Wariaty jesteśmy

Czwartki częściowo mam zawsze trochę wyjęte z zawodowego życiorysu, bo wtedy nie pracuję, a opiekuję się mamą. Tata ma wolne i jedzie na działkę. Uwielbia grzebanie w ziemi, więc tam odpoczywa.

A ja z mamą zazwyczaj wtedy ogarniam ich mieszkanie i gotuję. Zajęcia w kuchni odciągają mamy uwagę od tego, że taty nie ma. Oczywiście godzinę przed jego powrotem już jest ciężko, strasznie wtedy przeklina.

To zadziwiające w tej chorobie, że mama klnie jak przysłowiowy szewc. Kiedyś owszem, zdarzało się jej, ale teraz używa takich słów, że ja dopiero dowiaduję się o ich istnieniu. To akurat pamięta. Przez to bywa wiele zabawnych sytuacji. Bo na przykład ja tłumaczę mamie, że tata jest na działce, bo pojechał posiać rzodkiewkę, to ona się denerwuje i mówi mi, na czym by lepiej sobie posadził. Nie będę cytować, ale domyślcie się, jaką część ciała wybrała mama.

Po wczorajszym „dyżurze” u mamy pojechałam z rodzicami po Jajo na dworzec. Byliśmy trochę za wcześnie, więc siedzieliśmy na ławce i rozmawialiśmy. Z reguły tłumaczyliśmy mamie, po co tu siedzimy i na kogo czekamy, bo oczywiście nie wiedziała.

Nagle przed nami zaczął paradować gołąb. Pewnie patrolował peron w poszukiwaniu prowiantu dla reszty rodziny, która czaiła się na jakimś dachu i czekała na sygnał do wyżerki.

– O… – powiedziała mama (nieskładnie się wypowiada, ale czasami potrafi sformułować krótkie zdanie) – gołąb zapier…dala pieszo…

W tym momencie parsknęliśmy śmiechem. Dopadła nas głupawka. Mama też się śmiała, ale powtarzała, że „wariaty” jesteśmy.

Dużo w tej chorobie złego, bardzo dużo. Często nas przerasta, ale są momenty, gdy naprawdę śmiejemy się do rozpuku. Nie można się opanować. To z pewnością dobre na rozładowanie stresu, bo inaczej człowiek by zwariował.

4 myśli na “Wariaty jesteśmy”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *