Po weekendzie

Minął kolejny weekend. Ten był pracowity. „Robiliśmy” dom. Mąż wkręcił dwa nowe gniazdka. Dobrał nawet kolorystycznie do ścian. Zamówił zielone przez internet. Zaskoczył mnie tym bardzo, bo wydawało mi się, że mężczyźni nie przywiązują zbytniej uwagi do kolorów. Zawiesił lustro u córki w pokoju, a potem męczył się z poziomowaniem szafek w kuchni. Ja pobawiłam się w krawcową. W końcu uszyłam do pokoju córki zasłony i firany. Niby nie były skomplikowane, bo to tylko same prostokąty do obszycia. Dodatkowo wszycie taśmy u góry. Musiałam jednak wszystko sobie przyfastrygować, a to było pracochłonne. W dodatku pomagał mi mój kot, który zawzięcie próbował szyć po swojemu. Musieliśmy stoczyć walkę o tkaninę. Na szczęście wygrałam i mogłam dokończyć szycie. Wyszło ładnie. Córka zadowolona, bo tak chciała. Jeszcze uszyję jej dwie poduszki z tego samego materiału co zasłony. Nawet spodobało mi się to szycie, może  jeszcze uszyję pokrowce na poduszki do dużego pokoju. Kto wie, co jeszcze przyjdzie mi do głowy…?

No, ale nie tylko przecież pracowaliśmy. Mąż zabrał mnie na spacer w przepiękne miejsce – do ogrodu dendrologicznego. Pogoda była fantastyczna. Świeciło słońce, powietrze pachniało, przyroda powalała kolorami. Podglądaliśmy, jakie ewentualnie drzewka posadzić przed domem w przyszłym roku. Nie mogą być za wysokie, jedno musimy wyciąć (jest wyższe niż dom), już nawet dostaliśmy pozwolenie. W zamian za wycięcie mamy obowiązek posadzić dwa inne drzewka. Najbardziej chcielibyśmy, żeby liście miały różne kolory, żeby jesienią pięknie się przebarwiały.

Na spacerze było bardzo przyjemnie. Mój mąż jest najukochańszym człowiekiem na świecie! W ogóle mnie zaskakuje, bo na przykład dba, żeby w jadalni na stole zawsze w weekend były żywe kwiaty. Tym razem były to róże. Takie ogrodowe, niesamowicie pachnące, nie tak jak te kupione w kwiaciarni, pozbawione całkowicie zapachu, niemalże sztuczne.

A co do mojej głodówki… Hmm… Daję radę, chociaż wczoraj zjadłam pół banana i jabłko, więc trudno to już nazwać głodówką. Ale czuję się dobrze. Do końca mojego planu zostały 3 dni. Wiem, że wytrzymam. A potem już będzie bardzo rozsądnie: 5 małych posiłków dziennie. I wykorzystam mój parowar (dzięki podpowiedzi „Zagubionej”). W sobotę zrobiłam mężowi łososia na parze z ziemniakami ugotowanymi w ten sam sposób. Smakowało mu. Było delikatne. Nawet kotu co nieco się dostało. Mruczał z zadowolenia.

0 myśli na “Po weekendzie”

  1. To weekend wykorzystaliście jak tylko było można:)My wczoraj byliśmy na rowerach u teściów moich,więc wieczorkiem już nie chciało mi się biegać,ale w piątek i sobotę pobiegałam.Nienawidzę tego,ale byłam niedotleniona od siedzenia w domu,ciągle bolała mnie głowa po drugie każdy zachwala bieganie,że to dobre na odchudzanie,zdrowie,więc staram się mobilizować.Dziś też planujemy iść na rower,a jeśli to nie wypali,pójdę pobiegać.Na weekend więc nie mogę narzekać:)

    Ps.Ładne zdjęcia:)

    1. Ja też nie lubię biegać i to tak, że żadna siła mnie do tego nie zmusi:) W poprzednim miejscu zamieszkania zawsze z koleżanką chodziłyśmy na fitness. Było super się tak poruszać. Teraz sobie ćwiczę sama w domku na stoperze i robię składziki:)

  2. Ja mam w domu rower stacjonarny,ale chwilowo służy jako wieszak,kiedy nie mam już gdzie prania rozwiesić:)Dużo jednak mi pomógł i choć zajmuje miejsce,nie mam zamiaru się go pozbywać:)
    A biegać wręcz nie nawidzę,ale staram się mobilizować,bo tak najłatwiej jest zgubić kilogramy i wyszczuplić dolne partie ciała,gdzie schudnięcie jest najtrudniejsze.A po drugie,nawet lepiej się czuję.Nie boli mnie już codziennie głowa,lepiej śpię…ja mam problem z oddychaniem podczas biegania,a tym bardziej w taką pogodę:)

    1. To podziwiam upór i determinację. Mnie do biegania nie zmusi żadna siła:) Próbowałam i wiem, że to nie dla mnie. Życzę wytrwałości 🙂

Pozostaw odpowiedź ~zagubiona Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *