Brak czucia w nodze

Nie na darmo mówi się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Można rzec, że jajo od kury też nie za daleko się potoczy. Śmiem podejrzewać, że moje dziecko osobiste będzie w przyszłości pisać książki albo scenariusze filmowe. Budowanie napięcia i dramaturgii wydarzeń idzie Jaju znakomicie.

W czwartek tuż przed wyjazdem na targi, dostaję wiadomość, że Jajo boli kręgosłup i że nie może się ruszać. Odpisuję więc, żeby poszło do lekarza. Niestety Jajo stwierdza, że nie może, bo musi iść na zajęcia. Zaraz dodaje, że nie wie, jak tam dotrze, ale musi. Przyznam, że dla mnie to bardzo nietypowa sytuacja, bo kiedy Jajo chodziło do liceum, to trzeba było wołami ściągać z łóżka, wariata z siebie robić, żeby wreszcie polazło do szkoły. I wtedy każda wymówka, każdy ból koniuszka palca był idealnym pretekstem, by zostać w łóżku. Teraz jednak wrocławskie powietrze tak odmieniło Jajo, że z wrażenia mi co jakiś czas szczęka lekko opada.

Jajo oczywiście poszło na zajęcia. Nie wiem, ile z nich wyniosło, bo co kilka minut do mnie pisało, że „umiera”, że boli, że nie wytrzyma.

– Idź do lekarza – piszę i tłumaczę jeszcze, że ja na odległość to raczej nie pomogę.

Jajo wreszcie stwierdza, że nie ma wyjścia i po zajęciach jedzie do szpitala skorzystać z nocnej opieki zdrowotnej (bo było tuż przed osiemnastą).

– No, ale noga już nie będzie do uratowania – pisze mi również, a ja w tym momencie na zawał schodzę. – Od kolana w dół nie mam czucia od kilku godzin.

Wszystkie włosy na głowie mam już siwe. Serce o mało nie wyskoczy z klaty. Już kombinuję, jak teleportować się do Wrocka.

– Jezu – piszę tylko, bo słów brakuje. Wezwania do Absolutu może jakoś pomogą. Jak? Nie mam pojęcia. Czekam więc jak na szpilkach, kiedy Jajo da znak, co powiedział lekarz. Po godzinie wreszcie się odzywa. Rwa kulszowa. No pięknie. Zastrzyki, leki… Straszny ból. Moja koleżanka stwierdziła kiedyś, że poród przy rwie kulszowej to pierdnięcie. Może. Zależy od doświadczeń. Miałam też kiedyś rwę. Bolało jak cholera.

– A jak noga? – pytam.

– No, czucie wróciło – odpisuje. Podobno zastrzyki trochę pomogły. Teraz się jeszcze kuruje.

Przyznam, że zdolne to moje Jajo, bo dramatyzm sceny doskonały. Matka na zawał by zeszła.

Czy Wasze pociechy też takie zdolne w przyprawianiu Wam siwizny?

12 thoughts on “Brak czucia w nodze”

  1. Aniu, ja mam problem z filtrowaniem kiedy choroba, a kiedy symulacja. Kupiłam w końcu elektroniczny termometr i sama przykładam młodemu do czoła, żeby uniknąć manipulacji. Dzieci potrafią zachorować, gdy za dużo sprawdzianów mają. Przez te zabiegi małego spryciarza, czasem zbagatelizuję prawdziwe objawy grypska. Wysłałam młodego do szkoły, sądząc, że brzuszek i główka to szkolna wymówka i dopiero jak obrzygał rower, to uwierzyłam w rotawirusa. Nie byłoby takich dylematów, gdyby wiele razy mnie nie oszukał.

    1. U mnie identycznie! Kreatywność w wymyślaniu objawów niesamowita. A aktorstwo w zakresie “chory, chorszy, trup” opanowane do perfekcji. Też kilka razy wygnałam do szkoły z prawdziwą chorobą bo myślałam, że znów łże. Nie była to jednak rwa kulszowa.

  2. No popatrz, Jajo z Młodym sie nie znają, a dramaturgię wpisaną mają w charakter. Jedno z ulubionych powiedzonek Młodego to “rzecz straszna się stała” wypowiadane takim tonem, że zaczynasz wyobrażać sobie największe kataklizmy… a tu masz, okazuje się, że coś całkiem drugorzędnego się podziało i często bez wspólnego mianownika ze słowem “straszne”

  3. Chyba wszystkie dzieci mają ten talent, ale Twoje rokuje do tego talenty pisarskie, a moje z kolei w tym jednym względzie zupełnie daleko od jabłoni padło i raczej wdało się w dziadka-aktora przejawiając niezwykły talent aktorski 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *