Ryby głosu nie mają

Kiedy byłam dzieckiem, mama powtarzała, że należy jeść dużo ryb, bo dobrze działają na mózg. Niby mądrości od nich przybywa i pamięć działa bez zastrzeżeń. I tak sobie rosłam w tej świadomości, mózg oczywiście rozwijał się pięknie i nawet drobne kłopoty z pamięcią nie zakłóciły wiary w mamine słowa. Tak też potem wmawiałam swojemu Jaju, by jadło ryby. I Jajo jadło, aż do momentu zatrucia nimi podczas wesela swojej cioci. Wyhaftowało toaletę w domu weselnym z takim zapałem, że od tamtego pamiętnego dnia na ryby patrzeć nie chce, szczególnie te na talerzu. I zemstę zapowiedziało na rybim narodzie i od czasu do czasu wyrusza z ojcem swoim na połowy.

Jednak ostatnimi czasy mój światopogląd prawie runął w gruzy. Oglądałam program, w którym dietetycy wypowiadali się na temat szkodliwości spożywania ryb. Mają one podobno tak dużo metali ciężkich, że nie są wskazane dla dzieci i kobiet w ciąży. I szczerze mówiąc, oniemiałam lekko ze zdziwienia. Podobno nawet hodowlane nie są wskazane, bo karmione są kiepską paszą, a ponadto woda „zbiera” w sobie różne chemikalia z ziemi. Ryby mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Taki wniosek wysnuli nowocześni dietetycy. No, oczywiście zaproponowali coś w zamian. Zieleninę. I siemię lniane. I wyobrażam sobie jak zamiast pysznego dorsza na talerzu mam papkę z siemienia lnianego. Sama rozkosz dla podniebienia.

Mózg karmiony w dzieciństwie rybami od razu się uruchomił. Bo jeżeli zielenina ma zastąpić rybie mięsko, no to pytam, czy ona wyrośnie ot tak w powietrzu, czy może w ziemi. Bo jak w ziemi, to chyba tej zanieczyszczonej chemikaliami, w tej samej, z której woda niby wszystko zbiera. Hmmm. No, chyba że mój rozumek lekko zmutowany po tych rybkach nasyconych metalami ciężkimi i tego nie ogarnia.

Pod koniec programu nieco jednak mi się w główce rozjaśniło. Dietetycy stwierdzili, że owszem można jeść rybki, ale tylko te z odpowiednim znaczkiem, przebadane, z połowów kontrolowanych. Ha! I już wiadomo. O to chodzi. Bo jak nie wiadomo o co, to o kasę chodzi. To tak jak z tymi bananami z odpowiednią krzywizną i wygięciem. A ja już prawie chciałam wywalać trzy dorsze, które pięknie mi leżakują w zamrażarce, a które Jajo w Norwegii samodzielnie na wędkę złowiło. I już bym obiadu Mężusia pozbawiła, bo przecież znaczka ryby nie posiadają.  Tylko uśmiech  Jaja dumnego z połowu.

Ale wiecie, co? Zjemy dorsze ze smakiem, nawet jak mają te metale ciężkie. W końcu przecież ryby głosu nie mają i oprotestować tego nie mogą. Bo jak sobie położę w miseczki filet z dorsza, a obok pacię z siemienia lnianego, to wybór jest raczej prosty. A zieleninką, owszem, nie pogardzę, ale jako dodatkiem do rybki.

0 myśli na “Ryby głosu nie mają”

  1. Kilka lat temu pisałem o “wojnie masła z margaryną”. Wojnie, która systematycznie jest odgrzewana, a zwycięzcy nigdy nie zostają wyłonieni.
    Swoją drogą jadłem kiedyś pyszny tort czekoladowy, którego głównym składnikiem było … siemie lniane.

    1. Pewnie siemię lniane można dodać do różnych potraw. Jest zdrowe, świetnie działa na gardło i na żołądek. Ale zalane wodą przypomina galaretowatą paciaję. 🙂
      A co do wojny masła z margaryną to racja. Co jakiś czas któraś opcja wygrywa. Ja tam wolę masło. Przynajmniej bliżej natury. 🙂

  2. jak się dobrze zastanowić to wszystko co nie ma znaczka jest szkodliwe….. a ja ryb nie cierpię, a fe… z ryb to tylko rypannia wspaniała. Koszmarnie pozdrawiam;))

  3. Rany-to ja chyba jakieś dziwadło jestem.Uwielbiam ryby-pod każdą postacią.Owoce morza też.Z chęcią spróbowałabym ośmiornicy z grilla i przegrzebków.Ostatnio jadłam suma afrykańskiego-pychotka!Ale kocham miłością przeogromną karpia.Już na samą myśl że zbliża się wigilia ślinka mi leci.Zawsze kupuję 5 sztuk.

  4. Ja też z tych, co ze słodyczy najbardziej lubią śledzie. Ryby pod każdą postacią byle bez rodzynków.
    Do tej pory omijałam pangę i ryby o dziwacznie brzmiących nazwach typu nototenia. Jednak jeśli ryby też nie takie jak za starej Polski to Aniu – czas chyba nam do piachu…
    Szczaw i mirabelki też z ziemi. Sodomnia i Gomornia.
    Dobrego dnia. 🙂

    1. Też omijam pangę i ryby o nazwach, których nie da się wypowiedzieć. 🙂 A tu się okazuje, że te ze starej Polski też do niczego. Ale do piachu to może jeszcze nie czas, ziemia skażona chemikaliami, więc co będziemy w niej leżeć? Poczekamy na lepsze czasy. 🙂 😉

    2. Pangę ze ścieku zwanego deltą Mekongu też omijam szerokim łukiem. Nototeni niby nie kupuję, ale ze szczenięcych lat pamiętam, że były takie dwie ryby, o których matka dobrze mówiła i jak tylko się w rybnym pojawiły to kupowała. Były to kargulena i właśnie nototenia. Więc skojarzenia mam jak najbardziej pozytywne.

  5. W niektórych krajach produkowane są lody … rybne. Próbowałem tego specyfiku w Rosji, dało się zjeść, ale może dlatego, że ryby mogę nawet na surowo (np. tatar z łososia).

  6. Ostatnio okazuje się, że wszystko jest szkodliwe. No chyba, że posiada stosowny “papier”. A wg mnie jablko z domowego ogrodka zawsze bedzie zdrowsze niz te przebadane.

  7. Ja jakoś nie wierzę w to, co mówią o rybach. Zawsze były zdrowe, a teraz nagle szkodzą? Bo co, bo ktoś chce na tym zarobić! Ludzie, ludziom potrafią takie “kity”wciskać, że głowa boli, a dopiero po latach prawda wychodzi na jaw. Tak jak w filmie o World Trade Center, który wczoraj z mężem zobaczyłam. Moim zdaniem, prawie wszystko jest ustawione, żeby na tym zarobić.

    1. Zawsze tak jest, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Niestety.
      A środowisko mamy też zanieczyszczone coraz bardziej.

  8. Dzień dobry

    Panga to świństwo straszne. Sztucznie wyhodowana ryba, ma być tania, tak żeby było na nią stać biedaków, głównie z Chin, ale wiadomo, że się rozplenia to świństwo nawet u nas. Hodowcom zależało, żeby ta rybka sobie szybko rosła i się hodowała w dużych ilościach, więc podaje jej się hormony z moczu ciężarnych kobiet i specjalne papki do jedzenia.
    Najbardziej przeraża mnie że jak idę do marketu i chcę rybę kupić to wszędzie kraj hodowli Chiny lub obszar połowu Chiny, lub obszar połowu wód morskich i oceanicznych przynależnych do Chin. Niestety nie mam zaufania do tych ryb i z uporem maniaka szukam polskich, norweskich, oceanicznych z terenów z dala od Chin położonych.
    Na paczkach z rybami często obszar połowu FAO zaznaczony jest cyferką, więc jak nie mam karteczki z obszarami połowu, to wyjmuję telefon i w necie sprawdzam, ale warto taką listę z obszarami połowów w portfelik wsadzić, można nawet zafoliować, niewiele miejsca zajmie a przydatne
    np:

    Oznaczenia obszarów połowu ryb morskich:

    FAO 21 – Północno-Zachodni Atlantyk
    FAO 27 – Północno-Wschodni Atlantyk
    FAO 31 – Środkowo-Zachodni Atlantyk
    FAO 34 – Środkowo-Wschodni Atlantyk
    FAO 41 – Południowo-Wschodni Atlantyk
    FAO 47 – Południowo-Zachodni Atlantyk
    FAO 27.IIId – Morze Bałtyckie
    FAO 37.1, 37.2 i 37.3 – Morze Śródziemne
    FAO 37.4 – Morze Czarne
    FAO 51 i 57 – Ocean Indyjski
    FAO 61, 67, 71, 77, 81 i 87 – Ocean Spokojny
    FAO 48, 58 i 88 – Antarktyda

    1. Dobrze wiedzieć. Panga, to jest dziadostwo. Ja najbardziej lubię dorsza, morszczuka i solę,ale nie wiem, jakie mają oznaczenia, bo kupuję je na wagę, nie w paczce.

    2. Dobrze wiedzieć. Muszę sobie taką listę też w portfel wsadzić. W marketach zresztą ryby jakoś mnie nie przekonują. Moje Jajo po ostatnim pobycie w Norwegii solidnie nam zapełniło zamrażarkę. Co prawda systematycznie ją opróżniamy i już tylko trzy dorsze się ostały. Ale zupełnie inaczej taka ryba smakuje niż jakieś filety z marketu. 🙂

      1. to prawda, ale gdzie w stolycy taką norweską rybę kupić, od dawna nie widziałam sklepu rybnego, tylko stoiska w rozmaitych marketach popularnych lub tych bardziej ekskluzywnych. Czasem na bazarze, ale nie bardzo mam zaufanie co do świeżości. Kilka razy udało mi się kupić świeże ryby od pana który przyjeżdżał nad ranem do Wawy z rybami z wieczornych połowów. Miał głównie rzeczne ryby. Szcupaki, sumy leszcze itp… bajka, no ale tam gdzie przyjeżdżał już przyjeżdżać nie wolno 🙁 a ja znowu nie mam gdzie kupić dobrej ryby.
        I o paluszkach rybnych. Od dawna sprawdzam “ile jest cukru w cukrze” :). Okazało się, że na naszym rynku są tylko dwie firmy, które robią paluszki rybne, z przeważającą częścią ryby. nawet do 70%. Inne oscylują w granicach 30% ryby w rybie

  9. Trzeba jakoś napędzać gospodarkę, a takie nowe odkrycia są jednym ze sposobów. Popatrzmy choćby na czekoladę: regularnie zmienia się opinia “naukowców” co do wywoływania przez czekoladę pryszczy. Kiedy wskazówka pada akurat na “szkodzi”, wtedy proponuje się nam jakiś odpowiednik, po który zapewne byśmy nie sięgnęli. I tak jest z większością rzeczy.

    1. Masz rację. No, a czekolada to pychotka i poziom endorfin podnosi. Chyba. O ile coś się w temacie nie zmieni. 🙂 😉

      1. Wiesz, żeby stwierdzić czy czekolada podnosi poziom endorfin czy nie nie potrzebujesz żadnych wyników badań. Zjadasz czekoladę i sama stwierdzasz, czy podniosła Ci ten poziom 😉

        1. Dokładnie tak mam. 🙂 Od razu czuję się lepiej. 🙂 Choć nie ukrywam, że teraz sobie zakaz dałam na słodkości.

          1. Toż czekolada >70% kakao wcale słodkością nie jest 😉 Druga sprawa, że bardziej kaloryczna od mlecznej, ale to zdrowa kaloria. Po prostu trza kupować czekolady, na których składzie cukier jest na drugim miejscu.

          2. Ale ja powiem szczerze, że wolę jednak jak cukier w czekoladzie odgrywa istotną rolę. 🙂 🙂

  10. Z tą zieleniną to też nie jest tak do końca. Jakiś czas temu ogłoszono, że szpinak wcale nie zawiera tyle żelaza, o ile go posądzano. Okazało się, że nastąpił błąd w obliczeniach i postawiono przecinek nie w tym miejscu co trzeba 😀

    A ja tam szpinak i tak lubię.

    1. Ha, ha. 🙂 Dobre. 🙂 A ja też lubię szpinak, tylko niestety mój Mężuś z Jajem niekoniecznie, więc rzadko u nas bywa, ale czasami coś przemycę lub każę cierpieć rodzinie w imię moich przyjemności kulinarnych. 😉 🙂

      1. Żeby połączyć temat ryb ze szpinakiem: mój Małżonek kiedyś mówił, że jak do obiadu na stołówce studenckiej podany był szpinak, to nawet ziemniaka delikatnie zabrudzonego tym szpinakiem nie tknął. Nie pamiętam co mi kiedyś (za panieńskich czasów, czyli kiedy jeszcze się starał 😉 ) jako karę wyznaczyłam mu zjedzenie szpinaku. Oczywiście mojej roboty. Żeby jednak nie być przesadną sadystką zrobiłam do makaronu sos szpinakowo-tuńczykowy. I teraz, choć niechętnie, w takiej postaci jest w stanie zjeść szpinak.

        1. Mój też zje z czymś. Czasami robię roladki z kurczaka nadziewane fetą i szpinakiem, wtedy zje, ale jego mina nie wyraża entuzjazmu. 😉

  11. O tym, że tuńczyk i łosoś są z rtęcią wiedziałam od dawna, dlatego w ciąży ich nie jadałam… i teraz też nie jem, wrócę, jak młodszy dzieć skończy 4 lata czyli już oba dziecie będą w wieku stosownym, żeby im je podać.
    Ryb nie kupuję w supermarketach. Podobnie zresztą jak mięsa. Mam na osiedlu zaprzyjaźniony sklep rybny, którego właściciel w dodatku jest miłośnikiem ryb (tych na talerzu, nie tych w akwarium). Zawsze można tam kupić świeże, a jak mi się nie chce patroszyć pstrąga a są tylko całe, to nawet mi wypatroszy… oczywiście wówczas płacę jak za patroszone. W każdym razie chwilowo jemy głównie pstrągi (zarówno tęczowe jak i normalne) czasem sole, czasem brosmę. Zresztą, rtęć rtęcią, jak piekę pstrąga w prodiżu to wzbogacam go o aluminium.
    Kiedyś czytałam na stronach konsumenckich pro-test ranking tuńczyków, które mają najmniej rtęci. Nie pamiętam które były “najzdrowsze”, bo to było coś w okolicy 10 PLN za puszkę, ale przyzwoity był też prawie o połowę tańszy Lisner i od tego czasu jeśli kupuję tuńczyka, to głównie tego. I jak zrobię z tego sos z dużo ilością innych dodatków (cebula, pomidory, czosnek) to nawet dam trochę dzieciom.

  12. Ja do znudzenia powtarzać będę, że w obecnych czasach by być zdrowym należało by nic nie jeść, nie pić i nie oddychać 😛
    Też o tych rybach słyszałam. Niby nasze bałtyckie do bani, a wciska nam się gówniane pangi. Kiedyś z kolei widziałam zdjęcie karkówki, co to świeciła w ciemnościach. Co do rtęci, to tą i tak w plombach amalgamatowych nosimy i wydziela się ciągle.

    1. No, ja już amalgamatów nie noszę. Nie, aż tak dobrze mi się nie powodzi, że na wieść o szkodliwości rtęci wszystkie wymieniłam. Raczej na wieść o szkodliwości rtęci dostałam wtórnej próchnicy i chcąc nie chcąc musiałam powymieniać.
      A do łososia to wrócę. Oczywiście nie za często… no, ale rtęć rtęcią, ale ceny łososia i tak nie pozwalają na zbyt częste delektowanie się tą rybą.

      1. Właśnie sprawdzam, ale rtęć w łososiu brzmi dziwnie. Rtęć zawierają duże ryby typu tuńczyk, czy miecznik, czyli osiągające wagę nawet 500 kg. Łososie są bezpieczne, na równi z makrelą, po sardynkach i tuż przed trocią i dorszem. Zasada jest taka, że czym rybka mniejsza, tym mniej rtęci, przy czym duża, to nie znaczy 4 kg. 😉

      2. Zauważ, że u nas wszystkie ryby są drogie. Czasami są w supermarketach tanie filety, ale wtedy to jakieś podejrzane się staje i nie wiadomo skąd ta ryba.

  13. U nas nie mówią, żeby dzieciom nie dawać tuńczyka, moje jedzą od zawsze. Śladowe ilości, bo ile dziecko tego zje, jeżeli makaron dla czterech osób przyrządzam ze 160g tuńczyka (po odsączeniu jeszcze mniej), ze 2 razy w miesiącu. Włosi dzieciom bardzo chętnie dają solę. Miła rybka, bo ma grubą centralną ość i płetwy, łatwo się czyści. Podobnie żabnica, bardzo dobra, ale droga. Bardzo lubię różne małże, kałamarnice i ośmiornice, mniam. A jak przyjeżdżam do domu mam czasem smażone płotki i okonki na śniadanie, ze stawu taty. 😉

        1. Ciekawie. 🙂 Kiedyś chyba przepis gdzieś na to cudo widziałam. To taki przekładaniec ze śledzi. Pewnie smaczny. Śledzie mogę w każdej postaci. 🙂

  14. Klik dobry:)

    Proponuję nakładać pacię z siemienia lnianego na włosy – jako odżywkę, a ryby na talerz – jako pożywienie.

    Będzie wszechstronne odżywianie i wszyscy “znawcy” zadowoleni 🙂

    Pozdrawiam serdecznie.

      1. Ja proponuję ryby podlać wódeczką, one to lubią. Jak się parę razy podleje to potem można nawet ryby na włosy a pacię o glebe. 😉 :
        To dobrze wpływa na nerwy.

  15. To wszystko jest marketing a nie porady. Profesor Rońda jest w stanie publicznie wykazać ,że najlepsze ryby są ze ścieku , bo tam jest dużo substancji organicznych a to przecież samo zdrowie.

      1. Pewnie , popatrz na te wojny co lepsze mikrofala czy kuchenka, tłuszcz roślinny czy zwierzęcy. To jeden syf i oszustwo. Tak samo mody, przecież wynalazca joggingu , człowiek bardzo zdrowy i sumiennie ćwiczący zmarł w wieku 70 lat właśnie biegnąc na zawał..

          1. Moi kumple z dyscyplin sportowych najbardziej lubią podnoszenie ciężarów, najchętniej około 0,5 kg ze stołu do ust i co ciekawe potrafią wykonać wiele powtórzeń

  16. U nas ryby sa tak rzadko że aż wstyd, no ale rzecznej nie zjem, bo wszystko daje mi mułem, jeden jedyny raz dobrego pstrąga sobie załatwiłam od znajomego, natomiast morskie mrożone, nie budzą mojego zaufania, a na łososie i tuńczyki dla naszej 4 budżetu nie starcza, więc jedynie dzieci raz w tygodniu dokarmiam tymi rarytasami. My zadowalamy się sledziami w róznej postaci i makrelka wędzona 😉

    1. Makrelka nie jest zła. Kiedyś zrobiłam taką sałatkę z makrelą, czerwoną cebulką, mango i miętą. Pycha. To taka wersja oszczędnościowa, bo w oryginalnym przepisie był łosoś, ale przyznam, że nawet bardziej smakowała mi makrela w tym dość oryginalnym połączeniu. 🙂

      1. No, z makreli wędzonej to ja bym żadnej sałatki nie zrobiła. Jak kupowałam sobie taką ładną, tłustą, to jednak kromka chleba mi do niej wystarczała. Jakoś tak większą połowę od razu zjadałam.

  17. jak byłam w Hiszpanii, znajomy, pasjonat, opowiadał nam że kiedyś owoce morza, to był pokarm najuboższych, w sumie darmowy.Wyłaziło to samo z morza, ludzie czekali na brzegu, albo łowili na płyciznach i jedli. Podobnie z rybami. Kiedyś m.in w Polsce i w Skandynawii ludzie konserwowali solą śledzia i podawali go na wiele sposobów. drogie były tylko ryby rzadkie, albo sprowadzane z daleka np. jesiotr. Reszta była dostępna dla każdego. Mięsa się nie jadało, wbrew pozorom, bo było… za drogie. na wielkich dworach przy niedzieli, w czasie karnawału, wesel itp. Na wsiach sporadycznie jak się upolowało, albo ubito w gospodarstwie. teraz wszystko na odwrót. Mięso nie tanie, ale ryby drogie, nie mówiąc juz o owocach morza, które uwielbiam

    1. Dokładnie tak jak napisałaś. A co tu daleko szukać. Pamiętam jak w czasach komuny weszłam kiedyś z ojcem do rybnego, a tam nic oprócz kalmarów (nieobranych oczywiście). Nikt tego nie chciał. Tata wtedy kupił te kalmary i kombinował, co z nimi zrobić. Obierał, a potem w paski i smażył jak schabowe w panierce, a mama flaczki z kalmarów robiła. Pychota. Wtedy to było naprawdę tanie. 🙂

  18. A tak w ogóle to zainspirowana tą dyskusją na obiad dziś zrobię makaron z sosem tuńczykowym. A właściwie to tuńczykowo-pomidorowym. Z pomidorów z puszki, bo o tej porze roku większe zaufanie mam do zapuszkowanych niż do świeżych. No i do tego cebula. Dużo cebuli… już nie zapuszkowanej.

    1. Jeszcze nigdy nie robiłam makaronu z tuńczykiem. Nie wiem, jakby się na to moja rodzinka zapatrywała. Nawet trudno mi sobie wyobrazić smak, bo nie jadłam w tej postaci. Muszę kiedyś spróbować. 🙂

  19. Mnie przepis na sos tuńczykowy z pomidorami podał na zajęciach (czyli raczej nam niż tylko mnie) na studiach jeden pan mgr. Nie chciało mu się zajęć prowadzić to mówił o różnych ciekawych rzeczach. Posmakowało wszystkim, z wyjątkiem ojca. Małżonkowi też smakuje.
    Zaleta podstawowa – robi się szybko.

      1. Na oliwie/oleju duszę cebulę. Jeśli tuńczyk był w oleju to na oleju z tuńczyka. Do uduszonej cebuli daję pomidory z puszki. Jeśli w puszce są całe, to uprzednio kroję, stąd wygodniej kupować posiekane 😉 Jak pomidory zaczynają bulgotać – wrzucam osączonego tuńczyka. Jak toto już zacznie bulgotać wrzucam ugotowany makaron. Chwilę zostawiam na gazie i mieszam, po czym gaszę gaz i posypuję parmezanem (ogólna nazwa dla grana padano z biedla (Biedronki lub Lidla) i w sezonie – zieloną pietruszką. Poza sezonem dodaję suszone oregano. Moja matka do tego jeszcze czosnek dawała, ale ona wszędzie czosnek, mnie bez czosnku bardziej pasuje. Poza tym doprawiam pieprzem.

  20. U nas oliwę z puszki się wylewa, nie wiem, czemu. Sos pomidorowy z tuńczykiem to klasyka. Ogólna zasada jest jednak taka, że do ryb nie daje się sera. Bardzo dobry z ostrą papryczką. 🙂

      1. Owszem 😉 Muszę nauczyć się od teściowej robienia ich malutkich pierożków. Z makaronem dałam sobie spokój, kupiłam maszynkę, nie wałkuję ręcznie.

          1. Robię od święta, nie martw się o moją główkę. Taki robiony jest na jajkach, zwykłe spaghetti czy penne to tylko mąka i woda. Domowe tagliatelle to mniam mniam, mamie też bardzo smakował, kiedy u mnie była… 😉
            Pamiętam, że moja babcia też kiedyś robiła makaron w domu, baaardzo dawno temu.

          2. Moja babcia też oczywiście robiła. Mama też kiedyś robiła. Ja nawet mam na strychu maszynkę do makaronu, ale nigdy nie robiłam. Fakt, że domowy jest smaczniejszy. Przeraziłam się tylko, że Ty za każdym razem kręcisz ten makaron, bo od czasu do czasu można, ale chyba to pracochłonne. 🙂

  21. Teraz to żarcie, to dno i bąbelki.
    Nic tylko hodować: kurki, świnki, krówki i mieć staw z rybami. Tylko gdzie? , skoro wszystko takie skażone- może na księżycu?
    A ja pięknie poproszę o przepis na tą sałatkę z makrelą i mango 🙂

    1. To tak jak pisałam. Makrela, mango w kosteczkę, czerwona cebulka, mięta i lekko skropić oliwą z oliwek, sól i pieprz i gotowe. To połączenie słodkiego ze słonym, nie każdy tak lubi. Mnie jednak pasuje bardzo. Zamiast makreli można dać wędzonego łososia. 🙂


  22. ~Justyna:

    Ogólna zasada jest jednak taka, że do ryb nie daje się sera.

    Kiedyś bywałam na pewnym forum kulinarnym, gdzie dominowała tzw. (przeze mnie) frakcja włoska – osoby które albo mieszkały we Włoszech, albo często tam bywały. I najpierw rzeczywiście, jak kto podał przepis na coś z rybą+parmezan to było święte oburzenie, że tak się przecież nie robi, a potem – nie wiedzieć czemu – nagle te same osoby podawały przepis na makarony czy risotta z rybą czy innym frutem di marem i parmezanem. I bądź tu człowieku mądry… Ja dodaję, żeby zagęścić. No, i dlatego, że mi tak smakuje.

  23. Chyba mój wczorajszy komentarz zaginął gdzieś w wirtualnej przestrzeni, bo nigdzie nie widzę, więc powtórzę, że komentarze pod wpisem to skarbnica wiedzy 🙂 Dowiedziałam się kilku nowych rzeczy. Choć ogólnie doinformowana jestem, to jednak zawsze coś ciekawego doczytam u ciebie 🙂

    1. Musiał ten komentarz faktycznie gdzieś sobie w eter polecieć, bo nawet do zatwierdzenia nie było.
      I masz rację, że zawsze człowiek od innych może się czegoś ciekawego dowiedzieć. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *