Pacjent pierwszorazowy

Przygoda życia zaliczona. Wczoraj czułam się jak po szkole przetrwania. W zasadzie można by takie atrakcje urządzić dla cudzoziemców, taki medyczny survival.  I nawet chyba ABC przetrwania w służbie zdrowia mogłabym już skrobnąć.

Jedno jest pewne. Stwierdziłyśmy z Jajem, że czym dłużej czekałyśmy w poczekalni, tym poziom czarnego humoru wzrastał.

nfzTak jak pisałam wczoraj, przybyłyśmy do rejestracji o 7.00. Wyciągam numerek z maszyny i oczom nie wierzę: 12! (słownie: dwanaście). Aż podskakuję z radości i krzyczę do Jaja: Dwucyfrowy! Jajo patrzy, bo nie bardzo rozumie moją radość, ale dzielnie to znosi, nie puka się w głowę, nie prosi o wyjaśnienia.

Rejestruję Jajo. Piętnaście minut po siódmej już po wszystkim, a wizyta dopiero na dziesiątą. Poszłyśmy na spacer. Potem na śniadanie. Wypiłyśmy kawkę i około 8.30 usiadłyśmy przed drzwiami gabinetu jako pierwsze! Ku naszemu zaskoczeniu do tego lekarza nie było nikogo, a przyjmował zgodnie z rozpiską na drzwiach od 8.00. Czytam e-booka, Jajo śpi mi na ramieniu. Tak, że jak podnosi głowę, to guzik z mojego pagonu ma pięknie odbity na czerwono na środku czoła. Po dziewiątej przychodzi pielęgniarka. I nikt więcej. O 9.30 bierze od nas kartę i informuje:

– Pani doktor jest na urlopie… – W tym momencie opada mi szczęka i mam ochotę przegryźć pani tętnicę, ale przecież nie na darmo były te uspokajające medytacje, więc wstrzymuję na chwilę oddech. – Ale będzie zastępstwo. – Tu już oddycham i stwierdzam, że jednak z powietrzem łatwiej się żyje. – Przyjdzie lekarka z oddziału. – I pani znika za drzwiami gabinetu. Zostawia nas z informacją do przemyślenia.

O dziesiątej wychodzi i mówi:

– Teraz spokojnie czekamy, aż przybędą pierwszorazowi pacjenci. – I znów znika. My z Jajem w śmiech. Zaraz to notuję w kajecie, bo w życiu bym nie wpadła na to, żeby nazwać kogoś „pierwszorazowym”, ale widocznie medycy tak mówią (swoją drogą kapitalne określenie).

– A jak się czeka powoli? – pyta Jajo.

– No, pewnie tak samo jak szybko. – Śmiejemy się, że aż nas poliki bolą. Uświadamiamy sobie, że to przybycie pacjentów pierwszorazowych też raczej nie będzie spektakularne, bo podobno rejestrowano dwoje na dzień (tylko dwa razy w miesiącu), co się później potwierdza.

Siedzimy. Minuty ciągną się jak gumki w gaciach. Masakra. W końcu przychodzi pacjentka w szlafroku, siada koło nas, ona na konsultacje ze szpitala. Nachylam się do Jaja i szepczę na ucho:

– Może też skoczę ci po szlafroczek, to szybciej cię przyjmą, co? – Bo tych w szlafroczkach przyjmują jako pierwszych. Z jednej strony nie wydaje się to logiczne, toż ci przecież „z miejscówkami”, nigdzie im się nie spieszy. Jednak panią przyjęto o 10.30 jako pierwszą. Trzymano godzinę! W tym czasie przybyła pacjentka pierwszorazowa w zawrotnej liczbie jeden. Czekamy. Na korytarzu pełna integracja pacjentów (bo są jeszcze do innych specjalistów). Już wiem komu gdzie strzyka, komu co wycięto albo dopiero wytną, czym trują w popularnych fast-foodach, jak rolnicy karmią zwierzęta i wiele innych bardzo przydatnych rzeczy.

Ale w końcu się udało. Jajo przebadane. Dostało skierowanie na jakieś badanie immunologiczne. Idziemy do laboratorium. Jest tablica, jak byk napisane. Wchodzimy. Mówię co i jak. A pani do mnie:

– A gdzie materiał do badań? – pyta, a ja spoglądam na Jajo i mam ochotę powiedzieć, że tutaj w tych żyłach, trzeba tylko sobie trochę pobrać, ale pani, widząc nasze miny, posyła nas do pobieralni. Krążymy po ośrodku uniwersyteckim, mijamy budynek 10, potem 22, potem 7, 9, a 8 ni chu-chu. Pytam jakiegoś pana. Jest. Wchodzimy. A tutaj. Jezusieńku!

– Nie, mamo, przyjedziemy kiedy indziej. Nie dam rady.

– Jak to nie dasz, dasz. Jak już jesteśmy, to załatwić to trzeba.

Biorę numerek. 269! Parskamy z Jajem takim śmiechem, że na chwilę musimy wyjść na świeże powietrze, by ochłonąć. Wracamy. Przed nami tylko 34 osoby. Czekamy, dzierżąc w dłoni kartkę z numerkiem i co chwilę zerkając na ekran. Godzinka znów zleciała. Tutaj było szybko, bo już miałyśmy taką głupawkę, że było nam wszystko jedno. I chichrałyśmy się, że my w grupie A, mamy tylko 269, ale ci w grupie B już piątą setkę lecą.

Na szczęście Jajo przebadane. Teraz tylko czekać na wynik do połowy sierpnia. No, ale nie tak zupełnie bezczynnie, bo lipiec w kalendarzu mam dość dokładnie zapisany z wizytami u lekarzy. Z Jajem oczywiście, bo z kimże bym mogła.

0 myśli na “Pacjent pierwszorazowy”

  1. Klik dobry:)
    Bo ludzie nie wiedzieć czego chorują i chcą się badać, a biedni lekarze muszą przyjmować. 😉
    Pozdrawiam serdecznie.

  2. Służba Zdrowia…zastanawiam się znowu 😉 czy czasami nie powinni zmienić nazwy na inną,która by odzwierciedlała rzeczywistość.Ale na razie pomysłu brak-chyba że ktoś z czytelników zaproponuje haha.Trzeba mieć końskie zdrowie żeby się leczyć 😉 .

  3. A najsmutniejsze jest to ,że wczoraj na Twoim blogu stażystka tłumaczyła ,że to wynika ze specyfiki służby zdrowia. Oni tam naprawdę zapominają ,że są SŁUŻBĄ.

    1. Jak rejestrują ludzi na rok z góry, to pewnie nie potrafią przewidzieć urlopów pracowników. Brak tutaj jakiegoś logicznego planowania. Ale na szczęście ściągnęli innego lekarza, bo jakby jeszcze przyszło do zmiany terminu i znów trzeba by było czekać, to normalnie chyba bym się lekko wkurzyła. 🙂

      1. Pracując w służbie zdrowia, widzę, że “służba” ze strony personelu wyższego polega głownie na służeniu sobie, swoim interesom i portfelikowi. Oczywiście są wspaniali lekarze, nawet znam takie rodzynki, ale u zbyt wielu panuje przekonanie, że nie oni są dla pacjentów, ale pacjenci dla nich. Ot “panowie szlachta”, co to przecież ciężko i dużo się na studiach uczyli – to akurat prawda – i dlatego ich pieczątka kosztuje ( np 20 zł od zaświadczenia, które lekarz powinien wydać za free ) . Słowa takie usłyszałam od lekarki, po tym jak wyszedł pacjent funduszowy z zaświadczeniem jak wyżej. Na mój komentarz, że uczyła się na państwowej uczelni i za pieniądze podatników, których teraz leczy, odburknęła, że ją nauka dużo energii kosztowała. Ja jedynie dodałam, że jak nas wszystkich. Ręce opadają.

  4. O jak pięknie 😀 przede mną ostatnio było 67 osób 😀
    a ja ze starszym-na badanie i z Młodszym jako towarzystwem. to były straszne 2 godziny.
    a we wrześniu powtórka :/

    Zdrówka dla Jaja bo masakra:/
    po co ma spędzić wakacje na poczekalniach

  5. Witaj, teraz żeby iść do lekarz to trzeba mieć końskie zdrowie. Brawo dla Jaja że tak dzielnie to przetrzymało. Już nie pamiętam kiedy byłam u lekarza ale czytając Ciebie przypomniały mi się czasy kiedy w młodości byłam częstym pacjentem chirurga i nieraz czekał człowiek kilka godzin. No ale dziecię będzie mogło wczorajszą wizytę opisać po wakacjach jako przygoda wakacyjna;-) Pozdrawiam

  6. Witaj 😉 Ja w poniedziałek jade do centrum onkologii do Gliwic, a tam poniżej 8 godzin czekania nie schodzi. Mam już taki luz ,że ostatnio jak mnie zawołali po tych 8h to byłam zaskoczona że to już 😉
    Pozdrowienia i zdrówka dla Jaja

    1. Osiem godzin, to masakra jakaś. Pewnie człowiek może się przyzwyczaić, ale czy nie można by tego jakoś lepiej zorganizować, żeby ludzie tyle godzin nie czekali?

  7. Chyba jakiś kryminał właśnie przeczytałam o tym jak zabić pacjenta w Polsce.
    Arłukowicz powinien przeczytać ten odcinek kryminału – koniecznie. 🙁

    1. On pewnie na wszelki wypadek udaje, że nie wie, co się dzieje. Przecież nikt z polityków nie korzysta z tej samej służby zdrowia co zwykli obywatele, oni pewnie nawet nie mają pojęcia i myślą, że ludzie przesadzają.

  8. Tak sobie czytam i myślę, na ile to wszystko przez niedrożność systemu, a na ile przez nieudolność pracowników służby zdrowia i ich organizacyjną niemoc…

      1. Tu się dużo rzeczy nakłada. Pytałam absolwentki medycyny o to ile jest miejsc na poszczególne specjalizacje. Wyszło, że na neuro i ginesy to jakieś pojedyncze miejsca. Wiem, ginów jak mrówków, ale neuro? Czyli tu blokują władze lekarskie – bo po co konkurencja?
        Zarządzanie szpitalami – to się parę rzeczy kłóci. Nie powinni lekarze, bo się na zarządzaniu nie znają, nie powinni ekonomiści – bo jak tu zaczną rządzić reguły ekonomii, to też będzie dużo trupów (bo leczenie generuje niepotrzebne koszty), ale przynajmniej bilans wyjdzie na 0,a może i na +.

  9. Na temat służby zdrowia wolę się nie wypowiadać 😉 I tak jak napisałaś w jednym z powyższych komentarzy “ha, ha” jest najlepsze, co można powiedzieć. Dla mnie paranoją jest to, że człowiek płaci ubezpieczenie społeczne, a jak co do czego przychodzi to na wizytę trzeba czekać nawet i rok. Babcia mojego męża nie dożyła terminu swojej operacji, który był dwa lata po jej śmierci.

  10. A potem są raporty, że Polacy się nie badają :/ Nosz kuźwa, jak człowiek pracuje, ma dziecko, dom i fafnaście tysięcy obowiązków dziennie to jak ma znaleźć czas na siedzenie godzinami w poczekalni?
    Ech, Polska….

      1. No to się przejdź i poproś o badania krwi. Takie podstawowe. I powiedz, że nic Ci nie dolega, tylko tak, profilaktycznie. Spojrzą jak na wariata. Ale kiedy tak potraktowana z następną wizytą poczekasz, aż zacznie coś dolegać, to będzie pełne oburzenia: I dopiero teraz Pani z tym przychodzi?!?

        1. Wiem, już to spróbowałam. 🙂 A teraz Jajo dostało karteczkę do rodzinnego, że ma być pod stałą kontrolą i na bieżąco wykonywać badania krwi. To pewnie pomoże. 🙂

  11. Okazuje się, że najlepsi specjaliści w gabinetach prywatnych przyjmują. A i panie w rejestracji jakieś takie milsze są. Wczoraj byłam u stomatologa “priv”, jest całkiem spoko, dokładny niesamowicie, ale wiadomo, że na jednaj wizycie się nie kończy. Polecił mi bardzo dobrego specjalistę laryngologa. Fakt, ci u których byłam, jacyś tacy mało starający się byli, starali się trochę “na odwał”. Ale to przychodniani, więc wiadomo. Ten, do którego miałabym iść, niestety przyjmuje tylko prywatnie, a wizyta kosztuje, ot bagatela.. 150 zł. Idę do lekarza na NFZ, ze smutkiem w oczach i…le(ę)kiem. Pozdrawiam.

  12. Bo o to chodzi w służbie zdrowia, że daje ona możliwość wyzdrowienia stojąc w kolejce. Mnie już nie raz uzdrowiła w ten sposób, uwielbiam ich!

  13. po raz kolejny się okazuje, że aby chorować w Polsce to trzeba mieć zdrowie 😉
    fajnie, że byłyście we dwie i bynajmniej humory Wam dopisywały 😉

  14. Może NFZ liczy, że jak się człowiek wychodzi i wystoi, to może się i wyleczy?:D Od tej pory będę nosić ze sobą fartuch, tak by się kwalifikować jako pierwszorazowy 🙂

  15. I wlasnie dlatego nie chce wracac do Polski, bo zeby chorowac to trzeba miec konskie zdrowie i duuuzo cierpliwosci.Powodzenia na kolejnych wizytach pa

  16. Skoro Jajo przeżyło czekanie w kolejce tyle czasu, to chyba jest zdrowe. I mam nadzieję, że właśnie to wykażą wyniki. W każdym razie tego Wam życzę 🙂

Pozostaw odpowiedź ~Karolina Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *