Oby do piątku!

Dzisiaj ostatni dzień szkolenia i w końcu wróci porządek.

Przez 16 lat pracowałam zawodowo na więcej niż jednym etacie i wtedy taka gonitwa „w poszukiwaniu straconego czasu” była czymś najzwyczajniejszym w świecie. Nie ukrywam, że przez ostatnie dwa lata odwykłam i chyba nie chciałabym wracać do takiego kieratu. Zresztą rodzina też stwierdziła, że najlepiej, jakbym pracowała w domu, bo to można w międzyczasie obiadek ugotować, ciacho zagnieść, a i jeszcze odkurzyć i poprasować (sic!). Normalnie jestem człowiek orkiestra.  Cwaniaki jedne!

Jajo odkąd skończyło 10 lat musiało po przyjściu ze szkoły samo sobie przygotować lub odgrzać obiad. Mieszkałyśmy we dwie (nie licząc kota), więc musiało sobie radzić. I nie było z tym najmniejszego problemu. Jednak wczoraj stwierdziło, że nie może się doczekać, kiedy moje szkolenie się skończy i wszystko wróci do normy, czyli do obiadków pod nos, jakie dostaje od dwóch lat, bo mamuśka w kurę domową się przemieniła. Ha! Jak to łatwo człowiek się do luksusów przyzwyczaja! A, i jeszcze prosiło, żebym tak wytrzymała do czasu, kiedy ono na studia pójdzie, bo potem to mogę sobie robić, co chcę. Takie to Jajo moje łaskawe.

Ponadto siedzi wczoraj Jajo w kuchni, rozgląda się wokół i mówi:

– Kilka dni chodzisz na kurs, a w domu jakby huragan przeszedł. – I kiwa głową zdegustowane. No, tak. A jak ma być? Jak ja wracam i znów gdzieś pędzę? Toż wychodzi na to, że cała domowa robota na mnie wcześniej spadała. Mężuś w sumie do 21 pracuje, a Jajo wstaje o 5.20 i wraca o 17-18, lekcje musi odrobić i nauczyć się na następny dzień. Nie ma chętnych do sprzątania. Tylko kot poziom trzyma, śpi. Choć widać po nim, że też niezadowolony. Jak wracam, to ryczy jak głupek.

Zresztą Jajo wczoraj jakiś kryzys niedopieszczenia przechodziło. Nie dość, że miało problemy żołądkowe, źle się  czuło, to co chwilę tylko: „Przytul mnie”. I matka musiała w biegu to Jajo od czasu do czasu do piersi przytulić. A wieczorem już pękło, bo zalało się łzami z niewiadomego powodu. Po kilkunastu minutach negocjacji udało się ustalić, że bułkę by zjadło albo chleba kawałek. A u nas oczywiście nikt tego dnia zakupów nie poczynił, więc Jajo się mazało niczym trzylatek. No, ale matka superkura rękawy podwinęła, mąki chlebowej do miski nasypała i dawaj zagniatać dla Jaja swego bułeczki. O 20! No, ale czego się nie robi, by choć pozorny porządek przywrócić. Jajo łzy otarło, podziękowało, poprzytulało się uradowane i w końcu poszło spać.

No, oby do piątku!

0 myśli na “Oby do piątku!”

  1. Dzieci zawsze tęsknią za mamą. Do tej pory jak mam złe dni, to tulę się do mamy. Na obiadki już nie narzekam, ale młode lata bez obiadu to horror. ;D

  2. A ja myślę, że taka gonitwa nie jest niczym najzwyczajniejszym w świecie. Sądzę, że właśnie dlatego, że daliśmy sobie to wmówić, świat coraz częściej staje na głowie. Też to przerabiałam, ale przysięgłam sobie: NIGDY WIĘCEJ! Mam nadzieję, że w swoim postanowieniu wytrwam. Praca jest ok, ale każdego dnia powinna jednak mieć początek i koniec.

    1. A ja kilka razy taką gonitwę solidną dawką zdrowia przypłaciłam i wtedy zawsze postanawiałam poprawę, jednak działało na krótko. Teraz wiem, że mnie potrzebny był dystans do takiego życia. I mam nadzieję, że gonitwa już nigdy na stałe nie zagości w moim życiu. 🙂 🙂

  3. Tak obiadki caly ten domowy kierat męczy ale jak milo kiedy takie jajo powie bez Ciebie ani rusz to jak widzę i buleczki po calym dniu sie piecze 😉 Nie mowie o sytuacji kiedy czlek wykorzystywany ale tak zwyczajnie potrzebny i wyczekiwany w domu jest Ja osobiscie to właśnie lubię w rodzince

    1. Masz rację, że wtedy jest to miłe. Jajo stwierdziło, że żadna inna mama na świecie o tej godzinie by swemu dziecku bułek nie piekła. Miłe to było, bo kocham to moje Jajo najmocniej na świecie. 🙂 🙂

    1. Czytałam kiedyś “Nieśmiałość” P. Zimbardo. Niezłe, choć pod wieloma względami dziś to nieaktualne, ale jeden postulat dot. wychowanie dzieci mnie urzekł. Brzmiało to mniej więcej tak: Przytulaj dziecko, chyba że się brzydzisz (albo cię odrzuca – nie pamiętam dokładni). Jeśli się brzydzisz – zażyj aviomarin… i przytul.
      To tak na wypadek, jak by ktoś chciał stwierdzić: co mam zrobić, jak mnie odrzuca od przytulania 😉

    1. W tygodniu raczej nie ma szans. 5.20 wstaje, wraca 17-18 – nauka, lekcje, korki. I wcześniej musi iść spać, bo pobudka prawie o świcie. 😉

  4. Pomimo tego, że wszystko w domu spada na głowę takiej kury, to jednak zdecydowanie lepsza to opcja niż etacik 🙂 Ja od półtorej roku jestem Matką-kurą z wyboru. Rzuciłam w cholerę pracę w służbie!!! A taka to była “wspaniała” posada – jak to słyszę do dzisiaj. Ale za nic nie cofnęłabym czasu, nawet gdybym miała codziennie o 20 zagniatać bułeczki 🙂
    Podziwiam i pozdrawiam 🙂

        1. Masz rację, że brakuje tego zarobionego PRZEZ SIEBIE grosika, nieważne ile, ale ważne, że samodzielnie. 🙂 Ja tak mam, czuje się niekomfortowo, wiedząc, że nie zarabiam.

  5. Mój kolega ojciec jedynaka , pewnie trochę z zazdrości wyznaje ,ze on jest w domu goniony do roboty a dla synusia to matka o północy na bosaka po śniegu na drugi koniec miasta…….I coś w tym jest

  6. no ale Mamy tak mają, że wszystko dla swych dzieci zrobią, nie ważne czy dużych czy małych, dla Matki dziecko zawsze będzie dzieckiem 🙂

    i mam dobrą wiadomość – piątek już jutro 😉

  7. Oj znam to życie w biegu i nie lubię.
    Teraz i tak jest znacznie bardziej lajtowo. Do momentu, jak znów jakiś szkoleń, kursów nie wynajdę, bo już mnie nosi. Jak siedziałam w domu uczyłam się dla zabicia czasu, teraz chyba z przyzwyczajenia 😉
    Mój młody tez będąc ośmiolatkiem – rodzina identyko, ja dziecko i kot – musiał sobie sam radzić, bo często praktyki i do 22 – giej miałam. Samodzielny był. Teraz się rozlazł i rozleniwił 😉
    Życzę sobie i Tobie byśmy mogły w domku pracować, co by i wilk był syty i owca cała 😉

    1. Fajna by była taka praca, bo w przerwie zawsze by można do ogródka wyskoczyć. Taki nienormowany czas pracy ma dużo zalet. 🙂

  8. Przebiję cię bo wczoraj chlebek piekłam o 23ciej, aby rodzinka na śniadanko miała 🙂
    Odkąd zajęłam się budową nowego domu to mam to o czym piszesz. Nagle wszyscy w szoku, że w domu to jednak się brudzi, mąż dwa dni z rzędu jadł odmrażane pierogi, ale własnej roboty więc i tak powinien się cieszyć 🙂 Nie żebym narzekała, bo cieszę się, że nie pracuję na etacie. Decyzja o odejściu z pracy i zwolnieniu, zrobieniu normalnego domu a nie gonitwy, była moją decyzją. Ale wszyscy szybko przyzwyczaili się, że mama o wszystko zadba i mamy popołudnia dla siebie. Dzieci są za małe, żeby pomagać, mąż teraz więcej robi w domu, ale coś pod nosem szepcze, że nie wiedział, że ta budowa tak mnie zaabsorbuje.
    Nie wiem co będzie po budowie. Czy będę chciała wrócić do pracy. Coś czuję, że chyba nie widzę się na etacie, wolę coś swojego zacząć albo pracę w domu.
    Pozdrawiam i życzę sukcesów w realizacji planów 🙂

    1. Aniu, dodam jeszcze, że odkąd zajęłam się budową, to nie mogę się zebrać aby zasiąść do komputera i coś wrzucić na swojego bloga. Dlatego podziwiam, że trzymasz rygor i umilasz nam życie codziennie nowym wpisem. Doceniam 🙂

    2. Działalność na własny rachunek też może dawać przyjemność. I może da się to pogodzić z “normalnym” domem. 🙂

  9. Chyba wszyscy mają taki kryzys w środku tygodnia, ja wczoraj też miałam ochotę się rozpłakać, ale na bułki chyba nie miałabym co liczyć, ech 😉 wracam sobie dzisiaj z nudnych zajęć na uczelni, wchodzę do mieszkania, a tam na stoliku “Żółta tabletka”, rozpakowana nawet- mój chłopak nie wytrzymał i też chciał zobaczyć 😀 dzisiaj chyba nie będę mieć czasu, ale jutro się zanurzę w lekturze 🙂 dziękuję! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *