście była taka cukiernia, gdzie właśnie tak nadziewano rurki. Pomyślałam, że jak ubiję kremówkę z masą krówkową, powinno wyjść. A może trzeba tę masę z masłem utrzeć? Jeżeli ktoś wie, to proszę o radę, bo chcę sobie zrobić taką  smakowo-sentymentalną podróż i obiecuję, że jedną zjem. Nie oprę się tej pokusie. I niech tylko ta moja waga pokaże potem niestosowaną liczbę, to skończy w piwnicy!

Biszkopt się udał (bez proszku do pieczenia!). Znalazłam świetny przepis w „Moich wypiekach”. Wyszedł równiutki jak stół, a kiedyś to mi zawsze jakieś góry i doliny się robiły. Co dziwne trzeba tym biszkoptem walnąć o podłogę. Dziwne, nie? Miałam pewne obawy, że mi opadnie po takim wstrząsie. Ja na jego miejscu, gdyby ktoś mną tak rzucał (bo jak się odważyłam, to ciepnęłam nim dla pewności dwa razy), to na pewno bym opadła. A on nie! Równiutki! Zaraz zabiorę się za przekładanie. Nie wiem jeszcze, jaki w środku, ale mam nadzieję, że pulchniutki, bo wyrósł pięknie. Rurki też już upieczone, czekają na wypełnienie. Tylko nie mam pewności co do tego kremu toffi… Za wszelkie podpowiedzi będę wdzięczna.

0 myśli na “Geniusz cukiernictwa ;)”

  1. Nie wiem o jaki krem dokładnie chodzi, ale ja ubijam kremówkę z masą krówkową/kajmakową. Przy czym najlepsze rezultaty mam gdy dodaję kajmak do śmietany przed ubiciem. Jako istota niecierpliwa dodaję tam czasem jeszcze jakiś zagęstnik (np. smietan-fix). Za to zero dodatkowego cukru.
    Powodzenia!

      1. Ubije się. Próbowałam wiele razy. Jeśli dodasz kajmak/masę krówową na początku to ładnie rozpuści się w śmietanie i potem ubije.
        Jak zaczynałam przygodę z tym kremem też się bałam i dodawałam kajmak na końcu ubijania śmietany. Wtedy zawsze robiły mi się z niego grudki…

        1. Już zrobiłam. Zaufałam Ci 🙂 I słusznie, udało się 🙂 Córka już nawet jedną rurkę spróbowała i była zachwycona. Jeden brzeg umoczyłam w rozpuszczonej czekoladzie, a potem zanurzyłam w posiekanych orzechach. Wyszło super. Jutro wrzucę zdjęcia. Dzięki za pomoc, przydała się. Pozdrawiam 🙂
          Fajne rzeczy robisz na swoim blogu 🙂

          1. Ja dawno nie jadłam nic słodkiego i dzisiaj, jak się napróbowałam tych mas, to aż mi niedobrze było, teraz nawet nie mogę myśleć o słodkim. Mam spokój na bardzo długi czas 🙂

  2. Wybacz,nie zdąrzę dziś poczytać Twojej notki.Muszę wracać do kuchni,gdzie jest miejsce kury domowej:)
    Nadrobię wszystko po weekendzie:)Pozdrawiam.
    Ps.mam przepis na krem toffi,ale nie dam rady teraz go napisać.

    1. Już mi doradzono, jak ten krem zrobić. Rurki nadziane. 🙂 Ja też wracam do kuchni zmierzyć się z tortem. Już czas 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *