Zapisane w dzienniku

Tak sobie porządki od niechcenia robiłam ostatnio. Sama nie wiem, jakie licho mnie podkusiło, bo przecież są ciekawsze zajęcia w domu, jak rodzina w robocie czy w szkole. Przecież wtedy nikt nie widzi, więc mogłabym poleżeć, poopalać się na tarasie lub chociażby kawkę wypić. Ale nie. Nie mogłam. Musiałam łapska czymś zająć i najpierw okno wypucowałam w sypialni, bo jakoś mi się wydawało zakurzone, a potem myk do szafy i dawaj grzebanie w papierach uskuteczniać. I wtedy wpadł mi w ręce mój dziennik. Pisałam go od piątej klasy szkoły podstawowej. I patrzę na te znajome kulfony, aż prawie łezka w oku się zakręciła. I to „pięknie wykaligrafowane”: „słonice dzisiaj było”. A ponadto same ważne sprawy. Będą mieli moi biografowie w przyszłości z czego wiedzę czerpać. Oj, będą.

Usiadłam na dupsku przed tą szafą i czytam. Na sentymenty mnie wzięło. No, ale po dziesięciu stronach o tym, jak z rodzicami na działkę pojechałam, jak brat mi skarbonkę rozbił i ukrył u siebie za szafą, a pieniądze zdefraudował, przerzuciłam kartki na czasy licealne, bo to niby ciekawsze. Wtedy przecież hormony do łba człowiekowi waliły na potęgę. Pamiętam, jak wzdychałam do Marcina o dwa lata starszego. Oj, jakie to było piękne, szczeniackie i naiwne do bólu. Czytam więc: data i wpis: „Spojrzał na mnie! Stał na korytarzu naprzeciwko mnie i patrzył. (…) Jak pięknie on patrzył tymi niebieskimi oczami…” i uwierzcie prawie cały zeszyt osiemdziesięciokartkowy o tym, jak na mnie spojrzał, odezwał się, przeszedł, otarł się, uśmiechnął i znów patrzył, a ja w niego i ten paraliż, który mnie dopadał. Wzdychałam tak chyba dobrze ponad dwa lata. A on pewnie miał wrażenie, że większej kretynki w życiu nie spotkał. Świetnie się bawił moim kosztem. Na treningi razem chodziliśmy, czasami prosił mnie do ćwiczeń w parze i pewnie w duchu pękał ze śmiechu, bo ja prawie tam mdlałam mu w ramionach z tej ekscytacji, że mogę go dotknąć. Głupia koza ze mnie była i tyle. A jak chciałam przy nim coś powiedzieć, to wychodziło coś w rodzaju: „yyyyyyy”, on coś mówił, a ja znów „yyyyyyy”. Pewnie myślał o mnie jak o upośledzonej, bo to „yyyyyyy” wychodziło mi przy każdym otwarciu paszczy. A jak widział wpatrzone w siebie moje maślane oczka i słyszał inteligentną wypowiedź „yyyyyyy”, to po prostu brać i nie patrzeć. Jednak on patrzył i słuchał, więc nie docenił mojej erudycji i elokwencji. Strasznie oporny był.

Oj, fajne były to czasy. Przerzucam teraz te moje zapiski. O Marcinie w sumie naliczyłam 3 zeszyty. Myślałam, że na jednym jednak dałam sobie spokój, ale nie, ja uparta byłam. I jak durnia z siebie robić, to na całego. O! ile ja wierszydeł do tego Marcina wysmarowałam. Pamiętam, że mu nawet je podarowałam. A potem jak już rozsądek jednak wrócił na odpowiednie miejsce (bo niestety czasami mózg nie działał synchronicznie z moimi odruchami), to wstyd mi było jak cholera. I już miałam wizję, jak on leży w łóżku ze swoją dziewczyną, czyta na głos i ryją ze śmiechu (a pech chciał, że później z nią studiowałam). No, jeszcze była nadzieja, że zaraz po ich otrzymaniu ciepnął je do kosza, spluwając przez lewe ramię ze trzy razy, by odpędzić od siebie „yyyyyystwora”.

Cofnęłam się w przeglądaniu dzienników jednak do podstawówki, bo widzę, że liceum zdominowane jest przez „popatrzył na mnie”. Okazuje się, że najfajniej było w siódmej i ósmej klasie. Trochę adoratorów było. Miałam nawet wtedy pierwszego chłopaka Piotrka, z którym doszliśmy przez rok do etapu „wziął mnie za rękę”. Niestety rzuciłam biedaka. Potem jeszcze coś próbował, ale ja wtedy miałam w zanadrzu Andrzeja, Marcina (innego), Mariusza i Krzyśka. Oj, co my za prywatki robiliśmy. Brata przedstawiałam jako zakałę rodziny, bo wmówiłam mu, że to znaczy zupełnie co innego niż znaczyło, a on się cieszył. Młodszy był, więc chciał popatrzeć, jak wyglądają prywatki starszych, trudno było się go pozbyć. Wiem, niedobra siostra byłam. Biję się za to w piersi z pokorą. Fajnie tak powspominać. A tak nawiasem mówiąc, to potem ten Marcin w liceum nieźle przytarł mi nosa. Taka lekcja pokory.

Pamiętacie też swoje pierwsze miłości? To drżenie w sercu? Motyle w brzuchu? Karuzelę w głowie? A pierwszy pocałunek? To stuknięcie zębami o zęby?

0 myśli na “Zapisane w dzienniku”

  1. Oj, ja też czasami wspominam swoją pierwszą miłość. W sumie było to jeszcze w podstawówce, więc dawno dawno temu, ale chyba na zawsze pozostanie w pamięci. Rumieniłam się na jego widok;)

  2. Jakże tego nie pamiętać hi hi ach te szczeniackie wybryki 🙂 Choć pamiętnika nie pisałam… Parę razy próbowałam, gdy parę razy został odkryty przez moją mamusię, zrezygnowałam.
    Miłości oj wielu ich nie miałam, bo mój mąż jest drugą miłością, w sumie pierwszą (każda jest pierwsza 🙂 ). Moje związki zawsze były poważne hehe najpierw 5 lat poszło w du…. a teraz kwitnę mą miłością hehe Ach temat zawsze masz trafiony, no bo wiesz, jutro nasza rocznica ślubu, druga. Boże, jak my ze sobą wytrzymujemy 🙂 Miałam ominąć tą datę, ale chyba upiekę ciacho 🙂

    1. Ciacho konieczne. Jak rocznica to rocznica. 🙂 Wszystkiego naj w takim razie z tej okazji życzę 🙂
      A mojego pamiętnika mama nie odkryła. Tak przynajmniej myślę, bo jeżeli nawet, to nie dała tego po sobie poznać. Zresztą nie miała nawyku grzebać w moich rzeczach.

      1. Oj moja mamcia to we wszystkim grzebała…. Teraz jakby ten mój blog ukazał się jej oczom to masakra. Już z mężem przeprawę miałam: każda kłótnia jest z zdaniem “o proszę, dałem Ci temat na blog! Pisz jak to ja Cię dręczę!” Zabawne to wszystko 🙂 Na szczęście wszystko zostaje w główce, a ja pamiętam przebieg niektórych rozmów, słowo w słowo więc. Fajnie powspominać 🙂

        1. Fajny ten Twój mąż 😉 Ja jeszcze z moim się nie pokłóciłam nigdy (i oby nie), ale chyba z nim się nie da. Jest spokojny, a ponadto nie ma powodów, dogadujemy się super. 🙂 No, ale my wiesz, po przejściach, umiemy więc docenić to, co mamy 🙂

  3. Klik dobry:)
    Stukania zębami o zęby nie pamiętam, ale wszystko inne tak. Pierwszą moją miłością był pełnoletni Kazio z sąsiedztwa. Ja miałam wtedy 5, może 6 lat.
    🙂 🙂 🙂

    Pozdrawiam serdecznie.

  4. Pytanie techniczne.

    Nie mogę wlepić tekstu na blog onetowy. Jak wklejam “HTML” to na kupie wszystko, bo odrzuca “br” i nie ma odstępów. Jak “wklej z Worda” albo “Skopiuj” to rozwala wszystko i tekst wygląda niechlujnie. Nie chce mi się przepisywać. Jak Tobie się udaje, Aniu, tak ładnie – w należytym porządku?

    Chociaż wcięć w akapitach i u Ciebie nie widzę. Skarżą się na to też inni znajomi blogerzy.

    1. Wcięć akapitowych fakt nie ma, ale są interlinie, więc tekst jest czytelny. Wcięcia mi nie wychodzą. 🙂
      A tekst zapisuję najpierw w Wordzie, potem kopiuj, wklej i formatuję z kokpitu (obustronnie justuję i zwiększam czcionkę i to wszystko, HTML używam tylko wtedy gdy robię łącze). I jakoś wychodzi, z tym nie miałam jeszcze problemów.

          1. Podobno najbardziej niebezpieczne są te “motyle w brzuchu”, które dopadają nas w późniejszym wieku (40+, 50+, itd.)

            @alElla. alEllu, spróbuj wrzucić swój problem przez “QuickPress”. Tylko wcześniej przygotuj tekst na jakimś prostym edytorze (WordPad, albo nawet Notatnik)
            Pozdrawiam wszystkich

  5. A Marcin mieszka teraz obok mnie i razem dzieci do szkoły prowadzamy. A włoski siwiutkie się porobiły… Ale fajny z niego gość. Sympatyczny i taktowny, więc nie sądzę żeby chciał Twoje wiersze upubliczniać… 🙂 Fajne to były czasy. I takie głupiutkie.

  6. A u mnie niemodnie – fascynacje bywały – jakimś tam Przemkiem bokserem, ale to skończyło się na tym, że jego kuzynka przekonała go, żeby mówił mi “cześć”, a potem w życiu nie działo się nic ważnego. W liceum widziałam pewnego T. przelotnie się nim zainteresowałam, ale nawet do “cześć” nie doszło. Na studiach były dla mnie ważniejsze sprawy i jak już pokochałam życie singla (przez chwilę byłam aż tak nowoczesna) spod ziemi praktycznie wyrósł T. I były pierwsze pocałunki, trzymanie za rękę (tak – miałam już 22 lat!), a potem ślub i żyjemy jak na razie szczęśliwie.
    I czasem czuję się jak gówniara, zakochana po uszy mimo, że to już mijają 2 lata od ślubu. Boję się tylko, że ta magia kiedyś się skończy. Wszyscy w koło powtarzają, że “z pierwszym chłopakiem to nic na poważnie” – no nie wiem – ale kredyt mieszkaniowy i dziecko – myślę, że troszkę poważnie tego pierwszego już powinnam traktować 😛

    1. Kredyt wiąże podobno lepiej niż ksiądz w kościele 😉 Ja jestem po 40, a czuję się teraz też jak gówniara, w końcu młoda mężatka jestem, nie? 😉

      1. Chyba właśnie o to chodzi, żeby znaleźć sobie kogoś, przy kim można będzie być gówniarą i czuć się jak gówniara już zawsze. Czytałam taki jakiś pseudonaukowy artykuł kiedyś, że podobno u ludzi zakochanych są jakoś specyficzne proporcje neuroprzekaźników w mózgu i zwykle z czasem (2-3 lata) one się zmieniają na takie bardziej normalne, ale nie u wszystkich, u części zostają już takie “poprzestawiane – zakochane” już na zawsze. I ci podobno są w szczęśliwych, fajnych relacjach. Więc i Tobie, i sobie, i każdemu życzę tych “nienormalnych” proporcji neuroprzekaźników już na zawsze!

  7. szczerze to nie bardzo, ale ponieważ, choć niezbyt systematycznie, to od chyba 8 klasy prowadziłam zapiski, więc pewnie jest do przypomnienia 🙂

    … a był taki Grześ z 8a… oj był, tak, zdecydowanie to on rozpoczął erę Grzegorzy w moim życiu 😛 Pierwsza prawdziwa, już w szkole średniej miłość, taka wielka i takie tam… to Marcin… być może za to jak go potraktowałam płacę do dzisiaj 🙁 bo paskudnie z nim postąpiłam, a najgorsze, że zrobiłam to bo nie umiałam własnego zdania zachować i cholernie mi zależało na przyjaciółce, która była zazdrosna o to co miałam… tyle, że musiało jeszcze wiele lat minąć nim dostrzegłam jej zazdrość 😐

    1. Z przyjaciółkami niestety tak bywa, szczególnie wtedy gdy ma się naście lat i wydaje się, że to przyjaźń na śmierć i życie 😉

      1. och bo to było na śmierć i życie, zwłaszcza, że poznałyśmy się w dniu kiedy sprowadziliśmy się do tego domu… ja miałam ze 2,5 roku, ona 3 i troszkę… tak… i byłoby pewnie nadal sielsko anielsko, gdyby nie pewne zdarzenie 😛 … cóż mam taką przypadłość, że wybaczam wiele, ale pod warunkiem dotrzymania pewnych zasad, a zasady są święte, a jedna z nich mówi, że nie wolno mnie oszukiwać i najlepiej od razu powiedzieć co się “przeskrobało”… najgorszym co można zrobić, to czekać aż samo wyjdzie, i dowiem się po czasie i nie daj bóg przypadkiem…

        1. Też nie lubię, jak mnie się oszukuje. W przyjaźni nie da się inaczej, trzeba być szczerym, inaczej nic z tego nie wyjdzie. 🙂

  8. Oj Aniu-ja również jak sobie wspomnę moje “miłości”to aż sama się śmieję-jaka to głupia gęś byłam.Ale poznałam męża jak miałam 18 lat(zresztą on też),i tak się jakoś dalej turlamy na dobre i na złe.A to już 20 lat minęło jak z bicza strzelił.Mój mąż to powinien dostać pokojową nagrodę nobla-bo jak można tyle wytrzymać z takim babsztylem co rzuca talerzami albo zalewa się łzami z banalnych powodów…

  9. Właśnie wróciłam z wizyty w domu rodzinnym i odbyłam sentymentalną podróż po mieście. Każde miejsce coś przypominało, nie byłam tam rapem rok a tyle się zmieniło. Na ulicy spotykałam znajome twarze a nawet dwa obiekty młodzieńczej fascynacji. Tyle, że teraz jeden obiekt siedział nad piwem z kumplami a drugi szedł z żoną i trójką uroczych dzieciaczków. Dobrze, że skończyło się tylko na fascynacji, bo jeden nie nadawał się na męża a drugi wyglądał na szczęśliwego. A jeden z nich to też Marcin i też o nim pisałam i pisałam, ale potem spaliłam 🙂

    1. Ja nie spaliłam, zostawiłam na pamiątkę. W zasadzie nie wiem po co, bo tego się czytać nie da, ale od czasu do czasu, jak wpadnie taki zeszyt (jeden lub dwa) w ręce, to można powspominać. 🙂

  10. Po przeczytaniu Twojego wpisu muszę przyznać się do tego,że gafy w postaci yyyyy i maślanych oczu zdarzały mi się znacznie później jeszcze,a nie tylko za szczeniaka niestety 😉

  11. Pewnie,że pamietam pierwszy pocałunek,pierwsze chwytanie się za ręce…to były czasy:)Ja swoje dzienniki spaliłam,jakoś nic chciałam ich zostawiać,miejsce tylko zajmowały:)Ale swpomnienia mam w głowie.

  12. Też prowadzę swój osobisty dziennik, ale jakoś zawsze brakuje czasu, by napisać coś więcej poza kilkoma słowami o sprawach zupełnie bez znaczenia. Ale pewnie w przyszłości z tych spraw bez znaczenia będę miał najwięcej zabawy, także zatrzymam te swoje wypociny i dzieciakom będę pokazywał, a co!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *