Szrlotka

Dziś będzie krótko i bez zdjęć. Moje jajo pożyczyło ode mnie kartę do aparatu, więc nie mogłam przygotować wizualizacji dzisiejszego wpisu (Kasiu, wybacz). Tak jak pisałam wczoraj, upiekłam ciacho – szarlotkę. Miała być taka spod samiuśkich Tater, ale w przepisie była mąka krupczatka, której nie posiadałam, a nie chciało mi się wracać do sklepu. była więc taka bardziej „na oko”. Ciasto kruche przygotowałam jak zwykle: mąka, żółtka, cukier, troszkę kwaśnej śmietany, proszek do pieczenia i cukier waniliowy. Pogniotłam, pogniotłam, wrzuciłam na godzinę do lodówki, a potem upiekłam najpierw spód. W tym czasie jabłka starłam, poddusiłam (bez cukru, bo były słodkie), potem dodałam do tych podduszonych dwa jabłka pokrojone w kostkę i przyprawiłam cynamonem. Wyłożyłam na wystudzony spód. Resztę ciasta rozwałkowałam i położyłam na wierzch. Potem znów do piekarnika. I tu zaczęły się problemy, bo nie chciało mi się dobrze upiec od góry. Niby wyglądało na upieczone, ale jak ukroiłam kawałek, by dogodzić mężowi po ciężkim dniu pracy, okazało się, że lekko surowe, więc znów ciepnęłam je do pieca i potrzymałam z 20 minut. Chyba w końcu się dopiekło, nawet nie widać, że był falstart. Mąż stwierdził, że smaczne. Miał szarlotkę na gorąco. Szkoda, że nie kupiłam mu do niej lodów waniliowych, ale znów chyba nie można aż tak bardzo tego swojego mężczyzny rozpieszczać, jeszcze się przyzwyczai. Mrugnięcie okiem

Jutro znów wyjeżdżam na weekend do Warszawy. Zostało mi dzisiaj do zrobienia sporo rzeczy. Założyłam sobie, że pozmywam podłogi, umyję toaletę i umywalkę. Na deser zostawiam prasowanie, które wręcz uwielbiam. Potem odrobić zadania domowe, a w tak zwanym międzyczasie, przygotować obiad. Plan super. Ciekawe, jak będzie z realizacją. Nietakt

No, a teraz zmykam do pracy. Następny wpis jak zwykle w poniedziałek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *