Bąbelkowanie w głowie

Dziękuję pięknie za wszystkie komentarze pod ostatnim postem. Jestem zaskoczona odzewem. Dostałam dwadzieścia trzy wiadomości na priv, w których dziękowaliście mi za poprzedni wpis. Nawet nie wiecie, jakie to dla mnie ważne. Długo zastanawiałam się, czy pisać o depresji. To ważny temat, ale bardzo trudny. Okazuje się, że to istotne, by o tym mówić otwarcie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile osób wokół mnie zmaga się z tą podstępną chorobą.

Pisali do mnie znajomi, czytelnicy, koleżanki, rodzice moich byłych uczniów… Nieraz byłam wzruszona, czytając osobiste refleksje. Cieszę się więc, że zdecydowałam się na poruszenie tego tematu.

Zaskoczyło mnie jeszcze to, że jest tak dużo osób, których paraliżuje słowo „psychiatra”. Byłam pewna, że jednak żyjemy już w takich czasach, że psycholog i psychiatra to raczej oswojeni specjaliści… No… Tylko że zapomniałam, co sama myślałam jeszcze kilka miesięcy temu.

Zajrzałam w głąb swojej duszy. I przyznaję: ja też odwlekałam moment wizyty u lekarza ( w sumie najpierw u psychologa, bo nie wiedziałam, co mi jest). Pamiętam też rozmowę z psycholożką i jej diagnozę.

– Ma pani początek depresji – powiedziała. – Wskazana będzie konsultacja psychiatryczna i leki.

Sparaliżowało mnie, bo nie podejrzewałam, że to właśnie to. Leki przeraziły. Od razu widziałam siebie niczym zombie, wypraną z uczuć, obojętną na wszystko. Oczyma wyobraźni też zobaczyłam siebie jako surrealistkę. No, to teraz będę pisać niczym Witkacy… Mózg wariata, tylko nie na scenie, a na papierze.

– A nie można bez leków? – spytałam naiwnie.

– To zaawansowany początek – powiedziała pani psycholog tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Potem oczywiście zwlekałam z rejestracją u psychiatry. Bałam się. Tak zwyczajnie po ludzku. Jednak kiedy wreszcie poszłam, kiedy wreszcie też lekarka przeprowadziła badania i potwierdziła diagnozę psychologa, znów się bałam, bo przecież liczyłam na to, że może okaże się, że to fałszywy alarm.

Dostałam leki. Pierwszy tydzień pamiętam dobrze, brałam po pół tabletki. Miałam wrażenie, że coś się ze mną dzieje, ale nie wiedziałam co. Może coś „bąbelkowało” w głowie. Nie umiem tego nawet nazwać. Po trzech tygodniach poczułam jednak poprawę. Nagle mam więcej energii! Ba! Ani razu nie dałam się sprowokować Babci! Łatwiej mi też się skoncentrować na pracy. Oczywiście żadne leki nie pozostają obojętne dla organizmu. Takim wyraźnym skutkiem ubocznym jest to, że mam suchość w ustach, chce mi się pić. Piję więc wodę litrami. Za to jednak zmniejszył się apetyt (to plus!).

Co będzie dalej, nie wiem. Lekarka mówi, że leczenie potrwa około dwóch lat i nie należy go przerywać. Wiadomo, że depresja lubi wracać, dlatego trzeba leczenie przeprowadzić od początku do końca. Jestem zdecydowana i walczę. Nie należę do osób, które się nad sobą użalają (nie po to są te posty) ani też łatwo się poddają. Mam też nadzieję, że oprócz tego, że pomogę sobie, pomogę innym osobom. Bo przecież się nie damy jakiejś wrednej i podstępnej depresji! O, nie!

22 thoughts on “Bąbelkowanie w głowie”

  1. A może to nie bąblowanie a kiełkowanie było? 😉 ludzie są dziwni bojąc się psychiayry, ale nie tylko. Ja ociągam się z wizytą u okulisty, chociaż dobrze pamiętam to wspaniałe uczucie gdy zakłada się okulary odpowiedniej mocy. To jak przebudzenie ze snu, dostrzega się wreszcie urodę (i brzydotę) świata w pdpowiednim kontraście i proporcji.

    Miło czytać, że u Ciebie lepiej to jak obserwować wzrastającą roślinę. Dvaj o to kwiecie!

  2. Ja też walczę z bardzo zaawansowaną depresją+inne choroby. Depresja może być powiązana z niewłaściwą pracą tarczycy, warto sprawdzić. U mnie niestety kilogramy na plus i inne działania uboczne. Szkoda pisać, jest źle.

  3. W tym całym minusie chorowania … wrednie dostrzegam jeden plus…

    suchość w ustach + dużo wody + zmniejszony apetyt = mniej zjedzonych kalorii + dużo sikania + utrata wagi

    Anka… masz prawo do dodatkowej frajdy i relaksu w postaci duuużych zakupów … ciuchów w mniejszym rozmiarze 🙂 😉

    1. Marzę o takim momencie. Nawet na zakupy za bardzo nie muszę iść, wystarczy, że zmieszczę się w ubrania sprzed dwóch lat. Hi, hi. 🙂

        1. Ha, ha 🙂 Zobaczymy. W sumie można dodać jeszcze ćwiczenia na zdrowy kręgosłup (raz w tygodniu) i jogę (dwa razy w tygodniu). Zawzięłam się i staram się być konsekwentna. 🙂

  4. Mam takie przeczucie że ta deprecha to przez babcie.Nie da się mieszkać z kimś kto ciągnie w dół na dłuższą mete.Szkoda że nie ma dla takich starszych wiekiem czegoś na wzór okienek życia.Nie wytrzymujemy pod jednym dachem z taką osobą to szlafmyca i do portalu dla niegodziwców.A i warto się dobrze przyjrzeć tym ekspertom on psychologii,dla wielu z nich to po prostu żródło utrzymania i hobby.Mogą zaszkodzić a nie pomóc.All the best.

    1. No, na pewno babcia jest tu znaczącym czynnikiem, nie da się tego ukryć. A do “ekspertów”, dla pewności zbadało mnie dwóch lekarzy. Diagnoza się niestety potwierdziła. 🙁

  5. Aniu poruszyłaś temat “o ktorym się nie mowi” bo o wstyd,bo przecież “takia” chżoroba to wstyd. A jednak należy o tym mówić bo wstydem jest nie leczyc się i skazywać sie na porażke. Mam podobny problem i też się z nim zmagam i wiem jak to boli. Spędzilam miesiac w szpitalu i mam naprawdę dobrego lekarza (dr Mariusz Hendel z Chorzowa, ktory nie tylko zapisuje piguly ale i jest w miare stalym kontakcie z pacjentem poprzez media spolecznościowe), ktory wie jak dotrzeć do pacjenta. Ty masz babcie, Sławka – muscie koniecznie stworzyc przewodnik z jego genialnymi zdjeciami i Jajo i nas czytelników, ja coż jeszcze wszystko przedemną 😉
    Dziękuje za ten post i za to że nie jestme sama jakkolwiek to brzmi 😉 Trzymam za Ciebie i wszytkich innych kciuki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *