Kilka słów o podręcznikach i oświacie

W ciągu ostatnich 15 lat w naszym pięknym kraju mlekiem i miodem płynącym przeprowadzono co najmniej kilka reform oświaty. Reformowano wszystko, począwszy od organizacji poszczególnych etapów kształcenia, przez podstawę programową, egzaminy, wiek rozpoczęcia obowiązku szkolnego… I może dałoby się spokojnie wymienić jeszcze kilka elementów, ale to, co najbardziej obchodzi rodzica, to podręczniki. Edukacja podobno jest za darmo. Podobno, bo ile tak naprawdę kosztuje posłanie dziecka do szkoły, wszyscy rodzice wiedzą.

Kiedy ja chodziłam do szkoły, a było to bardzo dawno, mój młodszy ode mnie brat, mógł spokojnie skorzystać z tych samych podręczników, z których ja się uczyłam. Pominę fakt, że korzystał też z moich zeszytów, bo brat wychodził z założenia, że po co wyważać drzwi, kiedy ktoś już je otworzył.

No, ale rodzice mogli parę groszy zaoszczędzić, bo dla mnie kupowali (od córki sąsiadki) książki używane, a potem te same podręczniki zanim dotarły do mojego brata, obsłużyły jeszcze ze dwa roczniki. Ja wiem, że brzmi to jak opowieść rodem z science fiction, ale tak było. Biję się w piersi, że prawda najprawdziwsza w świecie.

A dzisiaj? Moje Jajo ma to „szczęście” należeć do zreformowanego rocznika. Tego, który w 2015 będzie zdawał maturę „po nowemu” i jako pierwszy zdawał „po nowemu” egzaminy gimnazjalne. Pomijam cały bałagan z tym związany, bo do tej pory w zasadzie nie wiadomo, jak będą wyglądały arkusze egzaminacyjne. Bo przecież po co się martwić na zapas, ministerstwo dba o dobre samopoczucie obywateli. I to moje biedne zreformowane Jajo w ogóle niewiele wie, jak będzie wyglądać rekrutacja na studia, co zdawać itp. No, ale ma czas, więc pewnie się dowie. Jednak mnie sen z oczu spędzają ceny podręczników. W tamtym roku wydałam kilkaset złotych na książki. Tylko jedną kupiłam w antykwariacie, bo pani stwierdziła, że to pic na wodę fotomontaż, bo wydawnictwo zmieniło tylko lekko okładkę, tytuł i dodało napis: „zgodne z nową podstawą programową”. Resztę musiałam kupić w księgarni. A już szlag mnie trafia, kiedy na przykład drukuję listę podręczników zamieszczoną przez szkołę na ich stronie, kupuję wszystko jak należy, a pańcia jedna mówi we wrześniu, że jednak podręcznik będzie inny. Chociaż ona nie wie, bo nie może się zdecydować. W końcu pod wpływem dzieciaków, które w większości podręczniki zakupiły, pańcia jednak zostaje przy poprzednim.

Po drugie, co mnie irytuje, to masa zeszytów ćwiczeń. W LO! Do każdego przedmiotu prawie. Oczywiście łatwo się domyślić, że niektóre z nich wyglądają jak nowe po roku „użytkowania”, bo nauczyciel jednak nie korzystał albo zapisane zostają dwie-trzy kartki i tyle. Ja wiem, że nauczyciel wierzy w uczniów i pewnie ma nadzieję, że one w godzinach wolnych tak z miłości do przedmiotu siedzą sobie w domku i ćwiczonka machają. Przykro mi, trzeba chyba zejść na ziemię. Przynajmniej moje Jajo w wolnej chwili ćwiczeń z chemii czy fizyki nie macha. A takie zupełnie tępe nie jest.

Mamy już ostatni tydzień sierpnia, zaraz trzeba mieć wszystkie podręczniki, więc za portfel należy się złapać. Ale jak mi Jajo oznajmiło, że pani profesor od historii pokazała im podręcznik do tego przedmiotu i oznajmiła, że 180 złotych polskich kosztuje, to lekko szczęka mi opadła. No, ale jest pocieszenie, że książka na dwa lata. No, bardzo czuję się pocieszona, tym bardziej, że wyłożyć tę kasę muszę już, nie za dwa lata.

I mówią, że edukacja jest za darmo. No. Jest. Jak cholera.

I na koniec jeszcze refleksja na temat sposobu wybierania podręczników. Z tego, co mi wiadomo, kiedy nauczyciel wybiera podręcznik (zaraz po szalonych reformach), ma do dyspozycji zazwyczaj pierwszą część i na jej podstawie dokonuje wyboru. Części do starszych klas z reguły na oczy nie widzi, bo wydawnictwa nie zdążyły przygotować pełnej oferty. No i wybiera. Jednak po dwóch latach (lub po trzech) stwierdza, że wybrał strasznego gniota i chce podręcznik zmienić. Trudno mu się dziwić, ale wiemy, jak zareagują rodzice. Normalnie piana na pyskach. I też nikt się nie dziwi, bo mają prawo się wkurzać. Jest na to jednak sposób i lekarstwo: stabilizacja w oświacie. Przydałoby się jeszcze to ministerstwo odpolitycznić, ale to już marzenie ściętej głowy. Co nowy minister, to nowe zamieszanie.

A wystarczyłoby dać kilkanaście lat wytchnienia, wszystkim: rodzicom, uczniom i nauczycielom.

0 myśli na “Kilka słów o podręcznikach i oświacie”

  1. Posypie się zaraz lawina komentarzy, bo to temat bulwersujący 🙂
    A u mnie na razie luzik, bo przedszkole nie wyrobiło się z remontem i oficjalne otwarcie roku szkolnego dopiero za trzy tygodnie. Chłopcy jak studenci, mają przedłużone wakacje a ja wyprawkę kupię już bez tłumów, a może na jakieś wyprzedaże się załapię 🙂

    1. W tym roku też kupię podręczniki dopiero we wrześniu. Bo nie wiadomo, jak będzie z przedmiotami rozszerzonymi. Jajo też nie do końca wie, co powinno zdawać na maturze. Czeski film normalnie. 🙂

  2. Ja się co prawda nie rozmnożyłem więc problem zakupu podręczników mnie nie dotyczy ale Twój wpis pobudził wspomnienia. Do szkoły chodziłem dość dawno – za czasów tego gorszego ustroju i łza się w oku kręci jak przypomnę sobie te podręczniki z drugiej ręki (szczególnie do fizyki, której nie cierpiałem) z notatkami i odpowiedziami wpisanymi na marginesach przez poprzednich użytkowników! Pomagały one przetrwać znienawidzony przedmiot. Prawie jak Harremu w “Księciu półkrwi”. Pozdrawiam. ;]

    1. Też takie miałam. Toż to były dowody ludzkich wzlotów i upadków. A czasami nawet jakieś notki o belfrach na nich były 😉 🙂

  3. według mnie stare podręczniki były o niebo lepiej konstruowane niż te obecne. Nie wiem ile można zmieniać np w biologii. Przecież ewolucja tak szybko nie idzie do przodu, by co roku trzeba było uaktualnić ją w podręcznikach

    1. W literaturze średniowiecza czy renesansu też niewiele się zmieniło. 🙂 Tak samo inne przedmioty. Ale chyba chodzi o to, by był ruch w interesie. 🙂

  4. Dzień Dobry Aniu!
    Poruszyłaś bardzo “gorący” temat dotyczący prawie wszystkich. Bezpłatna oświata – bzdura! Najbardziej widać wydatki na podręczniki, ale to nie jedyne koszty edukacji obciążające rodziców, że wspomnę jedynie koszt materiałów eksploatacyjnych do kserokopiarek. A gdzie zeszyty, piórniki i ich wyposażenie, tornistry/plecaki i wiele innych?
    Może pamiętasz, że mam to szczęście być mężem nauczycielki. Na co dzień widzę to, co dotyczy pierwszego etapu nauczania (kl. I-III).
    Wybór podręczników – masz rację – często wybiera się podręczniki, które będą obowiązywać przez 3 lata, na podstawie zestawu przygotowanego dla kl. I. Mam wrażenie, że wydawnictwa skupiają się na przygotowaniu atrakcyjnego podręcznika do kl. I, żeby “ułatwić” wybór. Następne to już gnioty, bo po co się wysilać skoro i tak trzeba ciągnąć tą serią. Wracając do kosztów kształcenia. Np. w szkole żony organizowany jest cykl zajęć dotyczących teatru. Przyjeżdża do szkoły zespół aktorów prowadzących warsztaty na ten temat. Jest to cykl bodajże 4 spotkań dla maluchów w ciągu roku szkolnego. Podobno świetna sprawa. Chwała szkole za to! Ale jest to nie mały koszt dla rodziców i nie wszystkich na to stać.
    Na koniec dygresja na temat kosztów ponoszonych przez “drugą stronę”. Nie wiem, czy wiesz, że czuję się sponsorem polskiej oświaty. Doprowadza mnie do szału, że finansuję z domowego budżetu koszt zakupu: tuszu i papieru do drukarki (drukowanie cwiczeñ, kartkówek, dyktand itp., które potem sa kserowane dla kazdego ucznia, drukowanie setek sprawozdan, planów pracy itp.; kartonów, mazaków, kleju, tasmy klejącej itp. w celu przygotowania pomocy na lekcje. nie béde Cié dalej zanudzal, ale w ciągu roku szkolnego uzbiera sié spora sumka. Oczywiście o przedstawieniu szkole faktur za zakup tych materiałów nïe ma mowy – “”bo nikt tego nie robi”. W kontekście ograniczen zatrudnienia w oświacie jest to tym bardziej zrozumiale.
    Jesteśmy zgodnym malzenstwem, ale ten wlasnie temat jest glownym powodem naszych klotni. Nie czujé sié wobowiázku wspomagac budżet państwa w finansowaniu ‘bezpłatnej”oswiaty.
    Na koniec ‘”pocieszenie” – będzie tylko gorzej. Z kazdym rokiem wydatki na edukacje dzieci rosná. Moja corka studiowala architekturę – wole sobie nie przypominać, jaki duzy był wór pieniędzy, który wydaliśmy na podręczniki i pomoce “szkolne”.
    No! ponarzekałem sobie.
    Zycze wszystkim wysokich dochodow , w końcu dzieci sa nasza przyszloscia.

    1. Hej. 🙂 Dokładnie jest tak jak piszesz. A jak się jest współmałżonkiem nauczycielki, to niestety trzeba wziąć odpowiedzialność za współfinansowanie oświaty. Moja mama też była od I-III, pracowała też w przedszkolu. Nie dość, że tato wyremontował jej salę, pozawieszał szafki (często przytachane z domu), to jeszcze robił jej ilustracje do bajek itp. Mama też na drabinie nieraz malowała jakieś bajkowe postaci na ścianie swojej sali. I w zasadzie ktoś powie, że mogła tego nie robić, bo oczywiście nikt jej nie kazał, ale bycie nauczycielem z powołania to w zasadzie misja nie praca i jak ktoś chce to wykonać dobrze, to będzie malował tego Rumcajsa na ścianie w wolnym czasie za własne pieniądze tylko dlatego, by dzieciakom umilić pobyt w szkole czy przedszkolu. Tylko tak się zastanawiam, jaką trzeba być “siłaczką”, by to robić do 67 roku życia. W dodatku w tym “zreformowanym” bałaganie. Pozdrawiam 🙂
      Pozdrowienia również dla żony 🙂 🙂 🙂

  5. Klik dobry:)

    A poco dawać wytchnienie? Na wytchnieniu się nie zarobi, a szkoła to biznes dla wydawnictw. Dlatego podręczniki – jak pampersy – muszą być do jednorazowego użytku.

    Kiedyś podręczniki się szanowało, aby w jak najlepszym stanie odsprzedać młodszym kolegom. To także była edukacja. Dziś nie ma potrzeby obchodzić się z książką z namaszczeniem, skoro jej ranga spadła do pozycji nieprzydatnego po użyciu pampersa.

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. hej 🙂 Racja. Co prawda antykwariaty odkupują podręczniki (nie wszystkie). I podręcznik, który w księgarni kosztował prawie cztery dychy, odkupują za 7 zł. A podręcznik prawie nowy, bo na przykład to moje Jajo szanuje książki. Interes jak się patrzy. Fakt, że antykwariat też ryzykuje, bo jak w danym roku nie sprzeda książki, to w następnym też nie wiadomo, czy czegoś nie zmienią. W zasadzie jednak można stwierdzić, że wszyscy wokół zarabiają kosztem rodziców.
      I tak interes się kręci. Niestety nie nasz rodziców,

      1. Onet. biznes pisze, że nauczyciele także zarabiają.

        …podręczników do polskiego na poziomie gimnazjalnym jest 68, do biologii i geografii po 33 itd. Żaden nauczyciel nie przestudiuje wszystkich. Wygrają te, które będą najskuteczniej promowane.

        Kto na tym zarabia? Po pierwsze, wydawnictwa. Po drugie, dyrektorzy szkół i nauczyciele. Za zorganizowanie kiermaszu w szkole dyrektor bierze zwyczajowo 15-20 tys. zł, oczywiście pod stołem. Kluczowa jest rola nauczyciela – to on wybiera podręczniki. Wydawcy korumpują pedagogów na różne sposoby. Fundują im wycieczki integracyjne, laptopy i inne gadżety. Rozdają gotowe scenariusze lekcji i pomoce dydaktyczne. Co rok w marcu lub kwietniu przedstawiciele wydawnictw przyjeżdżają do szkół albo zapraszają nauczycieli na szkolenia w atrakcyjnych ośrodkach wypoczynkowych – i biznes się kręci.

        1. Takie teksty to od razu mi nóż w kieszeni otwierają. Nie wiem, może gdzieś tak jest. Ale w życiu w szkole nie widziałam żadnego kiermaszu. Mam bardzo dużo koleżanek nauczycielek i jakoś nie widziałam, żeby któraś laptopa czy wycieczkę w prezencie dostała za wybór podręcznika. Jak dostaną długopis i notesik lub kalendarz to wszystko. Prawda jest taka, że nauczyciele dofinansowują oświatę z własnej kieszeni, tak jak pisał Sławek. Nie mam pojęcia skąd takie informacje. Dla porównania mam w rodzinie lekarza, dziewczyna co rusz jeździ na jakieś sympozja. Ostatnio była na Majorce. Szkolenia trwały do 12, a potem czas wolny (przez tydzień). A nauczyciele, jak mają konferencję i dostaną kawę i jakieś zdechłe ciastko, to się cieszą. A wydaje mi się, że podręcznik od wydawnictwa jak nauczyciel dostanie, to żadna łaska, jego obudowa również. Czy robotnik, jak idzie na budowę, to ciągnie za sobą własną betoniarkę?

          1. To z art.
            ” Lifting podręczników
            wczoraj, 16:52
            Onet
            Justyna Zahorska”.

            Jeszcze dzisiaj wisi ten artykuł na głównej stronie Onetu.

          2. Szczerze mówiąc czekałem na taki tekst, jaki napisała alElla. Z całym szacunkiem, ale alElla (jak większość czytających) dała się złapać na lep wielu tego typu artykulików pożal się Boże dziennikarzy. Już od wielu lat pojawiają się artykuły typu: nauczyciele nic nie robią – przez 3/4 roku mają wakacje, pracują po 4 godziny/dziennie, zarabiają krocie, mają “boki” (wycieczki dookoła świata, dostają super komputery i diamentową biżuterię na koniec roku). Nie wiem skąd te dziennikarzyny biorą takie rewelacje – albo uogólniają jednostkowe przypadki, albo robią to na zlecenie. Wystarczy poczytać komentarze pod takimi artykułami – 95% internautów wylewa cały swój jad na nauczycieli i opluwa ich. No cóż już bardzo dawno temu elity wiedziały co robić – “dziel i rządź”.
            Jestem mężem nauczycielki od bardzo wielu lat i podobnie jak ty nie widziałem, aby z szafy mojej żony wysypywały się laptopy i żeby w wakacje była gościem w domu, bo podróżuje po całym świecie, a po zakończeniu roku uginała się pod ciężarem najdroższej biżuterii. Powiem więcej, do niedawna wykorzystywała w pracy prywatny laptop. Teraz jest lepiej – w szkole ma służbowy komputer do spóły z koleżanką.
            Trzeba przyznać, że koniec roku jest bardzo miły – całe mieszkanie tonie w kwiatach. Chociaż nie wiem, czy jakiekolwiek wyrazy wdzięczności są konieczne. Bez wątpienia zonie jest miło.
            PS. Najbardziej okazałym “prezentem” od klasy, jaki kiedykolwiek otrzymała moja żona było olbrzymie pudło czekoladek. Największym poszkodowanym byłem ja, bo mi w brzuch poszło.
            Obiecuję, że nie będę więcej komentował, bo mnie szlag trafia, gdy słyszę takie historie.

          3. Mnie też trafia. Bo w zasadzie powinnam po mamie odziedziczyć szafę diamentów. A przyznam, że z oświatą sama miałam “mały romansik”, więc nikt mi nie wmówi, że n-le dostają gratis jakieś wycieczki. A drukarka w domu na chu…steczke byłaby mi potrzebna, gdyby nie praca. Oczywiście wszystko na swój koszt. Szkoda gadać. I tak jak piszesz, nauczyciel to świetny chłopiec do bicia, bo na oświacie przecież każdy się zna, bo do szkoły chodził. A nauczyciel siedzi, w stołek pierdzi i jeszcze pensje za to bierze.
            Jednak insza inszość, że w szkołach pracuje wiele osób, tylko dlatego że w życiu co innego im nie wyszło, a wiadomo wtedy, jak traktuje się taką pracę. I psuje opinię całemu środowisku.
            No, trochę mnie poniosły emocje. 🙂 Ale już odpuszczam.

          4. A ja właśnie uważam, że trzeba komentować, dyskutować i prostować. Ba, nawet pociągać do odpowiedzialności dziennikarzy, którzy zadają kłam, albo uogólniają.

            PS. Jestem córką i siostrą nauczycieli.

          5. To było na samej górze w tym największym oknie. Teraz w tym miejscu widzę: ” Bubel prawny. Pijani kierowcy bezkarni!”

  6. U nas w gimnazjum dyrekcja jest na tyle rozsądna, że nie zmienia podręczników co roku. Dzięki temu możemy zaopatrzyć córkę w antykwariacie, za jedyne 400 zł. Dla chłopców musimy kupować całe zestawy kl 1 i kl2 podstawówki, rok po roku w tej samej szkole mają zupełnie inne zestawy podręczników. Z resztą nawet gdyby były takie same, to nie mogliby używać jeden po drugim, bo przecież w tych książkach się pisze i maluje.
    Kiedyś w mojej podstawówce, “za komuny” starsze roczniki oddawały książki, które następnie były używane przez młodszych. Tym sposobem płacił tylko ten, kto zniszczył książkę, tak że nie mógł jej na koniec roku zdać. Cóż, w tym roku na podręczniki dla dzieci wydałam ponad tysiąc zł. A przybory ? Wyprawkę ( kredki, farby, plasteliny, bloki techniczne ) należy zapakować w torbę i zostawić w klasie, ale dodatkowo w sekretariacie zapłacić 50 zł od dziecka, za przybory dla szkoły. Opłata za ksero 10 zł miesięcznie, składki klasowe ( na papier toaletowy i mydło do wc ) 10 zł, komitet rodzicielski 50 zł na rok w szkole, 20 zł miesięcznie! w zerówce itd itd itd

    1. Nie wspominam już o innych wydatkach. Ja niestety mam to “szczęście”, że Jajo musi mieć wszystkie nowe podręczniki, bo jest pierwszym zreformowanym rocznikiem. Oczywiście reforma któraś z rzędu. 🙂

  7. Mnie również szlag trafia(a co będzie jak drugie młode trafi za rok do szkoły)to juz bankructwo pewne.Ja pierdzielę ,za naszych czasów Aniu -tak jak napisałaś książki były “przechodnie”-a nawet leżały na półce w klasie i kto nie miała mógł z nich korzystać.I co z tego wynika?Czy jesteśmy głupsi od innych?Państwo nie dba o nas-mają nas głęboko w d…e!Ważne że oni są przy korycie,majątki zbijają-a na dodatek wyłażą kolejne afery korupcyjne-bo tym padalcom ciągle mało!

    1. Oj, widzę, że nerw Cię wziął. 🙂 Ale masz rację. O kasę chodzi i nikt nie myśli o zwykłych obywatelach, czy dają radę, czy już ledwo ciągną. Co nowy rząd, to zmiana, co nowy minister edukacji, to musi po swojemu, chociażby lektury jakoś zmodyfikować, żeby ślad po sobie potomnym zostawić. 😉 🙂

  8. Dla podgrzania atmosfery przypomnę, że w latach 1968/72 (mój rocznik) na nowoutworzonych kierunkach studiów (np. elektronika cyfrowa)prawie nie było podręczników. Skrypty, jeżeli takie były, przepisywaliśmy w domach ręcznie albo maszynowo w tylu egzemplarzach ile wyrobiła kalka (rekord: 16 kopii na przebitce). Ci co mieli szczęście dostać coś w oryginale nawet nie musieli się zbytnio męczyć z tłumaczeniem, bo schematy takie same. To były czasy.

    1. Za moich “czasów” też jeszcze były skrypty, ale można było już kserować, choć ksero jeszcze wtedy było cholernie drogie. 🙂 I też fajne czasy. 🙂

  9. Czas nauczycieli jest dla nas za darmo. Zresztą moje zdanie znasz, bo o książkach, ćwiczeniach i o “przedchodnich” też pisałam. Postraszyłaś mnie tylko tym, że mogą zmienić podręcznik. Chyma umrę wtedy na stojaka. 😀

    1. Teoretycznie zawsze mogą, tylko do tego potrzebna zgoda dyrektora, wydaje mi się, że oni raczej boją się reakcji rodziców.

    1. Wiem, od wczoraj. I już myślę nad regulaminem podobnym do Twojego 😉 🙂 Wiesz, jak jest. Skąd się bierze taka masa oszołomów, nie mam pojęcia. 😉 🙂

  10. Moje liceum było (nie wiem, jak teraz jest) pod tym względem święte. Podręczniki z języka polskiego, biologii, historii i paru innych przedmiotów mieliśmy mieć jedne na ławkę, więc koszty się automatycznie zmniejszały. Jedynie książki do języków obcych musieliśmy mieć każdy własną, ale to chyba oczywiste. Chyba do żadnego przedmiotu nie mieliśmy zeszytów ćwiczeń, więc kolejne parędziesiąt złotych taniej. W sumie, to z reguły kupowałam używane podręczniki od starszych roczników, jak większość uczniów. A i tak moja szkoła była trzecią najlepszą w województwie (albo czwartą, zależy od rocznika). Moim zdaniem ten cyrk z podręcznikami to jakaś paranoja. I nie każdego na nią stać:(

    1. Właśnie się zaczynam zastanawiać, czy mnie stać na podręcznik do historii. Ale jak Jajo stwierdzi, że nie zdaje rozszerzonej historii, to może obejdzie się bez. 🙂

  11. Objecalem, ze nie będę już zabieral glosu, ale wlasnie przeczytałem, iż pani Ministra EN Swiszczygaj poinformowala, ze w bieżącym roku szkolnym prace straci ok 7 tys. nauczycieli. Ministerstwo przeznaczy 100 mln. zl na przekwalifikowanie tych, którzy straca prace. Super liczba!!! To 142 zl na osobe.
    ELDORADO!

  12. powiem ogólnie – mam wrażenie, że od paru lat w owym ministerstwie ( i w innych też, bo to domena polityków – bezmyślność) zapadają decyzje na których tracą dzieciaki,młodzież i my rodzice, a żaden minister choćby nie wiem jakie banialuki wymyślił nigdy nie został zdymisjonowany a wręcz przeciwnie – więc jak ma być dobrze?!

    Ludu powstań! :)))

  13. To, że rządzą NAMI, patrz społeczeństwem idioci, to wiemy, co gorsza to my ich wybraliśmy, bo obiecywali kokosy…reforma oświaty nie różni się niczym od innych reform, tak jak w niej i w wielu innych widać przede wszystkim brak mózgu. Bezczelnie mówi się do Nas z ekranika Tv, że jesteśmy zieloną wyspą, jak to u Nas nie jest cudownie, wszystko kwitnie, a prawa jest taka, że ludzie mają coraz mniej pieniędzy. Wypłat nie podnoszą proporcjonalnie do comiesięcznych wydatków na życie i jedzenie, które stale rosną…kwestia podręczników…ich ceny, szybkość ich zmian – pozostawiam bez komentarz, bo sił brak…sama mam belfra w domu, a wraz z nim stosy podręczników…co roku ta sama zabawa: koniec wakacji na początku sierpnia, bo trzeba od nowa tworzyć scenariusze, konspekty i plany lekcji na najbliższy rok, bo co? A no podręcznik się zmienił…

  14. Tak naprawdę edukacja, jak i wszystko inne w naszym kraju jest dla bogatych ludzi. Jak ja chodziłam do szkoły, to nikt nie zmieniał podręczników jak szalony. Nawet będąc w gimnazjum, czyli 12 lat temu… były podręczniki od początku do końca jednego wydawnictwa, z jednej serii i jakoś dało radę…

  15. Bo tu chodzi tylko o biznes. Gdyby książki się nie zmieniały księgarnie, ani wydawnictwa by nie zarabiały, bo wiele osób by właśnie kupowało od starszych roczników taniej. Po za tym moja mama jak chodziła do szkoły to książki były za darmo. Po prostu starszy rocznik zostawiał dla młodszych. Podręcznik brała jak chciała się pouczyć w domu i jak nie robiła własnych notatek, a tak zostawały w szkole i nie musiała tego targać. Po za tym nie musiała mieć podręcznika, nauczyciele dawali dawniej dużo informacji z głowy, dyktowali więc zeszyt wystarczył.

  16. Tak… poślij człowieku dziecko do szkoły.Przecież to jest paranoja, że nawet banki przygotowują specjalną ofertę kredytową na “wyprawkę szkolną” ZAWSZE najbardziej wkurzały mnie własnie te nieuzupełnione ćwiczeniówki, zmora zmorzasta.

  17. Za mojej pamięci podręczniki wytrzymywały dobre kilka lat, zawsze miałam używane. Szkoły mogłyby się zresztą dostosować do starszych podręczników, bo ostatecznie w wielu przedmiotach mało się zmieniło przez ostatnie parę lat, więc nauczyciel mógłby oznajmiać, że np. w najnowszym wydaniu zadany temat jest na stronach xxx, a w poprzednim na stronach zzz. No. ale wtedy wydawnictwa nie zbijałyby takiej kasy!

  18. To jest ogromne nieporozumienie sprowadzanie Edukacji do biznesu. Kiedyś twórcami podręcznika był wybitny uczony z dużym dorobkiem naukowo-dydaktycznym.

  19. Też pamiętam te piękne czasy, gdy uczyło się ze “stałych” podręczników obowiązujących każdy rocznik. No ale to co się na dobre zaczęło chyba w końcu lat 90-tych i trwa wesoło nadal, to jest jakaś biegunka ministerialno-wydawnicza.
    Oczywiście, we współczesnym świecie stan wiedzy w niektórych dziedzinach bywa zmienny (ot, weźmy taką historię współczesną), więc można jeszcze jako-tako niektóre zmiany podręczników zrozumieć. Ale to? Czy nie można by było, do podstawowych przedmiotów takich jak matematyka, chemia czy j. polski wprowadzić jednolitego podręcznika? Czy to aż tak wielki problem?

  20. Niewiele mi brakuje kalendarzowo, by być Twoją rówieśniczka. Pamiętam, jak w podstawówce po klasie rocznik wyżej książki się dostawo w spadku. Dziś zakup podręczników, nawet używanych dla wielu jest zbyt kosztowny, a gdzie zeszyty i pomoce naukowe? Banki polecają na takie zakupy kredyty. Paranoja i wątpliwe to moralnie. Poza tym jak ktoś nie ma zdolności to i tak nie weźmie, a ten co go stać nie musi. A ile takich będzie co weźmie, żeby dziecko miało się z czego uczyć, kosztem późniejszego utrzymania rodziny> ehhh 🙁

  21. Już dawno podręczniki powinny być w formie elektronicznej . Niestety , wydawnictwa zdają sobie sprawę że był by to ich powolny koniec .
    Takie artykuły o nauczycielach i ich zarobkach to celowe działanie naszych władz . Pewnie większość z was mi nie uwierzy i uzna mnie za wariata . Niestety , już dawno przekonałem się że niektóre tematy dziennikarskie są robione na zamówienie władz lub grób które odniosą z tego korzyść . Już dawno próbowano ograniczyć przywileje nauczycielom lecz niestety w całości się jeszcze nie udało . W Warszawie ostatnio były plany zabrania darmowych biletów pracownikom komunikacji miejskiej . Datę wprowadzenia przesunięto pod groźbą strajku . Parę dni temu zmieniono ustawę zmieniającą kodeks pracy . Twierdzą że jak to dobrze każdy będzie miał mogąc pracować przez cały tydzień pracując po 12 i więcej godzin a mając płacone za 8 , za to będzie mógł w zimie w domku posiedzieć i mieć za to płacone . Ci co pracowali w godzinach nadliczbowych wiedzą jak jest ciężko je odebrać , są przypadki że pracownik pod groźbą utraty pracy rezygnuje z ich odbioru . Niestety , dla tej władzy człowiek się nie liczy , powiem więcej , nawet dla nich dziecko się nie liczy .
    Nie chcę przytaczać tu artykułów ale każdy może sobie litanie wyguglować wpisując Rostkowski i dowolną frazę która go interesuje . Dla przypomnienia , niektórzy nie pamiętają , becikowe , ulgi na dzieci w PIT zostały wprowadzone za PiS . Tu też jest robiony mętlik w głowach Polaków , większość nie lubi Kaczyńskiego bez jakich szczególnych powodów . To zrobił czarny piar . Ostatnio cytowane były słowa w którym wypowiadał się o uboju rytualnym . Zrobiono mu zarzuty że za bardzo kocha zwierzęta .

    1. Wiesz, mnie się też wydaje, że zawsze ludzie mają wrażenie, że rząd jest zły, a opozycja cacy i nawet jak się stołkami zamienią, to ludzie myślą ciągle tak samo. Co oczywiście nie potwierdza tego, że mogą sobie rządzący robić z nami co chcą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *