Cywilizacja z analfabetami

Od czasu do czasu coś mnie dziwi, szokuje i doprowadza do wytrzeszczu moje oczy i uszy (o ile to możliwe). I czasami myślę, że może to przez to, że urodziłam się w poprzednim wieku. Kiedyś wydawało mi się, że XXI wiek, to będzie totalny odlot. Ludzie półautomaty latający w kosmos, osiedlający się na Marsie! A problem głodu na świecie? No, przecież to niemożliwe, żeby jedni latali w kosmos, a drudzy umierali z głodu. Okazało się jednak, że to możliwe. Agresywny kapitalizm niczym ten dziewiętnastowieczny rozwija się w najlepsze.

Nie chciałabym jednak o ekonomii tutaj rozprawiać, bo znam się na niej, jak łysy na grzebieniu. Ale mam takie nieodparte wrażenie, że ten XIX wiek wraca do nas nie tylko w portfelu.

Zastanowił mnie ostatnio poziom edukacji w naszym kraju. I nie dlatego że mogę uczestniczyć w zebraniach z rodzicami w szkole swojego własnego Jaja. Nic bardziej mylnego.

Po zmianie miejsca zamieszkania musiałam wymienić dowód. I wtedy w urzędzie obok mnie odbierał dokument pewien osiemnastolatek. Urzędnik kazał mu wypełnić druczek.

– Nie umiem pisać – odparł młodzieniec. My wszyscy na niego, bo wyglądał, jak wyglądał, na pewno na łepetynie wypisane nie miał wielkimi literami „ANALFABETA”. Wszyscy cały czas na niego. Ja też, bo siedzi obok mnie. Normalnie niczym w ZOO patrzymy na ginący gatunek. I nawet nerwowo nie zaczęłam się kręcić na swoim krzesełku z obawy, że to zaraźliwe, w takim byłam szoku. Raczej z zainteresowaniem patrzyłam, bo nie spodziewałam się, że w naszym kraju ktoś taki się trafi. No, ale wtedy pomyślałam, że to wyjątek. Przecież obowiązek szkolny, darmowa edukacja itp. Nie podejrzewałam, że to jednak odradzający się gatunek człowieka.

Urzędnik wypełnił za niego druczek.

– A umie pan się podpisać? – spytał spokojnie, chyba wiedział, co robić w takiej sytuacji, bo jako jedyny nie był zdziwiony.

– Tak, umiem – odparł młody człowiek i z wysiłkiem wymalowanym na twarzy podpisał dokument. W pierwszej chwili myślałam, że może jest upośledzony, bo przecież niemożliwe, żeby nie umieć czytać i pisać w XXI wieku. Przecież Mars, kosmos…

Odłożyłam to w swojej pamięci na półeczkę. Wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc nie wyciągałam żadnych wniosków na temat analfabetyzmu w Polsce.

No, ale wczoraj zdarzyła mi się analogiczna sytuacja. Tym razem w sklepie. Kobieta przy kasie poskarżyła się, że zginęła jej karta klienta. Kasjerka zaproponowała jej nową, podaje papierek do wypełnienia.

– Mogę to wziąść do domu? (wymowa oryginalna)

Kasjerka spojrzała na nią zdziwiona.

– Wypełni pani od razu – podpowiedziała.

– Nie umiem pisać – odparła zakłopotana kobieta. – W domu może ktoś mi wypełni.

Spojrzałam wtedy na tę panią. Na oko miała może 50 lat. Trudno ocenić. Ale dość zadbana, zupełnie „normalna”, a jednak.

I wtedy przypomniałam sobie, jak w poprzednim miejscu zamieszkania pomagałam (kilka lat temu) szesnastolatce nauczyć się czytać i w głowę zachodziłam, jak można skończyć podstawówkę i gimnazjum bez repetowania klasy, nie umiejąc czytać? A jednak okazuje się, że to możliwe. No, tak zadanie domowe ktoś może zrobić, sprawdziany się zawali, ale potem jakimś zadankiem ocenkę poprawi i nauczyciel też czasami litościwy się znajdzie i przepuści do następnej klasy. A jak ma 35 uczniów w ławkach, to za cholerę nie zorientuje się przez 3 lata (bo tyle czasu w zasadzie trwa edukacja na poszczególnych poziomach), że jakaś tam Zosia, Stasia czy Jasio nie potrafią czytać.

I tak sobie myślę. Trzy przypadki analfabetyzmu w ciągu kilkunastu miesięcy. Czy już mam wątpić w stan naszej oświaty? W sumie bardzo chcemy dorównać Stanom Zjednoczonym… Hmmm. Tam podobno co piąty obywatel jest analfabetą. Może więc jesteśmy na dobrej drodze? Przecież i tak książki czyta tylko 39% naszych rodaków. I tak jakoś mi się jeszcze tylko jedna refleksja w głowie zrodziła, że wiadomo, jak naród durny, to wszystko można mu wmówić. Daje się ugniatać niczym plastelina.

I jak to możliwe, że tu kosmos, Mars, komputery, niby cywilizowany świat, a jednak z analfabetami?

0 myśli na “Cywilizacja z analfabetami”

  1. Niewiarygodne lecz prawdziwe. W szkołach coraz częściej królują testy, które rozwiązać mógłby nawet szympans. Kiedyś narzekano, że szkoła wymaga tylko wklepywania na pamięć regułek a nie uczy myślenia. Wprowadzono testy, które ponoć miały być tak skonstruowane aby uczeń znając zagadnienie, musiał pomyśleć i udzielić właściwej odpowiedzi. Czyli miały być poziomem wyżej, bo trzeba znać temat i wyciągnąć wniosek a nie tylko wyrecytować definicję. Tylko niestety rośnie liczba uczniów, którzy nie opanowują tematu a jedynie liczą na szczęście w strzelaniu.
    Pamietam jak studiując socjologię, miałam wszystkie ustne egaminy. Każda sesja była długa, bo wykładowca musiał porozmawiać z każdym studentem. Egz zaczynał się o świcie a często kończył nocą, ale każdy musiał zaprezentować swoją wiedzę, wysłowić się, logicznie myśleć. Później studiowałam ekonomię i każdy egzamin to był test, durnowaty, bo oblać można było z powodu niewłaściwego koloru ołówka, albo poprzez wyjście poza kratkę. Gdy przyszedł czas obron dyplomów, okazało się, że wielu studentów nie potrafi porządnie sklecić kilku zdań. Czułam zażenowanie na seminariach, gdy kilka lat młodsi ode mnie ludzie nie potrafili przedstawić swojej pracy i odpowiedzieć na kilka prostych pytań. Być może nie pisali nawet tych prac, bo wszystko można kupić.

    1. Z tymi pracami to faktycznie plaga. Ostatnio widziałam mnóstwo ogłoszeń ludzi, którzy od kilku lat zajmują się “zawodowo” pisaniem prac licencjackich i magisterskich. Żenada. Łatwo sobie wyobrazić ilu mamy pseudo-magistrów. Jeżeli zajmują się tym przez lata, więc jest popyt.
      Ponadto w szkołach nauczyciele niestety uczą pod testy, bo za to są rozliczni. Pewnie chcieliby inaczej, ale nie zawsze mogą, bo za niecałe trzy lata ich uczniowie zdają egzaminy (durnowate zresztą).

  2. Do tej pory myślałam, że to ja się spotkałam z analfabetyzmem, ale nie były to aż tak drastyczne przypadki. Teraz już wiem, dlaczego kiedyś w audycji radiowej uczeń gimnazjum lub pierwszego roku liceum narzekał na kanon lektur – ze nudne, nieaktualne tematycznie, że opisów tyle… No, jak się w ogóle czytać nie umie, to nie dziwota 🙁

  3. Aniu, wywołałaś u mnie szok.
    Nie spotkałem jeszcze analfabety i może dlatego naiwnie sądziłem, że to zjawisko to zamierzchła przeszłość.
    Jak kiedyś wspomniałem, moja żona jest nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej. Żona jest z tych “nawiedzonych” nauczycieli, więc głównym tematem rozmów w domu jest szkoła, uczniowie, programy nauczania itp., itd. – czasami uszami mi to wychodzi. Czasami z ciekawości zerknę sprawdziany, dyktanda, których robi bardzo dużo. Czasami to zabawne zajęcie (dla mnie), bo błędy, jakie p0pełniają dzieciaki (ortograficzne i gramatyczne) są zadziwiające, a często śmieszne. Nie jest to jednak analfabetyzm. Nie wyobrażam sobie, aby mogła wypuścić analfabetę z trzeciej klasy. Jak to się dzieje, że spotyka się takie przypadki w dorosłym życiu – nie mam pojęcia. Mogę, jednak powiedzieć, jak to się dzieje, że uczeń nieuprawniony do przejścia do wyższej klasy, jednak przechodzi. Winny jest system. W edukacji wczesnoszkolnej decyzja nauczyciela o pozostawieniu dziecka na drugi rok w tej samej klasie, oprócz zgody Rady Pedagogicznej, musi uzyskać akceptację rodzica. W przypadku braku takiej zgody uczeń przechodzi i koniec. Wedlug mnie jest to jeden z powodów, oprócz programów ministerialnych ograniczajácych poziom wiedzy i umiejétnosci niezbędny do osiágniécia na poszczególnych etapach nauki, ze mlode pokolenie mamy takie, jakie mamy. Nie jest to jednak jeszcze analfabetyzm, ale zmierzamy w “dobrym” kierunku. I jeszcze jedna dygresja – pierwsze lata nauki, może nie sa decydujące, ale bardzo ważne dla dalszego procesu zdobywania wiedzy. Nie mowie tego ze względu na zone. Wiem po sobie. Chodzilem do bardzo dobrej podstawówki i widziałem, jakie problemy mieli koledzy, chociazby w liceum, gdy brakowało im solidnych podstaw, których nikt im nie zapewnil. Nie podoba mi sie rowniez (tu mam inne zdanie niż zona) szukanie usprawiedliwienia dla niepowodzen uczniów w nauce – te wszystkie dysleksje, dysgrafie, dyskalkulie, niedostosowania emocjonalne i inne “fobie”.
    PS.
    Widze jeszcze jeden rodzaj analfabetyzmu, który dotyczy osob starszych. Bez watpienia, prowadzi do tego postepujaca cyfryzacja. Coraz więcej spraw, urzędowych i nie tylko, zalatwia się za pośrednictwem komputera. Jest to urządzenie nie do opanowania przez ludzi w wieku 70 – 90 lat. Ten rodzaj analfabetyzmu rozwiaze się sam, w sposób naturalny, za kilkanaście lat.

    1. Bardzo wyczerpująco to opisałeś. Podobnie jak Ty uważam, że najważniejszy etap edukacyjny to SP I-III, niestety niedoceniany. I jakby powiedzieć to co niektórym “profesorkom” z LO, to by chyba trupem padły, bo przecież najważniejsze na świecie są właśnie (nie zawsze oczywiście) one. Jak dziecko ma złe podstawy, to niestety potem leży i kwiczy. 😉
      A z tym analfabetyzmem, gdybym się nie spotkała “na żywo”, pewnie bym nie uwierzyła.
      Warto jednak też wspomnieć, ze jest też analfabetyzm wtórny i niestety ci, którzy kończą szkoły i “dukają”, a potem niczego nie czytają, mają pewność, że właśnie tacy się staną. No i jeszcze alfabetyzm – brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Ale to wszystko wynik właśnie nieczytania. Biorąc pod uwagę, że w Polsce czyta tylko 39% ludzi, jesteśmy na dobrej drodze do… nikąd, niestety.

  4. Mnie się jednak wydaje, że ( pomimo wspomnianego niskiego poziomu nauczania ) osoba, która w dzisiejszych czasach nie umie czytać i pisać ma z pewnością jakieś deficyty intelektualne lub rozwojowe. Wiem, że dziecko nie zaliczy pierwszej klasy podstawówki, jeśli nie opanuje umiejętności czytania i pisania. Nauczycielka u Starszego na bieżąco kontroluje postępy dzieci, sprawdza jak czytają i piszą ze słuchu ( dyktanda to 2, 3 proste zdania ). Kiedy jakieś dziecko ma znaczne trudności bywa, że jest przenoszone do szkoły specjalnej, gdzie jest niższy poziom i metody pracy nauczycieli dostosowane do możliwości dzieci z problemami.

    1. Ale wyjątki wszędzie się zdarzają.One tylko chyba potwierdzają regułę. Ale masz rację, takie dziecko pewnie ma jakieś deficyty, czasami pewnie intelektualne, ale czasami też wynikające z zaniedbania.

    2. Witam
      Wtráce swoje 3 grosze.
      O ile wiem szkoly specjalne (tak, jak Ty to rozumiesz) zostały zlikwidowane, wiéc z tymi problemami musi się uporac szkola “normalna”. Od jakiegoś MEN ma nowego konika – indywidualizacje nauczania. Konia z rzedem temu, kto mi powie, jak efektywnie zindywidualizować podejście do ucznia w klasach 30 osobowych, często przy olbrzymich różnicach w “potencjale” uczniów, majac do dyspozycji 45 minut lekcji.
      Takimi haslami i pomysłami MEN robi sobie dobra prase i udaje, ze cos robi, a uczniów ma w dupie!

      1. Pięknie to ująłeś. Najbardziej podoba mi się ostatnie zdanie. Moje Jajo ma to “szczęście” być zreformowanym rocznikiem, kończy pierwszą klasę LO i ciągle nikt dokładnie nie wie, na czym będzie polegała matura, w gimnazjum było to samo. To przecież chore. Dziecko (nauczyciel oczywiście również), zaczynając dany poziom edukacyjny, powinno wiedzieć, jakim egzaminem, na jakim poziomie, na jakich zasadach skończy szkołę. No, ale u nas najpierw się reformuje, a potem myśli. “Na konia wsiędziem, a potem jakoś to będzie!” 😉

  5. Nie sądziłam, że w dzisiejszym świecie to możliwe. Może to i racje ma mój mąż, który twierdzi, że państwo chce teraz wychowywać coraz więcej taniej siły roboczej, bo w końcu taki co nawet czytać nie umie to nie będzie wybierał w ofertach pracy choćby miał zarobić tylko na podatki….Znów się zagalopowałam. Może to zwykłe przeoczenie i zaniedbanie.

    1. Fakt faktem, że poziom edukacji w Polsce spada. Reformy, które są przeprowadzane, są do luftu. Moim zdaniem dopóki na edukację będą mieć wpływ politycy, tak niestety będzie, co rząd, to nowa reforma.
      Najlepiej byłoby edukację uniezależnić od polityki, ale nie wiem, czy to jest możliwe w naszym kraju.

  6. Dziwne to jest u młodych ludzi,ale starsi,którzy przeżyli wojnę mnie tak nie dziwią.Koło moich teściów mieszkała taka starsza pani.Nie umiała pisać,ani czytać,ale za to bardzo dobrze umiała liczyć pieniądze i nikt jej nie oszukał.Też mnie to na początku dziwilo,ale przywykłam do tego.Od tamtej pory nie spotkałam osoby,która nie umiałaby czytać,albo pisać.
    Kiedyś były inne czasy.Potem ludziom było coraz ciężej się czegoś nauczyć,a też do życia im wiele nie trzeba było.Tak mi się wydaje.

    1. Ci, którzy przeżyli wojnę też mnie nie dziwią. Jednak ta pani w sklepie na wojnę była za młoda. Może jakieś zawirowanie w życiu, trudno powiedzieć, dlaczego nie umiała czytać, bo nie wyglądała na upośledzoną, zachowywała się i rozmawiała normalnie, tylko tyle, że było jej chyba wstyd, czuła się zażenowana.

      1. Masz rację,ta Pani była za młoda na wojnę,dlatego też mi to dziwne,że nie umiała czytać.Nigdy nie waidomo,jak takiemu człowiekowi się życie ułożyło.

        1. No, właśnie, nie wiadomo, co jej się przydarzyło. Zdziwiło mnie tylko to, że tacy ludzie istnieją w XXI wieku.

          1. Zgadza się. Kiedyś czytałam, że w USA co piąty obywatel jest analfabetą, wtedy nie wierzyłam, dzisiaj stwierdzam, że to całkiem możliwe, choć przerażające.

  7. Jestem w szoku… Nie myślałam, że to możliwe.
    Wszyscy moi dziadkowie umieli pisać i czytać. I nie pochodzę bynajmniej z rodziny intelektualistów, ale rolników.

    1. Też byłam w szoku, dlatego o tym napisałam. Wydawało mi się niemożliwe, żeby w dzisiejszym świecie zdarzały się takie rzeczy. A jednak.

  8. czego oczekiwać…? system ksztąłcenia w tym kraju to pomyłka… poza tym nawet Ci ktorych uważamy za wykształconych i światłych, Ci którzy często pokazują sie w telewizorze – oni może czytać i pisać potrafią, ale z mówieniem to już nie tak różowo…

  9. No to mnie zszokowałaś.Osobiście jeszcze nie spotkałam takiej osoby w swoim życiu.Ale ogólnie to teraźniejsze szkolnictwo jest nie bardzo a przykładem mogą być różnorakie testy.Co to za sprawdzian -trzeba przeczytać pytanie i postawić krzyżyk w odpowiednim okienku.Jestem temu przeciwna-dzieci powinny umieć odpowiedzieć pełnym zdaniem,rozwijając przy tym swoje możliwości-umiejętność wypowiadania się.

  10. Ja się spotkałem z pewną odmianą takiego przypadku , miałem w pracy kolegę w wieku 50 lat , który był hydraulikiem . Prosił by mu wnioski o urlop wypisywać a jak trzeba było wypisać jakiś formularz to brał do domu by żona za niego wypisała . Czytać umiał , pisać pewnie też gdyż smsy pisał do żony , raczej chodziło o to że literki pisał jak uczeń w pierwszej klasie . Wywnioskowałem to po tym jak podpisywał wypełniony wniosek . Kiedyś faceci mówili że nieużywany organ zanika i pewnie jest w tym część prawdy .

Pozostaw odpowiedź anna.a72 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *