Prywatna fucha w państwowej robocie

Dzisiaj normalnie czas na poważny temat. Bez gaci i dup. Postanawiam poprawę, chociaż może nie na długo, bo jakaś „genialna” myśl właśnie kiełkuje w mojej łepetynie.

Stwierdzam, że najwdzięczniejszą dziedziną życia do poszukiwania absurdów jest służba zdrowia. Wczoraj miałam tego dowód w najczystszej postaci, ale o tym napiszę, jak w końcu coś się wyjaśni.

Przez te ostatnie bieganie po szpitalach postanowiłam jeszcze opisać jedną sytuację, która zdarzyła mi się jakiś czas temu i jest w stu procentach autentyczna.

Potrzebowałam kiedyś wizyty u pewnego specjalisty, ponieważ skończyły mi się lekarstwa.

Umówiłam się na prywatną wizytę. Lekarz miał mnie przyjąć w przychodni o godz. 13. Byłam pewna, że ma tam prywatny gabinet.

Kiedy z gabinetu wyszła pielęgniarka, podeszłam do niej i powiedziałam, że jestem umówiona na 13. Myślałam, że ci wszyscy ludzie tutaj zgromadzeni czekają do kogo innego.

Lekarz od razu poprosił mnie do środka. W tej chwili poczułam niemalże fizyczny ból od zjadliwych spojrzeń koczujących przed drzwiami pacjentów. Przemknęłam do gabinetu, wymijając sprytnie dwóch panów siedzących na podłodze i wtedy dotarło do mnie, że oni wszyscy do „mojego” doktorka. I że lekarz przyjmuje mnie w godzinach pracy w przychodni.

„Specjalista” niczego sobie starszy pan. Może koło 60. Wysoki, elegancko ubrany. Poprosił mnie do pokoiku przy gabinecie. Miałam tam poczekać. Pielęgniarka w tym czasie przeprowadziła ze mną wywiad, wypisała kartę. Wyglądało to tak, jakby próbowała udokumentować mój pobyt zgodnie z zasadami wyznaczonymi przez NFZ, a ja przecież przyszłam na prywatną wizytę i tylko po receptę. Na korytarzu pewnie wciąż czekają ludzie, bo przecież się nie rozpłynęli w powietrzu. Czekali na tę wizytę z pewnością kilka tygodni albo miesięcy. Bo moje próby zarejestrowania się do specjalisty w przychodni, skończyły się na tym, że wyznaczono mi najbliższy termin za pół roku. W normalnej sytuacji nie lazłabym prywatnie, bo przecież nie miałam na takie „zbytki” kasy.

Przyszedł w końcu lekarz. Usiadł wygodnie w fotelu. Byłam pewna, że wizyta odbędzie się raz dwa, bo przecież pacjenci… Jednak się myliłam. Pan doktor zupełnie wyluzowany, spokojnie oglądał moje wyniki i zadawał pytania.

– A co by pani poleciła do czytania? – zdziwiło mnie to pytanie, bo nie miało nic wspólnego z chorobą.

– Może Iliosę, jeżeli pan doktor nie czytał – odparłam (choć od razu pomyślałam o „Idiocie” Dostojewskiego, ale mógłby potraktować to jak aluzję). Lekarz jednak rozsiadł się jeszcze wygodniej i zaczął opowiadać… Patrzyłam na zegarek wiszący na ścianie akurat naprzeciwko mnie. Tik, tak. Już ponad godzinę siedzę w gabinecie. Na korytarzu tłum, a pan doktorek o książkach… Okej. Siedzę cierpliwie, odpowiadam na pytania. Czekam na receptę! Wskazówki zegara znów zmieniły drastycznie położenie. A ja już oczyma wyobraźni widziałam ten tłum rzucający mi się do gardła tuż po przekroczeniu przeze mnie progu gabinetu. No, tak, będzie miał doktorek mnie na sumieniu. Ale nagle długopis jego zbliżył się do kartki, by na chwilę znów cofnąć.

– Ojej, nie mam już pustych recept – stwierdził zakłopotany. – Przepraszam, zadzwonię do drukarni. – I dzwonił. Zaczęłam podejrzewać, że był na jakichś prochach. Bo jak mu się udawało zachować taki spokój przy pełnej poczekalni pacjentów?

Zamówił recepty. Wyszedł z pokoju, by po chwili wrócić z widocznym tryumfem na twarzy.

– Mam! – krzyknął. – Jeszcze jedną znalazłem! – No, to super osiągnięcie, biorąc pod uwagę cały tłum oczekujących na wizytę. Usiadł do stolika i o, dziwo, wypisał receptę. Zegar pokazywał 15. – Mogłaby pani umówić się ze mną na następną wizytę. Już tak z NFZ-u, żeby pani nie płaciła, to byśmy sobie dokończyli rozmowę. I już podejrzewałam, że gościu najnormalniej w świecie mnie podrywa. A wszystko w godzinach pracy i jeszcze dodatkowo za moją kasę.

– Z przyjemnością, panie doktorze – skłamałam. Ale skrzyżowałam szybko palce, żeby mnie Bozia potem od razu obuchem nie walnęła w plecy za tę podłość. Zapytałam jeszcze, ile płacę. Odliczyłam 150 złotych, o które poprosił, chwyciłam receptę i szybko pomknęłam do drzwi. Wyszłam, prawie czołgając się, żeby nikt na mnie nie zwracał uwagi. Jednak jak pacjenci na mnie nagle fuknęli! Fuknęli? Co ja plotę, fuknąć to na mnie może mój kot. Oni rozdarli japy. Hałas powstał niemiłosierny. Nie patrzyłam w ich stronę, starałam się nie nawiązywać żadnego kontaktu wzrokowego. Tylko uciekłam do wyjścia, zostawiając za sobą rozwścieczony tłum. Podejrzewałam, że ruszą za mną, by mnie zlinczować. I gdyby to zrobili, absolutnie bym się nie zdziwiła. A lekarz pewnie wyluzowany czekał na następnego pacjenta.

Gdybym wcześniej wiedziała, że ta prywatna wizyta ma się odbyć w taki sposób w życiu bym nie przyszła.

 

0 myśli na “Prywatna fucha w państwowej robocie”

      1. Czyli wziął sobie do kieszeni 😀 Ja raz byłam na wizycie u ginekologa w państwowym szpitalu. Doktor przyjmował od 8:30 do 11-tej. Byłam o 10:30 a doktora już nie było w gabinecie, a ja miałam ostatni numerek więc luzik, nie? Szczególnie, że na jedną pacjentkę wypadało 10 minut. Wchodzę do gabinetu, tam pielęgniarka mi oznajmia, że lekarz może zejść jak zapłacę za wizytę. Ok. 60 zł. Daję pani pieniążki i proszę o paragon, a ona w szoku! Podziękowałam, zabrałam pieniądze z lady, powiedziałam: do kieszeni nikomu nic pchać nie będę, bo mi nikt napiwku nie da za darmo, i wyszłam! Mina tej pani bezcenna.

        1. A to się musiała zdziwić. A wiesz, że jak w zasadzie nigdy nie wpadłam na to, by prosić lekarza o paragon? Czy oni mają obowiązek posiadania kas fiskalnych?

          1. Teraz z Jajem biegałam po prywatnych i tylko na USG dostałam paragon. Nie zwracałam na to uwagi, dlatego zastanawiam się, czy muszą mieć taką kasę.

          2. Teoretycznie powinien dać paragon i posiadać kasę. W każdym razie jeśli przekroczył miesięczny próg dochodowy w okolicach około 20 tysi z haczykiem o ile mnie pamięć nie myli. W praktyce wielu wykazuję dochód poniżej progu, więc nie muszą.
            A ten Twój podstarzały amant bankowo wpisał Cię w ramach funduszu, bo pewnie pesel musiałaś podać. Skasuje zatem za wizytę i fundusz.

  1. No to Aniu adrenalinę miałaś niezłą wychodząc z gabinetu-pewnie dorównywała jak przy skoku na bungee …Doktorek ewidentnie pokazała gdzie ma pacjentów z NFZ .A przecież pensje bierze-i to niemałą.Mnie też zawsze wkurzało-gdy będąc w ciąży (chodziłam prywatnie) pan doktor zapraszał an USG do szpitala(więc na logikę to nie był jego aparat tylko szpitalny) i kazał sobie płacić za wykonanie tego badania.Dla mnie to chore.

    1. Dla mnie to też chore i w ogóle tego nie rozumiem, bo przecież oni nawet tego absolutnie nie ukrywają. A gdzie maja pacjentów z NFZ-u, to każdy pewnie się przekonał na własnej skórze, choć oczywiście zdarzają się wyjątki i jest też sporo uczciwych i dobrych lekarzy. 🙂

      1. Takie praktyki to norma! Lekarz, do którego chodziła moja ciocia na wizycie prywatnej kazał jej przyjść na ostry dyżur w nocy na usg, bo tam ma po raz lepszy sprzęt, po dwa nie zużyje swojego, po trzy załaduje sobie do kieszeni bez podatków i jeszcze drugi raz weźmie z NFZ. Odmówić się nie da w małym mieście, bo zaraz fama po lekarzach idzie i o fachowość ciężko. Masakra!

          1. Trzeba być urzędnikiem lub politykiem 😛 Proste, nie? Ty byś mogła zostać w sumie 😀 Gadane masz, a jakbyś jeszcze zebrała głosy od czytelników to masz to jak w banku 😛

          2. Ha, ha 🙂 Ostatnio mojemu Mężusiowi mówiłam (trochę żartem), żeby ze znajomym zagadał, to może jakąś pracę w urzędzie mi znajdzie, ale Mężuś stanowczo powiedział, że w urzędzie pracować nie będę i do polityki pchać mi się też nie pozwala. 😉 🙂 Każe mi siedzieć i pisać. 🙂 No, to siedzę i piszę. 🙂 🙂

  2. Niestety mam tę “przyjemność” być częstym gościem we wszelkich przybytkach naszej służby zdrowia i niestety takie sytuacje to norma…
    Robiłem EKG i lekarz jak zobaczył wydruk natychmiast skierował mnie do kardiologa. Myślę sobie: OK bez nerwów to pewnie nic takiego i drepczę do rejestracji. Przy okienku nie było żadnego petenta więc zostałem grzecznie obsłużony po 17 minutach (specjalnie sprawdzałem czas). I co usłyszałem? Wizyta u kardio – termin za 9 miesięcy! Oczywiście mogę prywatnie, w tym samym miejscu, u tego samego lekarz, w godzinach pracy poradni za 200 zł… Normalnie nóż się w kieszeni otwiera.

    Ale z drugiej strony w Centrum Onkologii wizyta u chirurga – termin oczekiwania 7 dni, ludzi sporo ale grzecznie i wszelkie badania na miejscu…

    1. To fakt, że na onkologii praca im idzie, miałam okazję się przekonać. Faktycznie nie było problemów. Ale sama teraz próbuję się dostać do endokrynologa i nawet prywatnie mam problem, bo już drugie podejście robię, ciągle brak terminów, następne zostaną podane w ostatnim tygodniu września. Normalnie szok. Ale z drugiej strony, jak lekarze teraz całkiem dobrze zarabiają, to prywatnie przyjmie sobie raz w tygodniu z 20 pacjentów, od każdego skasuje po 150 i po co więcej, nie? Lepiej mu z rodziną czas spędzić. 🙂

        1. Ha, ha 🙂 No, właśnie. Mnie mamusia pchała na stomatologię, a ja się uparłam. 😉 🙂 Jaju też mówię, a ono nie, bo artystką chce być! A ja na stare lata będę jej dresik pod pachą zszywać. 😉 🙂

  3. O służbie zdrowia można długo i namiętnie, gdzie wydanie recepty za 150 zł. jest zaledwie drobną błahostką. Urzekła mnie np. historia denata, którego przywieziono do szpitala już bez funkcji życiowych. Po pobraniu niektórych narządów, pechowca zabrano do kostnicy, gdy nagle okazało się, że trafił się prywatny pacjent. Denata “podłączono więc do życia”, i przez ponad dobę, na jego koszt wykonano, kosztowną operację u “prywatnego klienta”. To się nazywa “dojenie budżetu”.
    Jak dotąd nie znalazłem jednak resortu w którym by – pod egidą parapaństwa – nie łączono interesu publicznego z prywatnym, bo przecież: “Tym chata bogata, co ukradnie tata”.

    1. Pewnie masz rację. Może nam to zostało po komunie, takie “załatwianie” wszystkiego na boku. 😉 🙂
      A do tematu służby zdrowia i tak jeszcze wrócę, bo przecież z Jajem cały czas uskuteczniamy bieg przez płotki.

  4. Dzień dobry Aniu!

    Jak już się bierzesz za poważne tematy, to od razu za takie, które mi ciśnienie podnoszą. Na szczęście do lekarzy chodzę rzadko, ale akurat ciśnienie muszę kontrolować. Wszyscy wiedzą o opisanym przez Ciebie procederze. I co? I nic. Nie mam nic przeciw lekarzom prywatnym. Dobrze, że są bo pewnie w wielu przypadkach nie doczekalibyśmy wizyty u lekarza “z NFZ”. Tylko do ciężkiej cholery, niech tacy lekarze kupią/wydzierżawią sprzęt na, którym pracują. Niech dzierżawią pomieszczenia, płacą podatki. No, poszalałem! Jest jeden minus tej sytuacji – wzrosłyby ceny wizyt.
    A tak na marginesie – widziałaś lekarza, który musi “wiązać koniec z końcem”. Mam przyjaciół, których syn jest lekarzem. Paruje 2 lata. Jest rok po ślubie. Ma dziecko. Kupili mieszkanie i samochód – duże Audi (bo innym nie wypada jeździć). Wszystko oczywiście na kredyt, ale to rozsądny chłopak, więc przeliczył sobie i mu wyszło, że go stać!
    Poza tym – zimą narty, latem – egzotyczne wyprawy. W tym roku tylko Włochy, bo z małym dzieckiem.
    PS. Rodzice nie “pakują” w nich kasy.

    Obyśmy zdrowi byli!

    1. Obyśmy byli zdrowi, to fakt. 🙂 A wiesz, że studia medyczne można robić za kasę (jak ktoś się normalnie nie dostanie)? Podobno kosztują 130 tysięcy. I oczywiście najwięcej takich studentów to dzieci lekarzy, bo przecież ich stać i wiedzą, że to się szybko zwróci. 🙂

  5. Niestety takie sytuacje to norma. Ja też tego nie ogarniam. Nie wiem co jest legalne, co pół legane a co wcale, ale jak latam z dzieciakami to bulę, przecież nie będę na diagnozę dzieciaka miesiącami czekała,

    1. No, właśnie i to wszyscy wykorzystują. Każdy pewnie wydaje kasę, bo inaczej to normalnie szłoby się przekręcić. 😉 🙂

  6. gdybym zaczęła absurdy medyczne z jakimi moja rodzina ma do czynienia opisywać na blogu to… musiałabym otworzyć w tym celu osobnego bloga tematycznego 🙂 … właśnie w związku z takimi i podobnymi, i jeszcze bardziej groteskowymi sytuacjami, wole jechać na rezonans magnetyczny i do dohtora 200 km niż iść do naszych miejskich hochsztaplerów… gdyby to jeszcze byli zdolni znachorzy – to byłoby jeszcze coś, ale… to banda naciągaczy i nic więcej, a jeśli jakieś rodzynki się trafiają, to prawie jak białe kruki

  7. Ja to dziękuję Bogu, że nie chorujemy, bo kontakty z lekarzami to masakra jakaś.
    Wczoraj po południu byłam z dziećmi w przychodni po zaświadczenia, że są zdrowi ( na lodowisko trzeba mieć takie ). Mój Młodszy znalazł obok wejścia portfel z dowodem osobistym jakiegoś faceta.

    1. Zdolne masz dzieci. 🙂 A człowiek pewnie portfela zapomniał z wrażenia. 🙂 Ja za chwilę ruszam też do przychodni, bo Jajo musi mieć nowe skierowania. Już mi się normalnie nóż w kieszeni otwiera.

  8. Do endokrynologa jak pamiętam to nawet w latach 90 były kolejki . Fakt jest taki że w niektórych specjalizacjach brak nam specjalistów . Ogólnie służba zdrowia jest źle zarządzana i kasa nie idzie na to co potrzeba . Mam już wiekowych rodziców i co dziennie są telefony z zaproszeniem na badania , a to ostroporoza a to słuchu a to wzroku i jeszcze sto innych pomysłów jak z państwowej lub naszej kasy wyciągnąć pieniążki . Nie chcę się rozpisywać co do samych lekarzy ale to wcześniej czy później się skończy tylko pod warunkiem że będzie zależało na tym rządzącym . Jak na razie nikomu nie zależy i jest odgórne przyzwolenie a 4 władza , czyli dziennikarze też ten temat omijają . Co do twojego pana doktora , myślę że tak naprawdę to nie zależało mu na kasie , na pacjentach też pewnie nie , po prostu od tej do tej pracował z przerwą na kawę a pacjent jak się dostał to dobrze , jak nie to nie 🙂

    1. Ten pan doktor to chyba był na niezłych prochach, bo nie wiem, czy ktoś normalny tak się zachowuje. Tym bardziej, że tych pacjentów z korytarza też musiał w końcu wszystkich przyjąć, bo byli zapisani, zarejestrowani na ten dzień, więc tym bardziej trudno to zrozumieć. Na jakiegoś oszołoma trafiłam i tyle, ale więcej do niego już nie poszłam. Nigdy w życiu! 😉 🙂

  9. Dobrze ze tutaj jest inaczej, nie czeka sie tyle na wizyte u specjalisty a juz napewno nie prywatnie. Zwykla wizyta u lekarza pierwszego kontaktu kosztuje 26 euro z czego panstwo zwraca ponad polowe. za wizyte u ginekologa nie place nic,za okulary tez nic,za koronki na zeby tez nic i duzo lekow w aptece tez mam po nizszych cenach bo mam wykupione specjalne ubezpieczenie(wiekszosc Francuzow je ma). I np. dojazd na rehabilitacje (TAXI) po roznych wypadkach tez jest refundowany przez panstwo jak i sama rehabilitacja.To jest tak ze za jedne rzeczy placi panstwo a za inne twoje ubezpieczenie, wszystko zalezy jakie sobie opcje wybierzesz w ubezpieczeniu. l jak sie ma dzieci to lepiej je miec.

    1. O te taksówki utkwiły mi w pamięci 🙂 Mieszkałam kiedyś przez całe lato (we Francji) ze starszą panią, która bardziej wymyślała sobie choroby, niż rzeczywiście chorowała. Ale taksówkę miała za darmo.
      U nas (Włochy) za wizytę u rodzinnego się nie płaci, dzwonię i umawiam się, z reguły w ciągu tygodnia, jeżeli to coś poważnego i nagłego sekretarka gdzieś mnie “wciśnie” nawet tego samego dnia. Po same recepty i zwolnienia można przyjść nie umawiając się, w określonych godzinach. Prywatnie czeka się bardzo krótko, albo wcale.
      To wszystko nie znaczy, że tutaj jest super, ale…

  10. A mnie już od dawna szlag trafia po co mu płacimy ZUS? skoro większość z nas chodzi prywatnie bo państwowo to żeby być chorym to trzeba być zdrowym aby aby to znieść i wogole się doczekać terminu wizyty.
    Moja mama czeka 2 lata na zabieg usunięcia zaćmy -miała mieć teraz we wrześniu -zadzwoniła i pani powiedziała ze sorry ale termin się przesunął jeszcze o 4 miesiące więc może pod koniec grudnia albo dopiero w styczniu-no jakaś paranoja !! Ja tego nie rozumiem że za komuny służba zdrowia działała skutecznie a teraz nie !!

    1. Może u nas też by się przydały jakieś opcje ubezpieczenia tak, jak pisała Malwina, bo przecież to, co się u nas dzieje to paranoja.

    1. Dwie!!! 🙂 Fakt, że potem się dowiedziałam, że to straszny kobieciarz i chyba mnie gościu najnormalniej wyrywał. 😉 🙂 W pracy! Za moją kasę! 😉

  11. po tylu latach doświadczenia ten lekarz ma już spokój i opanowanie we krwi, żeby nie powiedzieć gdzie ma pacjentów… służba zdrowia w tym kraju to jeden wielki absurd, jak mam iść do jakiegoś lekarza, nawet nie jako pacjent, a osoba towarzysząca, to z miejsca się gorzej czuję. tak mi się jeszcze przypomniało, kiedyś jak byłam u swojego lekarza rodzinnego po zaświadczenie na uczelnię to wyszłam totalnie zażenowana. to fajny człowiek, zabawny, nawet lubię do niego przychodzić, ale jak zaczął złośliwie komentować starszego pacjenta, który był przede mną to jakoś moje pozytywne uczucia odeszły. 😉

  12. Z tym obrabianiem to zaszczytna misja, ale chyba nudna , bo ile można o tym samym. Lekarz lekarza broni i tak samo jest z prawnikami. SZKODA CZASU.
    Aniu, coś tam znów maznąłem

  13. No Kochana, potraktuj to jako małą wprawkę do życia przedstawicielki farmaceutycznej. To jest dopiero niewdzięczna robota. Ten tłum krwiorzerczych staruszków stłoczony pod drzwiami, czekający aż pojawi się bardziej wystrojona kobieta z dużą torebką, albo mężczyzna pod krawatem i atakujący i wyzywający…

    A takie praktyki lekarskie nie są mi obce, przykre to, ale takie… hm… polskie?

    1. Ha, ha 🙂 NO, bo przecież jak absurdy, to tylko u nas. Wczoraj w TV mówili, że jakiemuś facetowi kazano czekać na termin zdjęcia gipsu – kila miesięcy!!! Nie było terminów do ortopedy!!!

  14. Chyba bym Cię zabiła wzrokiem, gdybym czekała za Tobą w kolejce… 😉

    Nie wiem jak Ty, ale ja bardzo często tak mam, że kiedy siedzę w kolejce u lekarza wydaję m się, że każda osoba przede mną siedzi tam wieczność. Kiedy przychodzi moja kolej jestem obsługiwana w sekundzie i wychodzę 🙂

Pozostaw odpowiedź ~Justyna Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *