Powrót do domu

Trochę się opuściłam w prowadzeniu mojego bloga. Weekend spędziłam w Warszawie. Tam zaskoczyła mnie zima. Pojechałam w cienkim płaszczyku i w półbutach, nie bardzo chciałam wierzyć w prognozy pogody i miałam nauczkę. W sobotę padało od rana tak, że wieczorem studenci mogli już ulepić cztery bałwany przed akademikiem. Żałowałam, że nie miałam ze sobą aparatu fotograficznego, komórkę mam lekko przestarzałą (delikatnie mówiąc) i nie bardzo mi wyszły zdjęcia. Na pewno nie nadają się do pokazania komukolwiek. ZakłopotanieAle cudowna była taka jesienno-zimowa aura. Gałęzie drzew kolorowe, bo przecież jeszcze liście nie opadły, a na nich biały śnieg. Niezwykłe wrażenie.

Wrażeń zresztą miałam sporo. Zaczęło się od podróży. Prawie zostałam fanką PKP. Nie dość, że trasa, którą miałam jechać, jest remontowana i podróż trwa nawet około 10 godzin (a jest do przejechania około 400 km), to jeszcze nastąpiło zerwanie frakcji. Miły głos w megafonie poinformował o tym fakcie podróżnych i oznajmił, że możemy tak postać w polu około 30 minut. A tu szok. SzokPo 17 pociąg ruszył! I jak tu nie być fanem polskich kolei? Genialni maszyniści, mechanicy i obsługa. A tu trzeba też pochwalić, że warunki w wagonach wyjątkowe. Wygodne siedzenia, czysto. Dodatkowo co chwilę oferowano kawkę i herbatkę. Pod nogami wykładzina. Sześć miejsc w przedziale, a nie osiem, jak zwykle. Pociąg co prawda objęty był rezerwacją miejsc, więc może dlatego był taki „luksusowy”. Z powrotem wracałam podobnym i warunki takie same (!), pomijając oczywiście spóźnienia. Do Warszawy dojechałam z półgodzinnym opóźnieniem, a z powrotem tylko z dziesięciominutowym! A przecież sypał śnieg, pozamarzały w sobotę frakcje. Nie wszystkie pociągi z Warszawy wyjeżdżały punktualnie, a mimo to poszło przecież nieźle. Zima znów zaskoczyła, tym razem w październiku. I tu chyba wszyscy powinniśmy drogowcom to zaskoczenie wybaczyć, bo kto by się spodziewał takiej pogody, jeżeli nie spodziewamy się zimy nawet w styczniu? Śmiech

Po powrocie kolejny szok! SzokDopiero się otrząsnęłam. Dom stał na swoim miejscu. W środku posprzątane. Mój genialny mąż posprzątał. I to nawet ekspres do kawy wypucował. Umywalkę wyczyścił. Kwiaty na stole postawił. Jaki on jest kochany! Kot nakarmiony. Dostał jakąś karmę na poprawę formy i biegał po domu jak po jakichś dopalaczach. Ale żeby nie było idealnie, to muszę wspomnieć, że zdechł drugi szczurek (ostatni). Mąż go nie pochował, czekał na mnie, bo stwierdził, że nie będzie go dotykał, bo może zrobimy obdukcję i okaże się, że on jest winny. NietaktSzczurek bez śladów szturchania czekał więc na mnie w klatce na tarasie. W jego ostatniej drodze towarzyszyliśmy mu z kotem. Pożegnaliśmy. Nie powiem, żebym była bardzo zmartwiona śmiercią tego gryzonia, bo od początku nie zgadzałam się na zakup tych zwierząt, ale wiadomo, córka się uparła, całe kieszonkowe na nie wydała. Tylko potem nie było komu się nimi zajmować, więc co? Matka musiała karmić i poić. Ale nie dotykać! Szkoda zwierzaczków, ale… Córka stwierdziła, że drugi zdechł z tęsknoty za pierwszym. Może…, chociaż wydaje mi się, że lekko musiał przymarznąć na tarasie.Uśmiech

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *