Pożegnanie ze Szwajcarią

Już pewnie macie mnie dość z tą Szwajcarią. Ale wiecie, jak to jest, kiedy się coś człowiekowi spodoba, to mógłby tak ciągle o tym opowiadać.

Dzisiaj chciałam jeszcze tylko o jednej rzeczy. O pokonywaniu własnych lęków. Udało mi się to  w Szwajcarii. Mam niesamowity lęk wysokości. Ale taki mega. Pamiętam, jak kiedyś z Mężusiem siadłam na wyciąg krzesełkowy. Płakałam ze strachu i nie byłam w stanie tego opanować. A on tak romantycznie całował mnie po łezkach i pocieszał, żebym się nie bała. Byłam pewna, że stracę przytomność ze strachu i zlecę w dół. Chociaż pewnie dla tego całowania wsiadłabym jeszcze raz.

W Szwajcarii z Thun zawieziono nas do Leuk, gdzie mieszkaliśmy w 4,5-gwiazdkowym hotelu „Lindner”. Luksus. Znów mieliśmy dwuosobowe pokoje do własnej dyspozycji. W końcu przecież traktowano nas jak przedstawicieli mediów.

Kiedyś obok tego hotelu w pięknym drewnianym domu mieszkał J.J. Goethe.

Przewodnik zabrał nas w góry. Szliśmy po metalowych kładkach „przyklejonych” do zbocza góry. W dole płynęła rzeka, niedaleko szumiał wodospad. A my musieliśmy przejść tymi kładkami pomiędzy skałami nad rzeką. Bałam się bardzo. Nogi się trzęsły. Miałam wrażenie, że i most trząsł się pode mną. Nie patrzyłam w dół. Oczu jednak zamknąć też nie mogłam. Z mostu wchodziło się na skałę po metalowych schodach. Naliczyłam 28 stopni, na drugich 25. Musiałam zająć czymś głowę, żeby nie myśleć o przepaści, która znajdowała się tuż pod moimi stopami. Niesamowite przeżycie. Będę to wspominać bardzo długo. Byłam z siebie dumna, że dałam radę. Dla mnie to wyczyn pierwsza klasa. Najgorsze, że nad tym strachem nie umiem zapanować. Serce wali wtedy jak głupie, nogi są jak z waty, a do tego chce się uciekać, gdzie pieprz rośnie. Jednak po wszystkim stwierdzam, że warto było. Jest co powspominać.

Potem kolejką wjechaliśmy na szczyt góry, z której podziwialiśmy widoki. Oj, jak pięknie było. Leżeliśmy sobie na leżaczkach pod kocykami i podziwialiśmy. Teraz pozostało mi tylko powzdychać i pooglądać zdjęcia.

I tak żeby już o tej Szwajcarii ciągle Wam nie opowiadać, to na koniec jeszcze muszę obalić pewien mit. Alpejskie krowy wcale nie są fioletowe. Mają za to dzwonki u szyi, by się nie zgubiły. Jedyna kolorowa krowa, jaką udało się nam spotkać, była zielona.

Nie będę już pisać o basenach termalnych, w których udało się nam wymoczyć, co by się nie pogrążać znów we wspomnieniach. Ale odkryłyśmy z Ulą ciekawe miejsce na tymże basenie. Szukając atrakcji, wjechałyśmy piętro wyżej, myślałyśmy, że znajdziemy tam coś ciekawego. Wjeżdżamy, a tam parawany, lekko przyciemnione światełko, przyjemny zapaszek. Myślimy więc, że pięknie jest. Ale nagle nas zmroziło, bo zauważyłyśmy informację, że wstęp tylko na golasa. No, więc w tył zwrot. Nie odważyłyśmy się świecić swoimi pośladkami. Ulabrzydula to miałaby jeszcze co pokazać, gorzej ze mną. Po co psuć wrażenia estetyczne gości tego cichego basenowego zakątka.

A teraz z łezką w oku żegnam się ze Szwajcarią. Już Was kusić też nie będę. Muszę w końcu ogarnąć zdjęcia, wywołać je, powklejać do albumu i opisać. Tym samym zamknąć szwajcarską przygodę. Oj, fajnie było być vipem…

0 myśli na “Pożegnanie ze Szwajcarią”

  1. Pokonałaś swój lęk,wiec możesz być z siebie dumna:)Ja nie myślałam,że mam lęk wysokości,bo kiedy byłam mała i chodziłam z ojcem po górach,nigdy na wyciągu się nie bałam,a kiedy tej zimy,pojechaliśmy na narty i wjeżdżaliśmy wyciągiem na górę,ten nagle się zatrzymał.Zaczęło nim bujać,a ja bałam się spojrzeć w dół i siedziałam z zamkniętymi oczami,mocno się trzymając,bo tak się bałam.Sąsiad,który uczył mnie jeździć miał ze mnie niezły ubaw,a ja prawie w portkach nasrane miałam,za przeproszeniem:)Chyba z wiekeim mi się pogorszyło.

    1. Ja mam lęk wysokości i przestrzeni od dziecka. Zawsze się bałam. Karuzela to dla mnie był horror, ale dzięki temu rodzice trochę zaoszczędzili, bo omijałam je wielkim łukiem. 🙂

      1. Pewnie tak:)Teraz napewno są Ci za to wdzięczni:)Człowiekowi czasem uda się pokonać własne słabości,lęki,ale niekiedy nas one zwyczajnie przerastają.Można nam tłumaczyć,że nic się nie stanie,że to nie takie straszne,ale strach jest silniejszy.

  2. Ania byłaś mega dzielna !! W tym strachu miałaś odwagę mi jeszcze robić zdjęcia ;-))
    Spisałaś się na medal!!

    Przyjemnie się u Ciebie czyta o tych szwajcarskich przygodach, jak dla mnie możesz pisać jeszcze i jeszcze…

    1. Mogłabym pewnie pisać o Szwajcarii i pisać. Ale czas w końcu przestać, bo ileż można żyć wspomnieniami, trzeba trochę wrócić do absurdów naszego życia. 😉

  3. Dzielna jesteś! Znam ten lęk, wyciągu krzesełkowego już nie ćwiczę, ale chyba kładkę z poręczami bym mogła.
    Pisz o Szwajcarii ile chcesz, fajnie się czyta.

  4. Dzielna Aniu!

    Myślę, że pokonanie leku wysokości to duża sprawa.
    Przerobiłem to na własnej skórze, a raczej na zony. Prze lata chodziliśmy z zoną po górach i nic. Aż kiedyś, gdy weszliśmy na Starorobociański w Tatrach, żonę ogarnął strach i panika. Nie wiedzieć czemu! Szczyt długo, a ścieżka na nim szeroka, jak dwa chodniki w mieście. Fakt, że dookoła prawie bezkresna przestrzeń z innym szczytami w oddali. Stoki, po obu stronach ścieżki obniżały się stopniowo, żadnych urwanych ścian i pionowych przepaści. Trzymała się mnie tak kurczowo, że nigdy nie pomyślałbym, iż ma tyle siły. Trochę czasu minęło zanim opuściliśmy szczyt. Kiedy weszliśmy w las porastający zbocze, lęk ustąpił.
    Może to nie był lęk wysokości, tylko lęk otwartej przestrzeni, o ile taki istnieje.

    PS. Podobnie, jak pozostali uważam, że możesz dalej pisać o swojej fascynacji Szwajcarią.

    1. Lęk przestrzeni też mam, na własnej skórze sprawdziłam, czy istnieje. To silniejsze od człowieka. Po prostu paraliżuje. A z drugiej strony pojawia się taka nieodparta chęć pokonania przeszkody. Adrenalina niesamowita. Ale warto było. 🙂 Teraz jak patrzę na te zakrętasy na zdjęciach, to czuję ciarki po plecach. Cieszę się, że dałam radę, inaczej bym żałowała. 🙂

    1. Zaraz właśnie idziemy na ostatni zastrzyk. Chyba lepiej, choć nie jest taki wesoły i żywy, jak powinien. Nie opuszcza mnie na krok. Właśnie leży mi na kolanach, a głowę trzyma na mojej prawej dłoni. Nie wiem, czy mu nie przeszkadza to, że właśnie klikam. 🙂

  5. Klik dobry:)
    Ja jeszcze nie żegnam się ze Szwajcarią. Kolejny wpis zamieszczę dopiero wtedy, gdy do woli nagadam się z komentującymi na temat obecnego.

    Pozdrawiam serdecznie.

      1. Ja ogarniałam metodą usuwania. Zrobiłam folder “kopia foleru” ze zdjęciami i w nim, co niepotrzebne kub powtarzające się do kosz.
        Wszystkie ponad 800 oryginałów jeszcze trzymam, bo może coś na bloga się przyda.

        Czekam niecierpliwie na Twoje zdjęcia, ale spokojnie, nie spiesz się kosztem innych zajęć. Żyć codziennym życiem też trzeba.

        1. Też mam zamiar tak zrobić, ale mam sporo zobowiązań, które teraz muszę nadrobić. Ale obiecuję, że postaram się w miarę szybko to ogarnąć. 🙂

  6. Ale tam ladnie. Tylko pozazdroscic. Mozesz dalej pisac o Szwajcarii. Bardziej zachecasz niz niejeden przewodnik turystyczny. Az chce sie tam jechac. Zdjecie w kwiatach zarabiste z tymi osniezonymi szczytami Alp w tle. Pozdrawiam pa

    1. Pewnie do Szwajcarii będę wracać co jakiś czas we wspomnieniach i coś jeszcze napiszę. Ale czas wrócić do rzeczywistości. Kończy się nam też szwajcarski serek, więc i smaki pozostaną tylko w pamięci. 🙂

  7. Co do lęku wysokości-to ja też mam te ustrojstwo.Od samego oglądania tych zdjęć miałam ciarki na plecach.Oj Aniu….ale ochoty narobiłaś na Szwajcarię-te widoki….I fajnie tak się na chwilę oderwać od tej szarej rzeczywistości i jak dla mnie(a przypuszczam że nie tylko)możesz dalej pisać na ten temat!

    1. Już mnie korci, żeby o czym innym. Bo i kot chory, i nowy nabytek sobie sprawiliśmy. I jakoś tak się wszystko wokół szybko dzieje… 🙂 Już kilka nowych wpisów czeka w kolejce 🙂

    1. Z kotem lepiej. Jutro mam zamiar o tym skrobnąć, o ile mnie nie poniesie znów w jakąś szwajcarską stronę. 😉 A nabytek, to na razie tajemnica, ale napiszę o tym (chyba w poniedziałek – taki jest przynajmniej plan działania) 😉

    1. Też się cieszę i żadnemu konkursowi tego typu już nie odpuszczę. A pamiętam, jak Mężuś mnie namawiał, żebym wzięła udział. Mnie się nie chciało, a teraz z przyjemnością wzięłabym udział jeszcze raz. 🙂

        1. A mój jednak na bajki mnie nie namawia, co nie znaczy, że nie spróbuję. Na razie jednak nie mam czasu. Pomyślę jednak, a cóż mi szkodzi, czasu jest dużo. Poczekam na oświecenie. 🙂

  8. Fajna wycieczka aż zazdroszczę 🙂 Co do lęku to ja go nie mam ale karuzele też omijałem 🙂 Myślę że może twego kota nakarmił któryś z sąsiadów jakąś trutką , słyszałem o takich przypadkach .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *