Ile kosztuje przyjaźń?

Dzisiaj muszę opowiedzieć pewną historię.  W zasadzie pisać będę w afekcie, bo się lekko wkurzyłam. W zasadzie na nic konkretnego mnie nerw nie wziął. Po prostu, jak słyszę, kiedy specjaliści od finansów dają rady w radiu lub w TV, to się zastanawiam, czy my na tym samym świecie żyjemy, czy może oni są z innego wymiaru. Słucham, jak pan radzi ludziom, którzy mają kłopoty ze spłacaniem kredytów, jak to powinni pójść do banku, powiedzieć o problemach, a bank na pewno coś na to poradzi. No, coś… Tylko to „coś” niekoniecznie musi być po myśli człowieka z problemem.

Kiedyś dwoje znanych mi ludzi, zresztą bliskich, w średnim wieku, miało niezłą przeprawę z bankami. W zasadzie większość życia przeżyli w PRL-u, a wtedy może jakieś pożyczki były, ale na zupełnie innych zasadach. I ci ludzie, nazwijmy ich Z. i A. wymarzyli sobie mały domek z czerwonym dachem i pelargoniami w oknach. Jakieś tam niewielkie oszczędności mieli, dobrą pracę i dużo zapału. Co prawda była ciężka komuna, więc na materiał budowlany czekało się w kolejce. Ale jakoś ten swój domek pomalutku stawiali. W tym czasie komuna padła, a oni ciągle dłubali coś w „swoich marzeniach”. Nagle w sklepach było już wszystko. Wzięli więc kredyt na wykończenie domu. Zarabiali powyżej średniej krajowej, więc wydawało się, że spłacą w ciągu dość krótkiego czasu. Płacili sobie spokojnie, w międzyczasie pensje im się jakoś dziwnie skurczyły, no, ale na ratę starczało. Ledwo, bo ledwo, ale jakoś wiązali koniec z końcem.

I pewnego dnia najlepsza przyjaciółka A. poprosiła małżeństwo o podżyrowanie pożyczki – 30 tysięcy. W tamtych czasach znaczyło to trochę więcej niż obecnie. Z. się nie zgodził. A. strzelała jednak fochy tak długo, aż mąż uległ. Bo to miały być pieniądze na studia w Anglii dla córki przyjaciółki. Jak nie pomóc? Przecież znały się tyle lat, pracowały razem, niejedną kawkę razem wypiły. Przyjaciółka kredyt wzięła. Przez kilka miesięcy płaciła, a potem ot, tak nagle przepadła jak kamień w wodę.

Po następnych kilku miesiącach A. i Z. dostali powiadomienie z sądu, że odbyła się rozprawa dotycząca rzekomej przyjaciółki i jej kredytu i oni – jako żyranci mają spłacić kredyt do dnia tego i tego. A. i Z. wpadli w panikę, bo nawet nie wiedzieli, że przyjaciółka nie płaci. Co prawda zniknęła jakiś czas temu bez żadnego słowa wyjaśnienia, ale przecież nie musi się im tłumaczyć. Może pojechała do Anglii do córki w odwiedziny? A. chwyciła za telefon. Dzwoni. Raz, drugi. Telefon milczy, nikt nie odpowiada. Wtedy strach. Kwota na wezwaniu wręcz kosmiczna. Odsetki rosną jak szalone, pieniędzy nie mają, nikt im kredytu nie da, bo przecież mają już wzięty na dom. W końcu pojawia się komornik. Zajmuje obie pensje. Zaczyna więc brakować na ratę za dom. Co robi małżeństwo? To, co radzą finansiści. Idą do banku, mówią jak jest, całą prawdę jak na spowiedzi. Piszą pismo z prośbą o zmniejszenie raty oraz wydłużenie terminu spłaty zadłużenia. Czekają na decyzję. W międzyczasie idą na policję. Okazuje się, że „przyjaciółka” nie wiadomo, gdzie przebywa. Wymeldowała się z poprzedniego miejsca zamieszkania. Ponadto dowiadują się, że mogą pozwać ją do sądu. Owszem, ale pod warunkiem, że najpierw spłacą zadłużenie. Przecież świadomie podżyrowali kredyt. Sytuacja patowa. Przyjaciółka hula pewnie gdzieś do tej pory poza granicami kraju, zupełnie bezpieczna, bo okazuje się, że można jej naskoczyć. Bo to A. i Z. musieliby ustalić jej miejsce zamieszkania.

Jedyna jeszcze nadzieja w banku.

Jednak ku zdziwieniu A. i Z. przyszła decyzja, że mają spłacić cały kredyt mieszkaniowy w ciągu 30 dni, inaczej bank będzie naliczał jakieś olbrzymie odsetki.

Z. już miał genialny pomysł, żeby wysadzić dom w powietrze i zostawić list, by wszyscy pocałowali go w dupę. A. mówiła o wieszaniu. Oczywiście siebie za własną szyję i na własnym sznurku. Obydwoje jednogłośnie potwierdzili, że niepotrzebnie chcieli pomocy banku. Bo bank owszem pomógł im, podał gwóźdź do trumny, żeby za bardzo się nie męczyli.

Pojawił się jednak pomysł. Sprzedać dom! I udało się. W zasadzie nie trwało to dość długo, bo cena była atrakcyjna. Sprzedali dom. Spłacili kredyt mieszkaniowy. Starczyło, ale nie starczyło na dług przyjaciółki, bo tam odsetki ciągle rosły, do tego komornik pobierał swoje.

Sprzedali dom, przestali mieć zdolność kredytową. Córka wzięła kredyt, by kupić im malutkie mieszkanie. Tam się wprowadzili. I przez kilka lat spłacali „przyjaciółkę”.

Była to bardzo kosztowna przyjaźń. Ponadto niezła lekcja od życia. Na szczęście Z. nie wysadził domu w powietrze, A. się nie powiesiła. Teraz sobie żyją pomalutku, nikomu niczego nie żyrują, przestali wierzyć w przyjaźń, przestali ufać bankom. Nie mają domku z czerwonym dachem i z pelargoniami w oknach, nie nazywają nikogo swoimi przyjaciółmi, ale żyją.

Ktoś może wyczytać z tego jeszcze inny morał. Powie, że po co głupki brali kredyt, przecież banki to nie instytucje charytatywne. I pewnie będzie miał rację. Po co? By spełniać marzenia? Ale ja tak łatwo nie oceniam, tym bardziej ludzi, którzy większość życia przeżyli w PRL-u. Nie dziwię się, że niektórym trudno było się przystosować do nowych warunków i w nowej rzeczywistości popełniali błędy. Szkoda tylko, że w ludziach jest tak mało człowieka. I ciekawe, czy „przyjaciółka” może spokojnie spać i od czasu do czasu spojrzeć sobie w twarz w lustrze.

0 myśli na “Ile kosztuje przyjaźń?”

  1. Niestety, jeśli zaczynają się pożyczki, łatwo stracić przyjaciół… Są dwa przypadki, kiedy ludzie potrafią zaskoczyć wszystkich i zachować się wbrew wcześniejszym deklaracjom: sprawy finansowe i łóżkowe. Dlatego na niejednej “przyjaciółce” niejeden uczciwy człowiek się zawiódł. A marzenia zawsze warto mieć i warto je realizować! Mimo wszystko!

  2. Faktycznie kosztowna przyjaźń. Trudno później nazwać kogoś przyjacielem. Ja zawsze się bałam, żeby w mojej przyjaźni pieniądze nie odegrały jakiejś złej roli… jak na razie przez 11 lat nic takiego się nie stało, ale w życiu nigdy nic nie wiadomo…

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie.

    1. Właśnie, nigdy nic nie wiadomo, ale zawsze lepiej unikać jakichś zależności finansowych, wtedy przyjaźń jest zdrowsza. 🙂

  3. Niestety Mamas ma rację – gdzie zaczynają się sprawy łóżkowe lub finansowe tam kończysię przyjaźń…
    Ja z tymi kilkoma osobami, których nazywam przyjaciółmi mam umowę, iż nigdy nie rozmawiamy o sprawach finansowych i póki co to się sprawdza. Ale z drugiej strony do kogo się zwrócić w ciężkich chwilach jak nie do przyjaciół?

    1. Racja. W zasadzie przecież przyjaźń polega między innymi na wzajemnej pomocy, jednak tam gdzie pojawiają się pieniądze, tam chyba kończy się przyjaźń, choć może są wyjątki.

  4. Klik dobry:)
    Ja przyjaźń pojmuję inaczej. Przyjacielowi pomaga się w ciężkich chwilach, dzieli się ostatnią kromką chleba, lekarstwem itd, itp… Żerowania kredytów na studnia w Anglii na mojej liście pomocowej nie ma. Zatem przyjaźń zapewne skończyłaby się jeszcze przed wzięciem kredytu, ale za to obie strony żyłyby szczęśliwie.

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. I słusznie. Tylko jak to była “taka” przyjaciółka, to w momencie odmowy (tak podejrzewam) obraziłaby się na śmierć i życie. I byłby spokój, tylko kto to wiedział…
      Wiesz, jak to mówią, za każdy dobry uczynek trzeba zapłacić. Człowiek uczy się przez całe życie. Ja dzięki temu wiem, że nikomu nie żyruje się pożyczki, choćby nie wiadomo co. 🙂
      Pozdrawiam serdecznie 🙂

      1. Otóż to. Prawdziwa przyjaciółka nie obrazi się za odmowę. A jak się obrazi, to kij z nią, bo to znaczy, że przyjaźń z jej strony była udawana.

        1. Racja. Tylko, że człowiek zawsze mądry po szkodzie. Tym bardziej, że z reguły ocenia się innych przez pryzmat siebie. A wtedy nie myślisz, że ktoś chce Cię oszukać, bo ty byś tego nie zrobiła, a przykład. 🙂

          1. Tak, oceniam po sobie. Ale za siebie też nie mogę zaręczyć. Bo np. jak stracę pracę czy życie, to żebym była najuczciwsza na świecie, to niechcący ożenię Ciebie z moim kredytem. Bank nie wnika, czy ja celowo nie spłacam kredytu, czy po prosu nie mogę spłacać. Wali po pieniące do mojego przyjaciela żyranta, choćbym bardzo tego nie chciała jako przyjaciółka.

          2. To prawda. Trudno przewidzieć, co się w życiu przydarzy, więc lepiej nie obciążać innych.

  5. W tamtych czasach dużo osób tak robiło. Mój tata też był wykiwany w ten sposób przez przyjaciela. Dobrze, że Ci państwo mogli liczyć na pomoc córki, bo zdarza się, że niektórzy i takiej nie mają.
    A z tym zwierzaniem się bankowi z problemów, to powiem szczerze to bank ma to wszystko w dupie by tylko go zapewnić, że kredyt będzie spłacony, ba banki często jeszcze wpakowują w kolejny kredyt na spłatę poprzedniego często też na dużo gorszych warunkach, co raczej jest strzeleniem sobie w łeb niż sięganiem po pomoc. Ale ludzie mają różne dramaty, a dobry przyjaciel jest na wagę złota.

    1. Masz rację, dlatego wkurza mnie jak wygarniturowany gościu w TV mówi, że banki chętnie pomagają w takich sytuacjach.

      1. To wszystko ma na celu złapanie rybki na haczyk. Warto jest zadzwonić do banku i powiedzieć, że w tym miesiącu spóźnisz się z spłatą, ale czy pójść i w oczy powiedzieć, że nie spłacisz w ogóle to nie wiem… lepiej chyba kombinować w domu jak spłacić niż wylewać brudy w miejscu publicznym. Taki miły elegancik ma na celu wyjęcie ostatniej złotówki, od której będzie miał jeszcze procent. Zresztą, ale to już nie do tematu, mądry człowiek, który wie, że nie stać go na daną rzecz, nie bierze kredytu, a woli sam odłożyć na coś, poczekać – mówię tu o ludziach, którzy biorą np laptopy na kredyt, telewizory, pralki lub samochód. Bądź co bądź jest to obciążenie.

        1. To też racja. Ludzie często biorą po kilka kredytów, nie myśląc, co będzie później, ale to już jakby inna sprawa. Czasami też nie ma wyjścia i trzeba wziąć kredyt. Wiadomo, że bank nie jest instytucją charytatywną, ale w niektórych, szczególnie parabankach odsetki są zabójcze.

          1. Wszystko w porządku ze zmysłami 🙂 Usunęłam gdyż zaczęła być tak pyskówka po za tym ten wpis chyba nie powinien mieć miejsca. Przepraszam za zamieszanie. Zapraszam dziś na drugi, smaczniejszy i weselszy 🙂

          2. Ludzie tak mają. Nie przejmuj się, pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz. A wpis Twój przeczytam jutro, bo już późno, łeb mnie boli, bo dopiero wróciłam z Gdańska. Pozdrawiam, trzymaj się ciepło 🙂

  6. Witaj Aniu!

    Poruszyłaś trudny temat: pieniądze czy przyjaźń. Staram się nie żyrować pożyczek, nie mówiąc już o kredytach. Różne rzeczy się zdarzają, nie koniecznie przyjaciel musi Cię wystawić, jak opisana “przyjaciółka”, ale może np. stracić pracę i efekt ten sam. Rację mają wszyscy Ci, którzy piszą, że “związki finansowe” to ciężka próba dla przyjaźni.
    Raz doświadczyłem takiej próby, na szczęście umocniła ona tylko naszą przyjaźń. Zostaliśmy (z żoną) poproszeni przez przyjaciół o poręczenie kredytu na kilkanaście tysięcy zł. Żona była zdecydowana to zrobić, ja również, jednak pod pewnymi warunkami. Poprosiłem o dopisanie mnie, jako uposażonego do polisy na życie z funduszem emerytalnym, jaką posiadali nasi przyjaciele. Nie ukrywam, czekaliśmy na odpowiedź ze świadomością, że może to być koniec naszej przyjaźni. Następnego dnia okazało się, że przyjaciele rozumieją moje stanowisko i zgadzają się na wpis. Dziś jest już po sprawie: wpis wykreślony, kredyt spłacony i przyjaźń kwitnie.
    A teraz o bankach. Mamy kredyt hipoteczny. Do końca pozostało ok. 5 lat. Oprocentowanie zmienne, uzależnione od WIBOR. Od ponad pół roku stopy referencyjne spadają osiągając chyba najniższy poziom w historii “nowej Polski”. Chcąc skontrolować bank, poprosiłem o udostepnienie “przeliczenia” kredytu wg. aktualnych stóp procentowych. W odpowiedzi otrzymałem zaproszenie na spotkanie w sprawie “uaktualnienia warunków kredytu w celu ograniczenia kosztów jego obsługi). Jeżeli nawet koszty te zostaną ograniczone, to ciekawy jestem, gdzie jest haczyk. Ciekawy jestem czy bank ograniczy te koszty w zgodzie ze spadającym oprocentowaniem czy uszczknie coś dla siebie. Muszę być czujny.
    Spotkanie w poniedziałek.
    Dam znać jak to się skończyło.

    Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

    1. Hej 🙂 Ale trzeba się pewnie znać na tych bankowych sztuczkach. Mnie wmówiono by niestworzone rzeczy na temat stóp procentowych.
      A co do przyjaciół. Masz szczęście, że trafiłeś na prawdziwych i Wasza przyjaźń się tylko umocniła. Dzisiaj jednak chyba o prawdziwych przyjaciół bardzo trudno, szczególnie tam, gdzie dochodzi prośba o żyrowanie pożyczki. Prawdziwy przyjaciel powinien zrozumieć, kiedy odmówimy, a mamy do tego prawo, bo przecież czasami zdarzają się różne nieprzewidziane sytuacje, wcale niewynikające z czyjejś złej woli.
      Daj znać, jak z tym kredytem. Ciekawa jestem co na to bank. Może w takim razie każdy, kto ma kredyt hipoteczny w złotówkach powinien wystąpić o udostępnienie takiego przeliczenia? Kompletnie się nie znam tych wszystkich finansowych zawiłościach.

  7. Ja tylko Aniu nie mogę pojąć jakim to trzeba być padalcem bez odrobiny uczuć -serio,ale mnie by to przez myśl nie przeszło.Mam to-na co mnie stać i tyle.Ale w obecnych czasach niestety pieniądz nie służy ludziom,tylko nimi rządzi-a to takie smutne…

  8. myślę, że “przyjaciółka” nie dość, że spokojnie po nocach sypia, to jeszcze do tego, może przypadkiem okazać się, że nie oni jedni zostali tak “przyjaźnie” potraktowani…

    przyjaźń dzisiaj to prawie abstrakcja, pojęcie surrealistyczne i jakby wywodzące się z zamierzchłych, dawno przebrzmiałych czasów, o których tylko w książkach się już czyta… a przecież, przecież ciągle jeszcze i na prawdę się zdarza 🙂

    1. Masz rację, okazało się też, że ona kilka osób z tej samej miejscowości podobnie naciągnęła. Napożyczała kasy i wyjechała.
      A w przyjaźń trzeba wierzyć, na pewno, ale tak jak piszesz, ona się “zdarza”.

  9. Straszna historia.Szkoda tylko tych ludzi i żal tych,którzy w ten sposób postepują…Też kiedyś gość,u którego pracowałam(!)prosił mnie o podżyrowanie.Żaden tam przyjaciel nawet.Dobrze,ze się nie zgodziłam.

  10. Tak się traci przyjaciół:
    – przu pożyczce i przy spłacie.
    Mam doświadczenie w bankowości, więc jeżeli mogę doradzić Twoim przyjaciołom, to aby spłacali po przysłowiowej złotówce.
    W międzyczasie, aby odwołali się pismem od decyzji banku, aż do chwili pojawienia się głównego pożyczkobiorcy.
    Z drugiej strony: człowiek nie kamień w wodzie nawet się znajdzie, wiec można zacząć próbować ustalić zajęcie przez komornika na nieruchomości, bądź ruchomości owej przyjacióki, to zawsze wydłuzy czas spłaty, a może przyjaciółka uzbiera pieniądze i sama wszystko spłaci
    Pozdrawiam
    Pomyślności życzę
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
    http://kadrowane.bloog.pl/

    1. Ona nie ma nieruchomości. Okazało się, że przed wyjazdem wszystko spieniężyła, cwana bestia. A ci ludzie chyba już nie mają siły na walkę, a ja się im nie dziwię.

  11. No niestety żyjemy w takich czasach, gdzie jesteśmy ze wszystkich stron zalewani informacjami jak to wzięcie kredytów zmieni nasze życie w bajkę. Jednak w wielu przypadkach po prostu tak nie jest, trzeba jakoś dostosowywać się do warunków, a gdy się już jest z jakiś powodów zadłużonym to walczyć nic innego nie pozostaje.

  12. Brzmi znajomo… Plusem jest że ów A i Z w końcu się ogarneli, i niech się cieszą że mają taką córkę, bo mogło by się to inaczej skończyć. Banki to instytucje i powiem szczerze gdy bym był dyrektorem banki to nie chciało by mi się słuchać bredni że nie można spłacić kredytu, to kolejni ludzie którzy nie chcą oddać własności banku. Ludzie powinni brać ogromne poprawki na swoje możliwości. Po za tym prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, jednak gdy chodzi o pieniądze słowo przyjaciel traci sens. Morał jest prosty nie stawiaj roweru obok lodówki bo ślimak pokaż rogi:P

    1. Czasami jednak ludzie nie potrafią określić swoich możliwości, niestety. Są przecież tylko ludźmi. Jednak za błędy płaci się dość słono.

  13. Masz rację,to była prawdziwa lekcja życia.Dobrze,że Ci ludzie mieli córkę,która im mieszkanie kupiła,że mogli jakoś wszystko poukładać.I jak tu wierzyć ludziom?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *