Nie chce mi się!!!

Czy miał ktoś kiedyś tak, że mu się nie chciało? Bo mi się właśnie w tej chwili tak nie chce, że masakra. Jak pomyślę o tym, to normalnie ziewam i wygodnie w łóżeczku się układam, poduszką łeb nakrywam, bo mi się nie chce! Nie chce i już!!! Może jakimś łańcuchem się przykuję do fotela na tarasie na znak protestu. Na znak mojego niechcenia. Jeszcze tak potężne to niechcenie nie było nigdy.

Pamiętam czasy, jak nie mogłam żyć bez pracy i jak dyrektorka kazała zostać, to się zostawało z ochotą, bo nie trzeba było wracać do domu. Jak ja nie lubiłam wracać do domu, to się w pale nie mieści. A teraz? Muszę jechać do poprzedniego miejsca zamieszkania, jakieś 300 km i normalnie mam odruch buntu, oporu i totalnej apatii. Bo mi się nie chce! Nie chce mi się ruszać z domu. Z mięciutkiego fotela na tarasie, z twardego krzesła przy biurku, z kuchni pełnej garów czekających aż coś upichcę. Normalnie nie chce mi się. Skąd to mi się wzięło? Nie wiem. Na pewno nie chodzi o samą podróż, choć nie ukrywam jazdy pociągiem mam lekko powyżej uszu. Nie wiem, o co chodzi. Planowałam, że pojadę, spotkam się z koleżankami. Tak, ale plany były miesiąc lub dwa temu. A teraz mi się nie chce. Ponadto nie chce mi się słuchać o pracy (może dlatego że jej nie mam). No, dobra, przyznaję, jeszcze rok temu sama chyba tylko o niej gadałam. Ale teraz, kiedy złapałam dystans i widzę, jakimi pierdołami człowiek się musiał zajmować, walczył z wiatrakami, jakby medal miał pośmiertnie za to dostać, to mi się nie chce (choć wtedy to kochałam) . Nie chcę do tego wracać. Kocham swój dom. Uwielbiam rano pogadać z kotem, a jak Mężuś ma wolne, zjeść z nim śniadanko, kawkę na tarasie dopić. Wokół cisza i spokój. No, chyba że kot drze ryja, że do Gieni w tej chwili musi. I powiem szczerze, że nie chce mi się z tego mojego domu ruszać. W dodatku samej. Mam tak mało czasu dla Mężusia i Jaja, do tego poczucie czasu uciekającego pomiędzy rozczapierzonymi paluchami próbującymi chwytać go łapczywie, że szkoda mi każdego dnia.

Wiem. Pomyślicie, że psychiatra już czeka. No, okej, może normalna nie jestem, ale kto mówił czy pisał, że jest inaczej? Jestem w fazie niechcenia. I nie chce mi się jechać i już. Tłuc się w pociągach przez cały dzień. Nie chce mi się! Potem odpowiadać na pytania w stylu: „I jak ci tam jest?” i patrzeć w te oczekujące porażki spojrzenia. Nie chce mi się! Oczywiście większość moich koleżanek to fajne babki, życzliwe, przyjacielskie, takie do tańca i różańca, ale są też takie, z którymi niekoniecznie mi po drodze i każde pytanie o to „jak mi tam”, mam wrażenie, podszyte jest fałszem. No, może przesadzam. Wiem. To przez to niechcenie. Żeby chociaż raz zachciało mi się tak mocno, jak mi się nie chce! Noooo!!! Choć jeden raz!

Ale mi się nie chce! Normalnie horyzont niechcenia się przede mną rozpościera. Czarna dupa jak nic.

0 myśli na “Nie chce mi się!!!”

  1. Witaj niechcąca Aniu!
    Oj miałem tak, jak TY, oj miałem!
    Zdarza mi się tak od czasu do czasu. Mam wrażenie, że wraz z wiekiem – częściej.
    Kiedyś podobnie, jak Ty rzucałem się w wir pracy i nie spieszyło mi się do domu. Często wyjeżdżałem w delegacje, czasami daleko i podobało mi się to.
    Teraz już nie! Walizki, samoloty, hotele – brrrr. Cóż z tego, że można było zobaczyć wiele ciekawych rzeczy, skoro nie można było dzielić tego z kimś bliskim. Dziś cenię sobie ciszę, spokój, rodzinę – chociaż czasami wymyślamy (z żoną) coś odrobinę szalonego.
    Nigdy wcześniej nie sądziłem, że wspólne śniadanie, kawa na tarasie, wspólne czytanie – to takie ważne sprawy w naszym życiu.
    Oj, jak mi się nie chce iść do pracy, zwłaszcza dziś, kiedy za oknem listopad.
    Doskonale rozumiem co czujesz. Jednak musimy się zebrać do kupy i ruszyć do boju, aby móc pić naszą kawę na tarasie.
    Ale dziś niech nam się nie chce!
    Życzę pogody, również ducha, powrotu chciejstwa i pysznej kawy.

    1. Nie chciało się, nie chciało, ale niestety musiało. Pojechałam, załatwiłam i szczęśliwie wróciłam. Jutro mogę pić kawę na tarasie. 🙂

  2. Doskonale rozumiem 🙂
    Kiedyś nie mogłam żyć bez pracy i siedziałam tam nieraz do 22giej. Zwłaszcza, że pracowałam z mężem, więc nic do domu nie ciągnęło. Gdy urodził się pierwszy syn, wyrywałąm się do biura, a po kilku tygodniach przyszła refleksja, że prawdziwe życie mam w domu, z rodziną. Czasem ludzie mnie pytają czy nie ciągnie mnie do biura, do ludzi, czy nie mam dość niańczenia dzieci. Ale w ogóle nie mam potrzeby wkraczać w ten wir pracy, ploteczek, małych intryg i zawirowań.
    Cieszę się, że wystopowałam.
    Pozdrawiam

    1. Takie wystopowanie jest potrzebny chyba po to, by człowiek docenił małe przyjemności i nauczył się radości z bardzo prozaicznych spraw. 🙂 Tak myślę po tym, jak przystopowałam 🙂

  3. Och, każdy ma coś takiego 🙂 chociaż nawet leniem nie można się nazwać 🙂 widzisz, ja mam do domu rodzinnego 120 km jedyna droga to pks albo samochód, ale ja nie znoszę wszelakiej podróży. Mam chorobę lokomocyjną i choć udaję mi się nad tym zapanować to choćby droga miał trwać 10 minut – cierpię. Więc jak mam jechać do domu – nie chce mi się ogromnie. Spowalniamy się my kury domowe, bo obowiązki nie uciekną, a w pracy trzeba było gonić. Ale czy takie niechcenie jest nie fajne?
    A co do przyjaciółek… zawsze się znajdą jadowite żmije 🙂 dobrze, że masz pełno też tych wspaniałych 🙂

    1. Niechcenie może i fajne, ale w końcu się zmobilizowałam i pojechałam. Właśnie jestem po około 10-godzinnej podróży pociągiem wte i wewte. 🙂 Nowe tematy jak zwykle będą, bo człowiek nasłucha się w tych pociągach, że potem sam nie wierzy czy to jawa czy sen. 😉

  4. wiesz Anula – jak znajdziesz sposób na przerobienie niechcieja w chcenie to – daj znac, od długiego czasu poszukuję tej metody, ale nie idzie mi najlepiej 😛

    1. Może za opracowanie takiej metody Nobla dają, nie? Bo to chyba geniusz jakiś musiałby wymyślić. Ale jak i się jakimś cudem to uda, to dam znać. 😉

  5. I tu bardzo dobrze Cię rozumiem:)Często planuję,że wsiądę w autobus i pojadę do sklepu,do innego miasta,ale przychodzi ten dzień,a mnie spychaczem nie idzie ruszyć.Jeśli chodzi o spotkania ze znajomymi,to spotykam się na bierząco z tymi,co mamy stały kontakt,nie lubie się spotykać na kawce z osobami,których daawno nie widziałam.
    Mąż teraz jest przed spotkaniem rocznika.Idzie na to spotkanie,ale też tak nie koniecznie mu się chce,bo każdy tam będzie pytał “a masz dzieci”?To bedzie podstawowe pytanie i tego chyba maz sie najbardziej boi,ja tez bym sie bala.Mamy przekonanie,ze na takie spotakania ludzie chodza,zeby sie pochwalic,a my twierdzimy,ze nie mamy sie czym chwalic.
    Ps.Przepraszam,ale podczas pisania komentarza,zprzestaly mi funkcjonowac polskie znaki,nie wiem czemu

    1. Masz rację, że takie spotkania po latach to raczej giełda sukcesów. Komu lepiej co wyszło, ile kto zarabia, ile ma dzieci itp.

      1. My się źle czujemy w takich sytuacjach,ale mąż zaryzykował,bo długim namyśle.Ja bym się chyba nie zdecydowała.
        A jak tam u Ciebie?Lepiej już,chce Ci się?:)

        1. Teraz to już mi się wszystko chce, bo pojechałam i załatwiłam. I w najbliższym czasie donikąd się nie wybieram, aż dopiero do Szwajcarii, więc nacieszę się siedzeniem w domciu 🙂 🙂 🙂

  6. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja cierpię na takie napadowe niechcenia 😉 ale jak to mama mowiła “im bardziej Ci się nie chce, tym lepsza będzie zabawa” i tego się trzymaj!

    1. Oj, wróciłam właśnie zmęczona i nie wydaje mi się, żeby 10 godzin w pociągu to był ubaw po pachy. 😉

    1. Oj, to byłoby święte nigdy, a musiałam, bo sprawy nie cierpiące zwłoki wzywały (w byłym miejscu pracy;) )

  7. Cóż mam podobnie. W moim poprzednim życiu spotykałam się z ludźmi tylko i wyłącznie wtedy, kiedy przechwycili mnie po drodze z pracy. Później znajdowałam tysiące wymówek, co by z domku nie wychodzić. To cud że miałam takich wyrozumiałych i tolerancyjnych znajomych, którzy pomimo moich fanaberii chcieli się ze mną spotykać. W tym życiu mieszkam w dziwnym miejscu, śą tu dziwni ludzie więc moja fanaberia kwitnie na dobre. Gorzej że moje niechcemisię skutecznie utrudnia mi dostęp do”dziśjużnapewnosiądędoksiążki”. Muszę się uczyć niemieckiego. Z braku kasy ma to być samodzielne ale od kilku już miesięcy NIECHCEMISIĘ!!!!. A czas leci. Później będę narzekać,że głąbem jestem i nic nie rozumiem :-(((

    1. To jak tak planowałam, że przed wycieczką do Szwajcarii, przypomnę sobie trochę niemieckie słówka. Było na to sporo miesięcy. Zostało niewiele dni do wycieczki, a ja nie przypomniałam sobie nic, bo mi się nie chciało i nie było niby czasu. 😉 Tak to jest z tym “niechceniem” paskudnym, że jak zalezie za skórę, to nijak nie można go wyplenić. 😉

  8. A mnie to się w ogóle nic, ale to NIC nie chce. Nie chce mi się rano wstawać z łóżka, budzić moich potworków, a najbardziej to mi się nie chce zawozić ich do szkoły. Już mam tego roku szkolnego po kokardę! Najchętniej wyjechałabym na wczasy i całe dnie spała. Tylko po co mi wtedy wczasy?

    1. Ha, ha. 🙂 No, tak. 🙂 A ja z łóżka lubię wstawać, gorzej z wyjazdami z domu, zasiedziałam się, grzędę uwiłam i nijak nie chce mi się z niej ruszać. 😉

  9. Moja mama mawia, że “nie chcę” to gorzej niż “nie mogę”. Ja nauczyłam się “niechcenia” bez poczucia winy i wpędzania w kompleksy. Jak się zachce, to nadrobię. Nie jestem robotem wielofunkcyjnym, tylko człowiekiem i wady mam!

    1. Oj, ja też wady mam i w dodatku mam tego świadomość. Ale czasami trzeba wbrew “niechceniu” coś zrobić, bo jakaś siła wyższa zmusza. 🙂

  10. Za to mnie się chce! Znalazłam metodę. Jak nie mam na coś ochoty, to szukam sposobu jak by to ugryźć, żeby było fajnie. I te sposoby właśnie dają mi nową energię. Na przykład: siostra ma bliźniaki sześciomiesięczne i od czasu do czasu podrzuca, żeby odespać. Nie dziwię się jej. Tylko, że dla niewprawionych to trauma jakich mało. Ale jak się już zdarzy taki “dyżur”, to wymyślamy wtedy wspólnie, rodzinnie: kompleks basenowy, rowery z bagażnikiem dla maluchów itd. I zaraz się okazuje, że wszyscy chcą, bo to fajne! Jak przyszło nam przez weekend dyżurować przy chorej, niedomagającej babci, która wymaga stałej opieki, to wzięliśmy ze sobą plansze do gry, karty i kości. Okazało się, że nawet babcia, która już nie wstaje, bawiła się świetnie, kiedy my się śmialiśmy i kłóciliśmy o wygraną. A można też siąść i biadolić jakie ciężkie obowiązki nas w życiu dotykają. Reasumując: szukajcie zawsze pomysłu na swój czas, nie dajcie się zabić nudzie lub przytłaczającym obowiązkom, bo nawet trudne zadania da się “rozmiękczyć”. Jeżeli tylko tego chcemy oczywiście.

    1. Najtrudniejszy pierwszy krok:)Czasem poprostu na początku nie idzie się zmobilizować,ale kiedy zrobisz coś “na siłę”potem może się okazać,że nie było to takie złe:)Fajnie,że potrafisz znaleźć sobie sposoby,aby Ci się chciało,tak jak się czasem nie chce:)

    2. Ale trudno się świetnie bawić, jadąc pociągiem w sumie dziesięć godzin (z 2-godzinną przerwą), w dodatku, kiedy w pociągu zimno jak cholera, że nawet czytać się nie da, a w przedziale żywego ducha…
      No, dobra, nie będę marudzić. Po dwóch godzinach do przedziału wsiadło świetne małżeństwo, cieplej też się zrobiło. I korzyści są! Odwiedziłam moje kochane, rodzinne miasto, spotkałam ciekawych ludzi w pociągu, dokonałam bardzo interesujących przemyśleń i pojawiły się nowe tematy na wpisy. 🙂 jestem z siebie dumna. I nawet przeżyłam pytania koleżanek “jak ci tam?”, “Masz pracę?”,”Ojej, bidulko, co ty zrobisz bez pracy”, “Jesteś teraz tylko blogerką, a byłaś kimś”. 🙂 No, ale były też fajne komentarze koleżanek, który widziały mnie w TV i czasami zaglądają na blog. 🙂 ALe i tak na pociąg mam odruch wymiotny. Najeździłam się w tym roku za wszystkie czasy.

  11. Aktualnie przechodzę taką fazę jak Ty… Chciałabym, żeby mi się chciało…tak jak mi się nie chcę…
    Najchętniej siedziałabym w domu przed telewizorem w papciach i kubkiem gorącej herbaty…Poczytałabym książkę, zrobiła gorącą kąpiel…a ja się kiszę w tej pracy i tylko myślę…BOŻE! JAK MI SIĘ NIC NIE CHCĘ!

    1. Witaj w klubie. 🙂 Mam nadzieję, że nam przejdzie i w Szwajcarii będziemy wulkanami pozytywnej energii. 🙂

  12. Anka-nie jesteś sama!Kurza łapa-ja mnie się NIE CHCE!I ostatnio coraz częściej! I nie wiem czy cholera się tak starzeję i to dlatego?Ale dzisiaj mam dla siebie wielki szacun-właśnie moczę mordkę w lampce wina-chyba już trzeciej…a co należy mi się!Wypucowałam kafelki w łazience,wąż nawet wyszorowałam od prysznica,pod pralką też.Ogólnie wchodząc do tego przybytku można aż oślepnąć-tak się wszystko błyszczy jak psu…

    1. Oj, to Ty dzielna kobitka jesteś! 🙂
      To pocieszające, że nie jestem sama. W zasadzie można by jakieś stowarzyszenie założyć. Są niezadowoleni czy oburzeni, to mogą być, ci-którym-się-nie-chce. 🙂

    1. Nie martw się, mnie się nie mogło też nie chcieć, więc jedyna rada, to dupsko w troki i dawaj do pociągu, by zrobić to, co się nie chciało. 😉 Innej możliwości nie było, niestety 🙂

  13. Klik dobry:)

    Niechciej czasami ratuje nas przed wyczerpaniem. Organizm się broni i włącza niechcieja. Jeśli chodzi o jakieś prace fizyczne, to nie uciekną. Gorzej, jak się włącza, gdy mamy sprawę pilną do załatwienia.

    Pozdrawiam serdecznie.
    Urocza nocia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *