Pustynny pejzaż i orzeł z kury

Byliście kiedyś na wydmach w Łebie? My wczoraj pojechaliśmy drugi raz. Zaryzykowaliśmy, bo pogoda rano raczej nie zapowiadała słońca, ale czasami trzeba zaufać temu, co mówią w telewizji.

Przeszliśmy prawie szesnaście kilometrów. W drodze powrotnej już moje stopy nie wiedziały chyba co robić. Człapały jedna za drugą w bólu i cierpieniu, bo mi się pęcherz zrobił na podeszwie. Nawet już Sławek powiedział, żebym została przy drodze, to podjedzie autem, ale przecież nie można się poddawać. Nie ja! Toż wstyd byłoby dwa kilometry przed parkingiem odpaść, a potem przyznać się do tego, że się wymiękło. O, nie! A jak już siadłam ze swoją szanowną na fotel, to klękajcie narody, taka ulga. Myślałam, że przed domem, to jednak dźwig trzeba będzie zamówić, żeby mnie wydostał. Udało się jednak dostać do łóżka. A radość niezwykła!

Taki aktywny weekend to doskonałe wietrzenie mózgu. Jutro można zacząć pracować z większą energią. A przyznam się Wam, że w sobotę pojeździliśmy na rowerach, potem uszyłam dziewięć leniusiołków, więc moc była ze mną w te dwa dni.

Jeżeli nie byliście na wydmach w Łebie, to polecam. Są takie miejsca, które trzeba zobaczyć. Krajobraz pustynny, a na horyzoncie błękitne morze! Cudo! Potem powrót pustą plażą, szum morza, słońce… Żyć i nie umierać! Nawet orła musiałam zrobić na piasku, bo takiemu dziewiczemu, gładziutkiemu trudno było się oprzeć. A zrobienie orła ze zwykłej kury to, sami przyznajcie, wyczyn nie lada. 😛

wydmy

wydmy1

wydma2

26 myśli na “Pustynny pejzaż i orzeł z kury”

  1. Jak piach to tylko na plaży. Jak plaża to tylko od października do kwietnia, bo wtedy to prawdziwa przyjemność i inspiracja i te przestrzenie i morza szum… ech. Cudnie, ale żeby aż tak się złazić? Szanuj te kurze drapaki, bo kura nielot to jeszcze ale kura niechód to kompletna klapa. Pozdrawiam 🙂

  2. morze, może dać starannie wypolerowane chwile. byle nie pomylić ich ze szkiełkiem toczonym przez falę za falą.

    uwielbiam usiąść na chwilę i podelektować się szumem…

    pozdrawiam.

  3. Nigdy nie byłam w Łebie… Może kiedyś jeszcze się uda… Sam spacer taką plażą bez tłumów to moje marzenie! Szum i zapach morza…
    A pęcherza – jeno na pięcie – wielkości pięciozłotówki nabawiłam się w czasie sobotniego powrotu z teatru! Wracałyśmy z koleżanką spory kawałek spacerem! Tak ciepło i przyjemnie było, że nie chciało się nam wsiadać do autobusu na te kilka przystanków! Bo w planie miałyśmy “odwiedziny” u Magdy i Alka w przejściu podziemnym przy już nieistniejącej Rotundzie. Wizyta była udana – dowód pojawił się na fb, ale do metra schodziłam z zaciśniętymi zębami. Ale prawdziwa katorga zaczęła się po 20 minutach kiedy wysiadłam z metra i musiałam dojść do domu… Dobrze, że było późno i nie było świadków mego pełznięcia! 🙂

  4. Byłam w Łebie dwa razy. 14 lat temu z Agnieszką ( córka ) jak miała 4,5 roku. Niby plan był dobry, jechałyśmy z Białogóry PKS-em, tylko nigdzie nie doczytałam, że z Łeby na wydmy nie jest zbyt blisko 🙂 I że 2/3 trasy można przejechać ale trzeba za to zapłacić, a ja miałam wyliczone pieniążki co do grosza. Podjechałyśmy kawałek rowero gokardem, masakra 🙂 potem meleksem. wracałyśmy stateczkiem. Agnieszka zaimponowała mi bardzo, bo bez żadnego narzekania przeszła tego dnia 8 kilometrów. Oczywiście o obiedzie musiałyśmy zapomnieć, był tylko spory hamburger, nawet niezły i banan schowany na czarna godzinę 🙂
    PKS-em wróciłyśmy na jeden bilet, nie pamiętam czy powiedziałam, że nie mam więcej pieniędzy czy że Agnieszka nie ma 4 lat…
    8 lat temu wynajęliśmy pokoik w Nowęcinie( u mamy Marty co rudo patrzy na świat 🙂 ) Stamtąd na piechotę poszliśmy przez Łebę na wydmy i wróciliśmy plażą. Z dwunastoletnią wtedy Agnieszką i już z Arturem ( niemąż ) przeszliśmy 23 kilometry 🙂 to był nasz rekord aż do tego roku.
    Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc nad polskim morzem, ma w sobie magię. Jedynym minusem są tłumy wydmoprzemierzaczy 🙂

    1. Wow! 23 km to naprawdę dużo, ja po 16 czułam już swoje stopy dość mocno.
      I zgadzam się, że to jedne z najpiękniejszych miejsc nad polskim morzem. Jest niezwykłe. 🙂

  5. Wtedy dużo chodziliśmy. 15 kilometrów to była norma. Więc owszem było męczące ale nie jakoś tragicznie. Mam dwie niesamowite pod tym względem córki. Prawdziwe piechurki. Agnieszka jak wspomniałam mając 4,5 roku z niewielkimi przerwami przeszła 8 km. Tosia ma teraz trzy i trzy, jak sama mówi i bez odpoczynku potrafi przewędrować 3 kilometry. Na długie wyprawy zaopatrzyliśmy się w specjalne nosidło, coś jak plecak na stelażu. Zmęczona Tosia w nim odpoczywa i śpi, a my dreptamy dalej. W tym roku pobiliśmy nasz rekord, choć zamierzaliśmy zrobić nie więcej niż 10 km, okazało się jednak, że trasa jest po pierwsze dłuższa niż obiecywali tubylcy 🙂 po drugie dokonaliśmy jej modyfikacji i wracaliśmy inna drogą, żeby uniknąć powtórnego przedzierania się przez podmokłe pola i bagnisty las. Nie chodziłam cztery lata dłużej niż 10 kilometrów. Po szesnastym byłam zmęczona, po dwudziestym szłam siłą woli, po prostu stawiałam nogę przed nogą i w myślach padło bardzo wiele bardzo nieładnych słów. Ze dwa razy się nawet zwerbalizowały i kilka łez poleciało. Wyprawa zakończyła się po 27 kilometrze…

Pozostaw odpowiedź ~Margret Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *