Jakoś tak ani ręką, ani nogą…

Nie wiem, jak radzicie sobie w tym upale, ale mnie dopadła bezsilność i chyba totalne osłabienie organizmu. Nawet “zimno” mi wyskoczyło na pół brody, więc wyglądam jak sto nieszczęść. Sławek w weekend jeździł rowerem, a ja przyznaję, głównie spałam. Po prostu na nic nie miałam siły. Czuję się wyczerpana i zmęczona, nic mi się nie chce, choć powinno, bo przecież pracy multum.

Czytam teraz “Ze wspomnień gdańskiej lekarki”, bo ja oczywiście ciągle w gdańskim temacie. Równolegle też czytam (po raz drugi) “Gdańsk wojenny i powojenny”. Nie wiem, czy wiecie, że zaraz po wojnie, w 1946 roku dokonano publicznej egzekucji nadzorców ze Stutthofu. Powieszono ich. Przerażające, że odbywało się to na oczach setek ludzi, którzy przyszli, by popatrzeć (a obok na placu sprzedawano piwo!), jak dokonuje się sprawiedliwość. Podobno nie dopasowano długości sznurów do wagi skazańców i co niektórzy umierali nawet 20 minut. Wiem, że to nic w porównaniu do tego, jakich cierpień zadawali w obozie, ale publiczne egzekucje mnie przerażają. Potem podobno strażnicy dopuścili do tego, by rozwścieczony tłum rzucił się na ciała. Sznur wisielca przynosi przecież szczęście. Straszne czasy. Oby więcej nie wróciły.

Zostawiam Was dzisiaj z krótkim wpisem i oczywiście siadam do pracy. Drugi tom sagi czeka. Z trudem pewnie będę przebierać palcami po klawiaturze, bo mózg chyba się zagotował i ciało odmawia posłuszeństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *