Franek wyleciał

Że my z Mężusiem nie do końca normalni jesteśmy, to już jakiś czas temu stwierdziliśmy. Choć nie ukrywam, że jakoś tak nieśmiało i z lekkim oporem doszliśmy do tak odkrywczego wniosku. Mieliśmy ostatnio taką głupawkę, że aż brzuchy nas bolały i zasnąć nie było można od tej trzęsawki, która nas dopadła.

A zaczęło się bardzo tragicznie. Po kuzynkę Jaja przyjechali rodzice. Siedzimy sobie przy stole. Jemy obiadek albo może już ciacho na deser i kawą popijamy. Rozmawiamy spokojnie, a oni (ci rodzice) jakoś tak dziwnie się zachowują i coś tam szepczą pod nosami w stylu: „Powiemy im?” Zabrzmiało złowrogo, więc słuchamy, bo wspólnie stwierdzili, że powiedzą. I słyszymy jak K. (mama kuzynki Jaja) mówi:

– Franek wyleciał – i cisza. Chwila konsternacji.

– Gdzie poleciał? – pytam beztrosko, choć nie jarzę od razu, czy znam jakiegoś Franka. Oczywiście okazało się, że nie znam, ale Jajo i jego kuzynka miały okazję w maju Franka poznać osobiście i nawet im na plecach siedział. Bo to szalony kot (ich cioci) był. Franek – rasowy, wielki sierściuch, nasz przy nim to okruszek. Ale Franek nie gruby, absolutnie nie. Zgrabnioszek z rodowodem. Tylko taka wielka rasa. Kocia arystokracja. Nasz Nutuś kuwetę mógłby mu sprzątać.

I łatwo się domyślić, jak zabrzmiało moje pytanie w kontekście tego, że Franek to kot. No, ale cóż, przecież Łajka też poleciała. To co? Franek nie mógł?

– No…, z dziewiątego piętra, na dół – odpowiedział J. (tata kuzynki). I zaczęli opowiadać, jak to kot wypadł przez okno. Tragiczna sytuacja, bo potem właścicielce pół godziny na rękach umierał. Dziewczyny przerażone, bo z Frankiem się zakumplowały. I wiadomo, jakby Nutusiowi coś się stało, to chyba bym wyła przez tydzień albo i dłużej, bo człowiek do zwierzaka się przywiązuje i traktuje go jak dziecko.

No, ale mnie (i jak się okazało Mężusiowi również) trudno było zachować powagę już po tym pierwszym zdaniu, że „Franek wyleciał”. Podczas wspólnego biesiadowania nawet nie patrzyłam w stronę Mężusia, bo wiedziałam, że spotkanie naszych spojrzeń groziłoby towarzyską katastrofą. Głupio by było, gdybyśmy pękali ze śmiechu, a reszta siedziała z minami pełnymi bólu i współczucia dla biednego Franka i jego właścicielki.

Goście pojechali. Minęło kilka godzin. Leżymy sobie w łóżeczku. Niby zasypiamy. A ja nagle czuję, że lewa strona łóżka, na której poleguje mój małżonek, trzęsie się, jakby nie wiadomo co się po tamtej stronie działo. Już nawet myślę, że gra wstępna się zaczęła, a ja nic o tym nie wiem. Nasłuchuję jednak, a Mężuś rechocze w poduszkę. Pytam, co się dzieje, a on tylko wydusił, że „Franek wyleciał” i normalnie dobre pół godziny rechotaliśmy jak głupki. Nie mogliśmy się opanować. Bo od razu skojarzenia mieliśmy najprzeróżniejsze. I pytanie moje „Dokąd wyleciał?” w tym kontekście trafione w dziesiątkę, jakby co najmniej Franek na Majorkę się wybrał.

Jak już się uspokoiliśmy, doszliśmy do wniosku, że nienormalni jesteśmy. Niestety. Fakty mówią same za siebie.

PS  Jeżeli ktoś ma ochotę, to można tutaj przeczytać wywiad ze mną 😆 

0 myśli na “Franek wyleciał”

  1. No wyleciał… Frunął jakiś czas…. Złapał wiatr w żagle i popłynął… w krainę ciszy i spokoju 🙂
    Wybacz, muszę żartem. Kondolencji nie umiem składać, nigdy nie miałam okazji….

      1. Składanie kondolencji to istna tortura… nigdy nie wiem co powiedzieć czy jak się zachować (szczególnie gdy nie dotyczą kogoś z kim było się blisko i właściwie nie odczuwa się żadnych silnych emocji). W USA przynosi się osobie dotkniętej tragedią jakieś potrawy i to dość dobry zwyczaj bo daje wyraz Twojemu zmartwieniu i przypomina osobie w żałobie o tym, iż musi jeśść…

        1. Zwyczaj ciekawy, choć taka osoba pewnie nie myśli o jedzeniu.
          Pamiętam, jak po śmierci synka, musiałam wrócić do pracy. Najpierw posłałam mamę, by powiedziała, że nie chcę żadnych kondolencji. Ledwo dałam radę na prochach tam pojechać i wiem, że wystarczyłyby jedne słowa współczucia i bym się rozwaliła całkiem. Moje koleżanki i koledzy to uszanowali, zachowywali się, powiedzmy normalnie, i jakoś przetrwałam. Wg mnie kondolencje to kopanie leżącego, choć pewnie są osoby, które może tego potrzebują. Ja nie umiem ich składać, bo co wtedy powiedzieć? Wszystko brzmi banalnie. I nie umiem ich (i nie chcę) przyjmować.

          1. Byłem ostatnio na pogrzebie znajomego z młodych lat (byliśmy razem w “paczce” i ostro dokazywaliśmy) i wszyscy podchodzili do jego matki by rzucić standardową formułką. Normalnie aż mnie mdliło – co miałem powiedzieć? Ze nie widziałem go od dobrej dekady? Że zapił się na śmierć i jest mi przykro? Makabra…

          2. No, makabra, ale co zrobić. Ludzie lubią postępować zgodnie z jakimś schematem czy porządkiem i pewnie wtedy za bardzo się nad sensem tego nie zastanawiają.

        1. My, fakt, rozumiemy się bardzo dobrze. Na szczęście mamy też to samo poczucie humoru. Durne, bo durne, ale wspólne. 🙂 😉

  2. Aniu ciesz się, że z M nie jesteście normalni! Spójrz na tę “normalność” za oknem lub w TV! Brrrr… Dreszcze przechodzą! Ja nieskromnie napiszę, że świr jestem całą gębą! Staram się i jestem z tego dumny!

    1. A no to witaj, Świrze 🙂 wśród innych świrów. 🙂 Jak to mówią swój do swego ciągnie, nie? 🙂 😉 Ale masz rację, “normalność” czasami przeraża. Choć z drugiej strony, to chyba nawet nie wiadomo, co tą “normalnością” jest, nie?

      1. Ja po prostu przestałem oglądać TV popularną bo jeśli to co tam pokazują lub dla kogo przygotowują ramówki to jest “normalność” to dalej usilnie będę pracował nad swoją nienormalnością!

  3. Koty mają to do siebie, że postępują niczym rasowy samobójca:
    jest okno to i jest przeszkoda i skok.
    Moja sierściucha Fela któregej nocy postanowiła się przewietrzyć, a że uchylne okno było w jej zasięgu a on szczuplutko to myk na drugą stronę….
    Była tak zdesperowana, że próbowała wdrapać się z powrotem po szybie.. to drapanie obudziło mnie na dobre…
    Oczywiście nie obyło się i bez prób skoków z drugiego piętra – odnotowałam dwie u Feli i jedną u żółwia Kubusia…Wszystko bez spadochronu…
    Pozdrawiam i nie śmiej się “dziadku z czyjegoś przypadku!!” – haha 🙂
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
    http://kadrowane.bloog.pl/

    1. Mój sierściuch za to nie wykazuje najmniejszej ochoty, by skakać z czegokolwiek. Po co marnować energię? Najlepiej więc czuje się w pozycji horyzontalnej 🙂

  4. Już parę razy zabierałem się do skomentowania, i zawsze zaczyna mnie trząść ze śmiechu. Moja mam miała podobny przypadek, miała sierściucha, takie coś między yorkiem a owczarkiem nizinnym. Psiowy, tak go nazywaliśmy miał swoje dzienne miejsce na parapecie okiennym, gdzie dostawał się skacząc na wersalkę pod oknem, a dalej na parapet. Wskakiwał tam zawsze, gdy coś się działo za oknem (VIII piętro). Kiedyś jednak musiałem wystawić okno i naprawić zamek. No i stało się, jakiś hałas za oknem … Psiowy nastawił uszy, a potem w dwóch susach wskoczył na parapet, i tyle go widzieliśmy. Zbiegliśmy na dół po zwłoki, ale nasz Psiowy żył, tylko wisiał zakleszczony do góry nogami w dwumetrowym żywopłocie. Uratowało go niezwykle gęste futro, którym wyhamował upadek. Z trudem, wyłamując gałęzie wyciągnęliśmy go, i po stwierdzeniu, że nie ma nawet zadrapań, zaczęliśmy z Mamą rżeć ze śmiechu. Psiowy siedział obok nas nie bardzo wiedząc co się stało, ale skumał, że to my jesteśmy winni za ten kawał skoro się śmiejemy i z wściekłości zaczął nas kąsać. Dopiero po paru dniach doszedł do siebie, ale na parapet dalej wskakiwał.
    I tak sobie myślę, że za większość takich wypadków odpowiadamy, my dorośli zapominając że nasze zwierzaki myślą nieco inaczej.

    1. To Wasz psiowy miał dużo szczęścia. Też bym pewnie się śmiała, jakbym zobaczyła, że nic mu nie jest. 🙂 A co do odpowiedzialności, to się zgadzam w stu procentach. Jednak czasami człowiek zapomina o zamknięciu okna lub zabezpieczeniu zwierzaka i wtedy niestety łatwo o wypadek. Mojej koleżanki kot wypadł z 10 piętra, ale przeżył. Nic mu się nie stało, szczęśliwie wylądował, aż weterynarz podobno był zdziwiony, bo poszła sprawdzić, czy nie ma jakichś wewnętrznych obrażeń.

    2. Psiowy miał ogromne szczęście, aż trudno w to uwierzyć. Ale sytuacja komiczna, rozbawiła mnie.
      I to prawda, że za wypadnięcie zwierzaków z okien odpowiedzialni są ludzie, powinno się zabezpieczać okna. Ale miałam kiedyś kota, który pływał na barce z moim ojcem. Skakał z burty na ląd albo z jednej barki na drugą. Tuż nad wodą robił ogromne skoki. Gdyby wpadł, śruby od razu by go zmieliły. Zamykaliśmy oczy gdy on skakał, ale nie można mu było tego zabronić, bo jak, zamknąć go jak on kochał pływać barką, albo obwiesić wszystko siatkami. Na szczęście nigdy nie zrobił błędu w swoich skokach.

  5. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że dachowiec może spaść nawet z dwudziestego piętra i przeżyć. Taką mają budowę ciała i kości. Widocznie nie dotyczy to rasowych kotów;)
    A więc Franek wyleciał…

    1. Rasowy, to taki arystokrata, dachowe są przyzwyczajone może do skoków i upadków, zahartowane. A ten jeszcze do tego był bardzo młody, miał zaledwie kilka miesięcy chyba.

  6. O rany-to nie wasz wina że tak was zebrało.To raczej właściciele latającego kota źle się określili.Są jednak takie sytuacje-kiedy mimo tragizmu aż boki się zrywa.I nie wiem czy mnie ktoś tu zlinczuje ale opiszę pewną sytuację.Na osiedlu mieszka chłopak który ma garba(wiadomo że nieszczęście).Jedzie na motorynce-a tu kobita w niego autem lekko wjechała.Ten się przewraca,kobieta w szoku wyskakuje z samochodu.Nic się chłopakowi nie stało,wstaje a ta na widok że on taki pokrzywiony jęczy-o Boże co ja panu zrobiłam.On ze stoickim spokojem mówi-nic mi się przecież nie stało…wszyscy na osiedlu boki zrywali z tej babki-ogólnie nie dało się zapanować nad wybuchami śmiechu.

    1. Dobre. 🙂 Bo czasami tak jest, że podczas tragicznych zdarzeń człowiek się śmieje. Ja zauważyłam, że mam coś takiego, chyba nerwowy śmiech, bo jak coś złego się dzieje (oczywiście zależy co), to często wybucham najpierw śmiechem, a potem jak spotkam się w końcu z rozumem, to dochodzą do głosu inne emocje. 🙂

      1. No dobra teraz leże, przebieram nogami i boli mnie brzuch…. Spadający pulchny kot musi wyglądać jak te wiewiórki w bajkach co latają otwierając sobie boczne “płetwy” … Nie wiem czy wy to widzieliście, ale ja właśnie mam to w głowie…. ale jakby taki kot spadł komuś na głowę… Już przestaję…

        1. Albo jakby Franek spadł na Franka 😉 Syn mojego Mężusia miał od razu takie skojarzenie. 😉 Wyobraźnia jest niezawodna, nie? 😉

          1. No nie, wtedy to już zabawnie nie jest… chociaż dla tych, którzy by mieli okazję obserwować taki upadek…, to może i całkiem śmieszne 🙂 😉

  7. Rozumiem, że kotu się noga powinęła? Tak poza tym, to taki poślizg z parapetu, to trochę dziwne, jak na kota, bo koty mają bardzo dobrą równowagę. Prawie jak ptaki.

    1. Ale może chciał jakiegoś ptaszka upolować i skoczył. Podobno koty mają problem z określeniem wysokości. A może to taki kot amator latania bez spadochronu? 😉

  8. ten tekst spowodował u mnie morze łez… ze śmiechu;) a latająca Łajka -to prostu genialne:) świetnie się Ciebie czyta, o przepraszam Twoje teksty;)

  9. Mój tez kiedyś wyleciał. Z 3-go piętra, bo bardzo lubił wychodzić przez okno i chodzić po parapecie. Wtedy chyba po raz 1-wszy w życiu miałam okazję przekonać się, jak mocno będę się bać o kogoś kogo kocham (czyt. własne dziecko), tylko wtedy jeszcze tych właściwych uczuć macierzyńskich nie znałam.

    Mruczek roztrzaskał sobie tylko nosala, ale i tak niosłam go na rękach jak pękniętą wydmuszkę. 12 lat wtedy miałam. I do tej pory pamiętam.

    A po kilku dniach znowu zobaczyłam go na parapecie za oknem :/

    Ale ….. też mam banię 😀 : Lecę bo chcę, lecę,. bo kot woła mnieeee 😀

    1. Bo to zawsze rozpacz, jak dzieje się coś ukochanemu zwierzakowi. Tylko też wszystko zależy od tego, jak o tym opowiadamy, mnie tekst “Franek wyleciał” rozłożył na łopatki. 🙂
      A kiedyś miałam kociaka, który wpadł pod samochód. Miał złamany kręgosłup i przetrąconą szczękę. Uśpiłam go, ale pamiętam do dziś, jak umierał mi na rękach. 🙁

      1. Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać co czułaś, bo pewnie się rozryczę. Raz umarło mi zwierzę, jak do niego podeszłam już był sztywny i mimo, że gdzieś podświadomie wiedziałam, że juz go nie ma, to trącałam go i mówiłam do niego, jakbym sama przed sobą chciała udowodnić, że TO sie nie stało, że tylko mi się wydaje.

        No i sobie wyobraziłam! Ta moja bania, wcale już nie jest taka śmieszna, jak mi się wydawało.

  10. Wyszło to śmiesznie.Ja bym raczej pomyślała,że jakiś Franek za garnicę wyleciał;)Co do wywiadu,gratuluję:)Mamy ze sobąc coś wspólnego,ja też lubię Cohena.

        1. To polecam. Po polsku to przynajmniej wiadomo o czym są piosenki. 🙂 Bo ja oczywiście angielskiego nie znam. 🙁

  11. Ty to jednak normalna do końca nie jesteś 🙂 Wywiad taki sam jak twoje pisanie. Lekko, miło i z humorem ale mimo wszystko z sensem i na temat.
    Podoba mi się twoja konsekwencja w odpowiedziach. Czasem czytuję twoje komentarze na innych blogach i zawsze jesteś sobą, faktycznie nie tykasz polityki i religii, uff.
    Mam nadzieję, że pierwszy wpis sponsorowany tego nie zmieni, że nadal będziesz sobą 🙂
    Ps, przepraszam, drugi wpis sponsorowany, bo pierwszy to był ten o Oli 😉

    1. A widzisz, zapomniałam o wpisie sponsorowanym przez Jajo. 🙂 A przecież całusy i przytulasy ważniejsze niż jakaś kasa. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *