O mojej naiwności

Na początku był chaos i panika. Potem nastał spokój. Pewnie na krótko, bo wiadomo, jak to w życiu jest. Sinusoida. Po wielkich emocjach „mam globusa”, czy jak kto woli: „głowa mi źle robi”.

Obecnie wszystko wraca do dawnego rytmu. Ten tydzień to było istne szaleństwo. Do tego doszedł jeszcze jeden stres, ale o tym napiszę kiedy indziej. Teraz upajam się tym, że wszyscy w domu. Oczywiście na powitanie Mężusia był rosół ugotowany przez samą babcię, czyli nie było szans na za twardą marchewkę czy szumy. Wszystko przygotowane IDEALNIE.

kasaPrzy okazji odbyłyśmy z babcią kilka „pouczających” dyskusji na temat służby zdrowia. Babcia od początku, jak się dowiedziała, że szykuje się szpital, była za tym, by lekarzowi wręczyć łapówkę. Tłumaczyliśmy, że my z tych, co nie dają. I to nie te czasy, by to robić. Pomijam pojęcie uczciwości.

– To ty zamiast roślinki do ogrodu kupować, odłożyłabyś na łapówkę i operacja odbyłaby się w planowanym terminie – przekonywała babcia. – Oni tak specjalnie robią, by dostać kopertę. Bo ja jak leżałam w szpitalu, a leżałam kilka razy… – i tu nastąpiło wyliczenie wszystkich operacji i zabiegów łącznie z pokazywaniem blizn, które z wiekiem stały się swoistymi trofeami. Przy każdej można by zapisać kwotę, która trafiła w białej kopercie do lekarza.

– O, a tu, jak mi nerkę operowali – babcia pokazuje bliznę. – Tysiąc złotych dał dziadek. I co? I lekarz pod rękę mnie potem po korytarzu prowadzał! Kapcie mi podawał!

Tu parskam śmiechem. Bo to tak, jakby babcia sobie full serwis załatwiła. Z obsługą kapci włącznie.

Opowiadam babci potem o jakichś innych kłopotach z pewną wredną babą, a babcia co?

– Daj jej łapówkę. Pewnie to dlatego.

A ja i tak będę się trzymać wersji, że lepiej być uczciwym. A co mi tam. Może to naiwność, bo przecież gdyby chodziło o dziecko, chyba każdy by dał. Staram się też wierzyć w to, że jednak lekarze (czy pracownicy z innych resortów) nie wykorzystują podbramkowej sytuacji pacjenta (petenta/klienta) dla własnych korzyści materialnych. Genialnie kiedyś napisał Prus, że z krzywdą ludzką jest jak z powracającą falą. I tego się trzymam. Może w swojej naiwności. Ale dobrze mi z tym.

 

0 myśli na “O mojej naiwności”

  1. W każdym zawodzie są ludzie i ludziska i są rożne sytuacje – czasem lekarz ” musi” wsiąść łapówkę żeby pacjent miał “komfort psychiczny” że dał i będzie miał najlepsza opiekę, czasem limity NFZ sa takie że ekstra sprzęt może być wykorzystany tylko przez 1-2 godziny dziennie- kolejka sie wydłuża, potem można robić badania ale tylko odpłatnie – nie ma opłaty z NFZ a i sprzęt i badanie kosztuje. Póki system będzie chory to i służba zdrowia zdrowa nie będzie.
    Osobiście nigdy łapówki nie dałam (próbowałam raz ale usłyszałam od lekarza żeby go nie obrażać)
    Pozdrowienia dla Rodzinki i ukłony dla Babci

    1. Tak mi się wydaje, że łapówka to jak policzek. Mnie też by obraziła.
      A co do systemu, to prawda. Dopóki nie będzie działał odpowiednio, dopóty będą nadużycia.
      Pozdrawiamy również. 🙂

  2. Witaj, Aniu 🙂
    Nasze polskie dylematy. Dawać, czy nie dawać? Dać i uspokoić własne sumienie, że wszystko będzie dobrze, bo lekarz bardziej dopatrzy? Dawać i w zamian dostać wirtualnego kopa, że obrażamy lekarza?
    Zaliczyłam parę szpitali. Nigdy nie dałam nawet złotówki. Przy wypisie kwiatki dla lekarza, kawa, ciasto dla pielęgniarek. W ramach podziękowań. Obsługa, jak w najlepszym hotelu. Bez dawania łapówki. Lekarze i pielęgniarki mili i bardzo fachowi. Można? Można. Ja trafiałam tylko na takich. Ale wiem, że bywa różnie.
    Miłego dnia 🙂

    1. Ja też z reguły trafiałam na dobrą obsługę. Teraz Mężuś też nie narzekał. Pamiętam, jak straciłam słuch i udało mi się go przywrócić, to kupiłam kwiaty dla lekarki. Podziękowałam. I tyle.

  3. Za każdym razem kiedy byłam w szpitalu,doświadczałam na sobie tej różnicy w zachowaniu obsługi odnośnie osób,które dały,a które nie. I za każdym razem żałowałam,że jestem w tej drugiej grupie,szczególnie przy zagrożonej ciąży i przedwczesnym porodzie. Okrutne,ale prawdziwe.

    1. A ja Ci powiem, że nigdy tego nie zauważyłam. Jedyne, co mi się rzuciło w oczy, to to jak traktuje się w szpitalu leżących pracowników służby zdrowia. Zawsze mają trochę lepiej. 🙂

  4. Ja też bym nie umiała. A nawet gdyby, to jeszcze czego!?! Jeżeli wydanie $ miałoby służyć zmienieniu grymasu z ich twarzy na uśmiech – to ja za taki uśmiech dziękuję.

    Pewnie gdyby chodziło o termin operacji ratującej życie ukochanej osoby to bym próbowała. Byłoby mi przykro, że od takich rzeczy to zależy, ale jak mus to mus. W mniej poważnej sprawie – za nic!

    A gdyby mi proponowano, to z pewnością bym była oburzona.

  5. Mówią, że w Polsce tylko ryby nie biorą 😉
    Ja też nie daję i czasem uwierzyć nie mogę, kiedy słucham, za co można dać i wziąć gratyfikację (nie tylko pieniężną) za naszą wschodnią granicą.

  6. Babcia super. 🙂
    Myślę, że łapownictwo to nie jest jednak problem, który można usunąć “nie dając i nie biorąc”. Ponad 20 lat pracowałem w obu systemach, gdzie obowiązkowo “trzeba było i dawać i brać” i wiem, że jest to kwestia właściwego nadzoru. Przecież kierownik, który nie wie, że jego podwładny “bierze” nie nadaje się do kierowania. Druga przyczyna to uznaniowość i nieprecyzyjne przepisy dające możliwość dowolnej interpretacji … do tego jeszcze brak odpowiedzialności urzędników i mamy obraz “teoretycznego państwa”.

  7. Zaradny lekarz ma prywatną praktykę i dużo pacjentów, więc łapówki drobne, nie dające satysfakcji. Wysłałam kiedyś moją cioci do swojego ginekologa. Prywatnie. Na wizycie skasował wg cennika. W szpitalu był milusi (znam go z czasów gdy studiowałam i wierzcie albo nie – ale był zawsze milusi dla pacjentów, nie tylko własnych), potem ciocia kopertą postanowiła wyrazić wdzięczność – oburzył się. Nie wziął. Ciocia mało nie padła ze zdziwienia.
    A mi na stażu to głupio było czekoladę dostać, ale starsi lekarze mówili, że słodycze i kwiaty należy przyjmować – bo pacjent się postarał, wykosztował i nie można mu robić przykrości. A w ludziach jest coś takiego, że lepiej się czują jak coś dadzą (aczkolwiek kwiaty i słodycze w pewnych ilościach też bywają problemem – no bobez co z tym robić?). Swoją drogą czasem pacjenci mają super pomysł na coś miłego – z POZ przyniosłam bochenek swojskiego chlebusia, domowe pączki, kilka jabłek (była cała skrzynka, ale do podziału).

    A Waszej rodzince zdrówka. Dużo zdrówka! Z odrobiną rosołu.

  8. Kiedyś zapytałam ojca, czy iść do lekarza i zapytać o jego stan zdrowia. Spojrzał na mnie jak na wariata i oświadczył, że nie jest ubezwłasnowolniony i sam potrafi porozmawiać o swoim stanie. Uznałam, że ma rację i więcej nie próbowałam. Śmiejemy się czasem z ojcem, że pewnie uchodzimy za wyrodną rodzinę, ale cóż… Damy radę. 😉 Tak więc nie mam nawet okazji, żeby pomachać kopertką. A tak zupełnie poważnie, być może są takie sytuacje, w których uznałabym łapówkę za uzasadnioną, ale generalnie uważam, że to jest psucie systemu. Wiem, że i tak nie działa, ale po co jeszcze ja mam się dokładać?

  9. Starsze pokolenie jest wręcz przekonane, że bez łapówki, ani rusz. Czasy się zmieniły i coraz mniej takich przypadków. Myślę, że wszystkim nam na to zdrowie wyjdzie.

  10. zastanów się na spokojnie… skoro ktoś coś daje – to się bierze… a im większy grajdołek, tym trudniej się doczekać na dziękuję choćby, szybciej, można za to usłyszeć “to za mało”…

    kiedy do wielkiego miasta jeździmy to mama zabiera ze sobą słoik miodu albo niedużą domową szynkę, czy coś w tym guście. Żadnych alkoholi, żadnych pieniędzy.

    Dlaczego tak? Bo mam jest im wdzięczna.

    Otóż, Panie doktorki nie muszą osobiście dzwonić z informacją, że lek do podania dla moich braci już czeka, ani osobiście informować o przełożeniu wizyty, a to robią.

    Litrowy słoik miodu (nie sklepowego) kosztuje tyle co dobra bombonierka i mniej niż wielki bukiet kwiatów, ale dla zabieganej osoby, która ma w domu 3 dzieci jest cenniejszy niż ów bukiet niż bombonierka, bo zwyczajnie się przyda, a być może czasem się o nim zapomina na zakupach lub też uważa się, że ten sklepowy jest majony cukrem (bo często jest). Taka szynka, czy kabanosy mają się tak samo jak miód, zwłaszcza w okolicy świąt, a cena ich – zważywszy, że i tak w tym czasie są w zaprzyjaźnionym miejscu robione w ilości hurtowej, a cena ich jest o wiele niższa niż ta sklepowa, a świeżość niepodważalna – cóż, też lepsze od kolejnej bombonierki i bukietu kwiatów. A kiedy pomyśleć, że choroby moich braci będą narastać i trwać do ich ostatnich dni, to wdzięczność za dobrą opiekę nie jest tym co można przecenić, zwłaszcza, kiedy masz świadomość, że gdyby nie ta dobra opieka, to pewnie co najmniej jeden z nich siedziałby już na wózku… skąd wiem, bo nam minister zrobia zafundowal kilkuletni eksperyment z leczeniem, który nie wyszedł na zdrowie moim braciom, gdyż, w naszym regionie nie było ani 1 specjalisty od ich przypadłości, więc po prostu, nie byli leczeni… no dobra… byli… na telefon, a Pani Doktor przecież nie musiała dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z kimś z sąsiedniego województwa… że o przydziałach pewnych leków już nie wspomnę (nie było w regionie specjalisty, więc nikt nie mógł zgłosić zapotrzebowania na lek) – można było prywatnie… tylko (2 x10,000) x 4 = 80.000 niby nie dużo, ale mówimy o kwocie sprzed 10 lat i sztabie lekarzy, którzy kombinowali tak, że cena była po 2 x 1,500 i nigdy, nie wzięli od nas koperty. Więc słoik miodu wobec walki z systemem jest może i łapówką, ale dla nas jest po prostu wyrazem wdzięczności.

    Żeby nie było – też nigdy nie daję koperty lekarzom. Nie lekarzom też. A kiedy idę prywatnie, to trafiam na takich, którzy nie mają obiekcji by mieć kasę fiskalną i wydrukować mi paragon… 🙂 A gdyby tak, ktoś mnie lub przy mnie starałby się wręczyć łapówkę w urzędzie to – nakopałabym mu do zadka. Za swoją pracę dostaję wynagrodzenie, a jeśli uważam, że jest zbyt małe to… przecież nikt mnie nie trzyma w tej pracy za karę i na siłę… mogę iść tam gdzie zapłacą więcej… mój wybór, więc o co kaman? Wszystko inne jest w przepisach… łącznie z terminowością i procedurami.

    1. Wiesz, ja doskonale rozumiem, że ktoś dziękuje upieczonym własnoręcznie ciastem, usmażonymi pączkami czy miodem z własnej pasieki, choć niektórzy i to wezmą za łapówkę.

  11. Długo by bad tym prawić, Bo dla mnie to jednak trochę bardziej skomplikowane. Żyję w kraju gdzie dawać nie ma komu, no nikt nie bierze. I jest super. Ale gdyby moja tfu tfu mama na przykład wyladowała w polskim szpitalu, to bym dała, Bo Wiem, że inaczej traktowana byłaby źle, o do tego bym nie dopuściła. Wiem, że w to złe wyjście, ale póki służba zdrowia nie zmieni podejścia do pacjenta, jedyne.

    1. Leżałam w szpitalu. Cztery lata temu miałam zabieg, nawet nie pomyślałam o tym, by coś dawać. Opieka była naprawdę dobra. Jeszcze wcześniej straciłam słuch, trafiłam do szpitala. Leżałam dwa tygodnie, słuch przywrócony, opieka była naprawdę na poziomie. Można bez kasy. Naprawdę. Potem wystarczy “dziękuję”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *