Latająca kura

Jestem! Rozczochrana przewietrzona i to tak solidnie, że nie wiem, co w niej zostało.

Już wszystko opowiadam co, jak i gdzie.

Poleciałam. A niby kury nie latają, nie? Że niby nielotki. A ja proszę, poleciałam!

Pamiętacie, jak kilkanaście dni temu pisałam, że mój Mężuś stał się seniorem (no, takim prawie, bo to kwestia dyskusyjna, kiedy się zaczyna wiek seniorski). W prezencie urodzinowym razem z Jajem obmyśliłyśmy genialny plan: zabrać Mężusia na wycieczkę do Londynu. Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy. Już w listopadzie elegancko zamówiłyśmy bilety na samolot, zarezerwowałyśmy noclegi, zakupiłyśmy przewodnik i plan miasta. Byłyśmy zwarte i gotowe do wyjazdu. Co prawda, to Mężuś miał urodziny, ale przecież nie mógł lecieć sam. Poświęciłyśmy się dla niego. Jajo miało lecieć w roli tłumacza, a ja jako ukochana przytulanka Mężusia, żeby mu się dobrze tam spało.

Czego to człowiek nie robi z miłości.

Oczywiście na miejscu okazało się, że Jajo to się umówiło z kolegą, więc tylko jeden dzień z nami spędziło, a potem fruuuu. I przyznam, że chłopak bardzo cierpliwy, bo nawet z nią chodził po sklepach z kosmetykami. I podobno nie marudził! Jajo więc widziało co innego niż my.

londyn 015

A my?

Cóż. Mój Mężuś może i skończył właśnie pół wieku, ale motorek w dupsku to ma jak nastolatek i przegonił mnie tak po Londynie, że ostatniego dnia już ledwo człapałam i zaprotestowałam, że na żaden punkt widokowy (po ciemku! przez park!) nie idę, choćby mnie tutaj poćwiartował na kawałeczki. Urodziny urodzinami, ale bez przesady, nie?

Z moim Mężusiem pięć dni w Londynie i macie najważniejsze zabytki w jednym palcu albo na fotce. Mężuś tak się nakręcił, że ostatniego dnia, kiedy już było wiadomo, że kilku rzeczy nie zdążymy zobaczyć, pojechaliśmy na Baker Street do Muzeum Sherlocka Holmesa.

londyn 210

Idziemy chodnikiem.

– Zobacz, tam jest muzeum. – Pokazuję Mężusiowi po drugiej stronie ulicy. A ten zadowolony:

– O, z tej strony nawet lepiej będzie widać. – Cyknął dwa zdjęcia i leci dalej.

– I jak to? Już? – Prawie krzyczę rozczarowana, bo przecież ja to lubię wejść do środka, chociażby do sklepiku z pamiątkami, wszystko dotknąć, obejrzeć, a nie takie fruuu i lecimy dalej. Mężuś poszedł na ustępstwa i weszliśmy!

londyn 213

Zwiedziliśmy tak dużo, że postanowiłam to rozbić na kilka postów, bo emocji i refleksji sporo.

A wylot nasz był piękny. Tak to „zorganizowałam”, że nawet było pięć godzin opóźnienia na lotnisku! Jajo tyle lata samolotami, ale taki numer to jeszcze się nie zdarzył, stwierdziło więc, że pecha przynosimy. Ale przecież Mężuś miał urodziny, więc może to tak specjalnie było zainscenizowane na lotnisku, by nam vouchery na obiady podarować! Po cztery dyszki na łebka. Akurat starczyło na obiad i napój.

Nie lubię, kiedy coś takiego się dzieje, bo zaraz w mojej rozczochranej pojawiają się komunikaty: to ZNAK. Może ktoś ma zamiar właśnie sobie strzelić w ten samolot i los mnie ostrzega? No, ale zacisnęłam zęby, nic nie mówię, tylko czekam, co będzie dalej. A dalej niestety coraz gorzej. Dolatujemy do Londynu pięć godzin później. Czekamy na busa, na którego kupiliśmy bilety przez internet, bo przecież trzeba dostać się do centrum. Szczegół, że godzina na naszym bilecie minęła dawno temu. Liczymy na to, że kierowca nas zabierze za niewielką dopłatą. Bus wg rozkładu miał być o 17. Czekamy. I nic. Z nami czekają Hiszpanie, więc nikt z nas nie wie, czy rozkład jazdy obowiązuje, czy nie. Jest 17.15. Ciągle nic. O przepraszam, coś się dzieje. Runął grad. Ostro, intensywnie i cholernie zimno. Patrzymy na siebie i pytamy: co jeszcze? Przyjeżdża w końcu bus (o 17.35!). Kierowca porusza się i mówi jak pirat z Karaibów, normalnie prawie Johny Deep, tylko że w zielono-żółto-czerwonej czapce z papierosem w ustach. Super. Mam nadzieję, że dowiezie nas żywych. Oczywiście za bilety skasował pełną kwotę, więc na starcie byliśmy w plecy 30 funtów.

Dowiózł.

Idziemy do hotelu. A tam nam pani mówi, że to nie tu, tylko budynek wcześniej. Idziemy więc. Tutaj inna pani mówi to samo, tylko wskazuje na budynek, z którego właśnie przyszliśmy. No, pięknie. Nie wspomnę o tym, że noclegi zamawialiśmy w listopadzie, a trzy dni przed terminem wyjazdu odwołano nam rezerwację, nie wiadomo z jakiego powodu, więc szukaliśmy czegoś na szybcika. W końcu jednak wszystko się wyjaśnia. Pan prowadzi nas do pokoju (Polak). Okazuje się, że pokój w promocyjnej cenie, bo w hotelu trwa remont. Idziemy więc do pokoju takimi zaułkami, pod jakimiś deskami, rusztowaniami, że wyrywa mi się co chwilę „masakra, masakra”. Jednak pokój okazuje się w porządku. Tak mały, że musimy uważać, by się nie zadeptać, ale ciepły i czysty. Sprzątano codziennie i codziennie wymieniano nam ręczniki. Nie było więc źle.

londyn 151

Jakoś tak przez cały wyjazd towarzyszyło mi poczucie, że może te „znaki” czemuś służyły, na szczęście jednak wszystko było w porządku. Wróciliśmy cali i zdrowi.

 

PS  Rozumiem, że wszyscy się stęsknili.

0 myśli na “Latająca kura”

  1. Moja tęsknota za Tobą nie podlega dyskusji 😉 Fajnie, że jesteście cali i zdrowi. Ja nigdy samolotem nie latałam i pewnie miałabym pełne gacie 😉

  2. Hahaha, najlepsza jest fotka “Jaja”:) A teraz już wiem, skąd określenie się wzięło:) Widzę, że podobnie piszemy, wiele z życia wzięte w tych naszych książkach:)

  3. P.S. Stęsknili, stęsknili, ja czekałam, żeby się wrażeniami ze “Złodziejki marzeń” podzielić, ale niestety rodzina mi nie daje dokończyć książki, ciągle czegoś chcą ode mnie;)

      1. Bardzo przyjemnie mi się Twoją książkę czyta, zaskoczyła mnie totalnie na plus, bo przyznam Ci się szczerze – po opisie z okładki myślałam, że to będzie coś nudnego i rozmamłanego w stylu “rozlewisk” i innych takich;)
        I uśmiecham się pod nosem natrafiając na pewne podobieństwa, jak np. to, że bohaterka mojej “Jesieni w Brukseli” też nissanem jeździ (zresztą ja także;p).
        Już prawie skończyłam, będę niedługo mogła szerzej swoje wrażenia opisać.
        A przy scenie w Sex Shopie dostałam ataku śmiechu, aż rodzina przyleciała pytać, co mi się dzieje;)

  4. Hi, hi! W Londynie już tak jest. Pełen luzik 🙂 A i tak kocham to miasto.
    Na ” Mamma mia” byliście? No to jeszcze polecicie bo warto !
    Buziaki! Puszkowa z Futrzatym 🙂

    1. Mąż pod choinką znalazł przewodnik i mapę, wtedy się dowiedział, bo chciałam, by mógł sobie zaplanować urlop w pracy. 🙂 Cieszył się bardzo. 🙂

  5. Sama uwielbiam podróże, a do Anglii zawsze wracam z przyjemnością 🙂 Cieszę się, że wycieczka się udała.
    A teraz do roboty, bo brak Twoich wpisów na blogu, to… zmarnowany dzień. Dla mnie 🙂 🙂 🙂

  6. Na pocieszenie dodam od siebie, azeby zwiedzic Londyn, nie tylko centrum, rok nie starczy, bo kazda dzielnica, czy nawet tylko polnocny Londyn, a poludniowy, ma swoj niepowtarzalny klimat.
    A jak wyprzedaze, sa jeszcze ???

  7. No to udana wycieczka była :). Nic, tylko gratulować :).

    A swoją drogą fajnie jest, że są teraz coraz tańsze bilety lotnicze i takie wycieczki są coraz bardziej w zasięgu. Mi się marzy, żeby polecieć do NY, choćby na jeden, dwa dni, zobaczyć na żywo te ulice, które zwykle są deptane przez Godzillę czy tam inne stwory filmowe z kosmosu ;).

    1. Lot do Londynu faktycznie jest niedrogi. Wychodzi taniej niż na przykład do Krakowa pociągiem. Jednak do NY jeszcze ceny są kosmiczne.

  8. A kot był Disneylandzie na myszach? Hania sie pyta.. Ja słuchałem BBc News po Waszym wyjeździe , Londyn w żalu i łzach ,że to się już skończyło , płaczą całe kwartały a w kraju radość podobno na traktorach do Warszawy zjadą fani by w tańcu Radości ogłosić triumfalnie “Już są z nami”

    1. Ha, ha 🙂 🙂 Kot szalał w domu. Niezły “sajgon” nam tutaj zrobił. 🙂 Nawet nam na powitanie biały dywan z papieru toaletowego rozwinął na powitanie. 🙂

    1. Nutuś w nagrodę nad ranem wyje nam pod drzwiami sypialni, by go wpuścić, a potem przytula się i śpi w najlepsze. Stęsknił się bardzo. 🙂

  9. Jak miło znowu przeczytać kurzego posta 🙂 Prezent świetny i do tego skorzystała cała rodzina 🙂 Fajnie że wycieczka się udała, chociaż przygód nie mało – ale to dlatego żeby nie było nudno, odrobina adrenaliny nie zaszkodzi 😉

  10. Oczywiście bardzo tęskniliśmy!
    A co do znaków – one może właśnie wróżą szczęście i powodzenie, osobiste jak i zawodowe…
    Kiedyś miałam takie “znaki” w Londynie, wybraliśmy się tam w poniedziałek wielkanocny (całą Wielkanoc spędzałam w Chemsford z narzeczonym, który po świętach – razem ze mną – wracał do Polski). Okazało się, że jest w ten dzień jzkiś remont torów czy coś, zmiana organizacji ruchu itd. Do Chemsford wracaliśmy zahaczając o jakąś nadmorską mieścinę, tylko dzięki temu, że miły pan puścił nas na dworcu przez bramkę bez odpowiedniego biletu. A potem na pustym dworcu przechodziliśmy przez bramkę dla bagażu, bo ludzka chciała od nas biletu (którego nie posiadaliśmy) – korzystaliśmy z opcji przejazdów metrem i pociągami w jednym bilecie. W końcu autobusem wróciliśmy do Chemsford. Cała sytuacja była o tyle trudna, że mieliśmy przy sobie 20 funtów tylko, a narzeczony zamknął już konto w banku i całą gotówkę miał w mieszkaniu, do którego chcieliśmy się dostać. Nie braliśmy więcej kaski ze sobą – bo przecież szkoda było wydawać – a bilety mieliśmy w obie strony (tak nam się zdawało), kanapki i termos w plecaku… I tak było super.
    Co ten znak mówił? Jak dla mnie zapowiadał trudności i problemy ze ślubem, z rodzinami, z mieszkaniem, które dzięki porozumieniu i pomocy naprawdę życzliwych ludzi dało się przetrwać.
    Co Wasze znaki mówiły – a może to, że najcenniejsze najlepsze rzeczy to coś na co się czeka (jak na samolot), które dużo kosztują (jak ponowne opłacenie przejazdu) i te, które na pierwszy rzut oka nie zachęcają (rzecz z noclegiem), a to wszystko należy do Was… Może być taka wróżba?

    1. Szkoda tylko, że bilety do muzeów są drogie w przeliczeniu na złotówki. My ograniczyliśmy się do tych, do których wejścia były za darmo. 🙂

  11. Nyski Sherlock Holmes od razu wywąchał, że to jakieś londyńskie urlopy, co to na Facebooku były zapowiadane! Ha! Ale milczał jak grób, bo nie wiedział, czy Pan Mąż wie, czy też go znienacka pochwycicie i do samolotu wepchniecie. 😀

    Są podobno znaki na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom, ale nie należy ich szukać zbyt intensywnie. 😀

  12. Masakra, ja bym się załamała nerwowo na takie przeciwności losu w obrzydliwa pogodę. Pewnie dlatego,że brak mi pogody ducha i przytulanki. 😉
    Cieszę się , że odpoczęłas Aniu. Pozdarwiam

    1. Był moment, że też byłam bliska załamania. Lecieliśmy na krótko, a to opóźnienie zabrało nam jeden dzień.
      Pozdrawiam również

  13. Dzień dobry. Czytałam z zaciekawieniem, czy obyło się bez żółtych gatek na głowie (wpadam tropem komentarza u DD ;). Sądząc po zdjęciach, raczej się obyło i wycieczka bardziej wpisała się w klimat zapewne znanej wspomnianemu kierowcy busa piosenki “Three little birds” Boba Marleya. No i dobrze 🙂 Pozdrawiam.

  14. Kura z tymi znakami to mam tak samo jak Ty. Opatrzność nad Wami czuwała i Londyn sobie zobaczyłyście:)
    Pozdrawiam całą trójcę a jubilatowi najszczersze życzenia składam

  15. Aniu, przesyłam najlepsze życzenia dla Męża i przyznaję, ze pomysł z prezentem był doskonały. Zwłaszcza, że i Wy skorzystałyście na tym w równym stopniu co i Jubilat. A Londyn musi być szary, zimny i deszczowy, chociaż z tym gradem to było jednak lekkie przegięcie 😉 😀

    1. Pierwszego dnia faktycznie padał grad, ale przyznam, że w następnych wyszło słońce i Londyn wcale nie był szary i deszczowy. Może chciano nam wynagrodzić niedogodności pierwszego dnia? 😉 🙂

  16. Zazdroszczę wam takiej wycieczki. W pracy roboty po pachy a ja nic, tylko o urlopie marzę. Tym bardziej, że ostatni miał miejsce ponad rok temu. Wywiało nas aż do Francji.
    A to Twoje Jajo to was ładnie wykiwało, dokładnie tak jak moja córuś na naszym wyjeździe. Francja była jej pomysłem, a na miejscu się wydało, że za wyborem miejsca docelowego stoi nikt inny, jak chłopak. I to nie byle jaki, a niby kolega! Przystojny sympatyczny francuz. Lepiej uważaj, mój potomek już planuje uciec za rok do krainy żabojadów. Tak o, zostawić nas na pastwę losu! Ale jakby się zastanowić to… wcale się jej nie dziwię! A założę się, że jajowy “kolega” też był atrakcyjnym brytyjczykiem! 🙂

    1. Jajowy kolega porwał Jajo do kina, potem na zakupy i spacer. A Jajo już planuje kolejny weekendowy wylot. A potem oczywiście już snują się poważniejsze plany, więc coś podejrzanego w tym jest. 🙂 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *