Cuda, cuda! (Aż dwa)

Weekend poza mną. Wypchnęłam Jajo z gniazda. I to odpowiednio daleko! Dałam buziaka (plus jakąś kasiorę, oczywista oczywistość) na drogę i radź sobie samo. Tak mniej więcej „lekko” to wyglądało, choć serce w plasterki się samo podziabało.

Zawieźliśmy Jajo do Wrocławia i tam pozostawiliśmy na pastwę samego siebie. Niech uczy się dorosłego życia. I co? I okazało się, że nagle mamy do czynienia z cudami! Cuda się dzieją! Cuda aż dwa!

Po pierwsze, można kupić jednego dnia bułki, a zjeść je dopiero następnego ranka! No cud! W domu byłoby już kręcenie nosem, że to nieświeże.

Kiedy już to Jajo „porzuciliśmy”, wróciliśmy do domu. Nastał poniedziałek, a ja siłą woli walczyłam ze sobą, by nie zadzwonić rano i nie sprawdzić, czy wstało, czy nie zaspało, czy poszło na uczelnię, czy zjadło śniadanko, czy wytarło nosek. Obudziłam się o siódmej i nerwowo spoglądałam na telefon. Nie! Nie zadzwonię! Nie! Nie! No przecież dzielna jestem! A telefon kusił. Palce same się wyrywały, by po przyciskach pobiegać. I co tu zrobić, by nie zadzwonić, a mieć pewność, że Jajo pomaszerowało na uczelnię? Kurza twarz! Przecież cały weekend piłowałam pępowinę, a ta jakby jeszcze uczepiła się mnie i sprawdzała, czy to nie był blef. Wreszcie moje czujne oko zaobserwowało jakąś niewyraźną aktywność na Facebooku. Jest! Wstało! Kilka podskoków do sufitu z tej radości! Jest drugi cud! Bo zawsze wołami trzeba było z łóżka wyciągać!

Oczywiście Jajo dzwoni codziennie i zdaje relację. Zestresowane, przeżywające, ale póki co zadowolone. Oby tak dalej. Na razie wraca z uczelni i twarzą ląduje od razu na łóżku. A ja… jakoś tak nasłuchuję, czy u niej w pokoju ktoś się nie rusza, nie słucha muzyki, nie łazi… Daję jednak radę (nie słyszę głosów). Jestem z siebie dumna!

Najlepszy jest Nutuś. Kiedy wróciliśmy z Wrocławia, od wejścia rozległ się taki ryk, że chyba Jajo go usłyszało. Babcia pozamykała mu drzwi do wszystkich pokojów. A tego nie robi się kotu! Nie dość, że Nutuś pięknie wpakowywał się w walizkę Jaja, a ono go z niej uparcie wywalało, to jeszcze nie miał dostępu do łóżek! Jak tak można? Ryk więc był ogromny. Potem trzeba było miziać. Nutuś dał się przeprosić i zajął pokój Jaja. I to się rozumie. Jest łóżko i jest święty spokój.

A ja walczę ze sobą dalej. I walkę tę wygram, choćby nie wiem co, bo to przecież dla dobra Jaja.

 

0 myśli na “Cuda, cuda! (Aż dwa)”

  1. Bądź dzielna i niech moc będzie z Tobą!!!! A pomyśl co przezywali rodzice jak nie było internetu a i dostęp do telefonów był utrudniony… Jak nam sie polepszyło i to za jednego pokolenia!

  2. nie masz wrażenia, że się nad swoimi pociechami trzęsiemy o wiele bardziej niż nasi rodzice nad nami? i że do tego jeszcze potem jesteśmy mocno zdziwione, że z czymś sobie nie radzą… choć tak na prawdę zrobiłyśmy wiele, aby tego radzenia sobie one się nie nauczyły?

    Miałam 15 lat jak pierwszy raz zniknęłam na prawie całe wakacje z koleżankami, (żadne uciekanie, nic z tych rzeczy – po prostu wyjazd to tu, to tam), Matka Rodzicielka tylko częściowo wiedziała gdzie jestem, częściowo bo telefonów nie było, a i poczta to rarytas był w tamtych okolicach… wracałam do domu co kilka – kilkanaście dni, najeść się, wykąpać, wyprać ciuchy z plecaka i ruszyć dalej. Powiedzmy, że Młody mając lat 20 nie doznał jeszcze takiej swobody… 🙂

    Więc ostro Tobie kibicuję, żeby to Jajo miało swój ,aby swobodny świat… czas w sumie żeby nasze dzieciątka zaczęły ruszać we własne życie… nawet jak się nam to niekoniecznie podoba 🙂

    1. Racja. Też się nad tym zastanawiałam, wspominając, że moi nawet nie widzieli mojej stancji ani akademika. Nie było telefonów. A moje Jajo zobaczyło kuchenkę gazową i się przeraziło, bo gaz! A u nas indukcja, nie trzeba zapałek. Ha, ha 🙂 Ale da sobie radę, to chyba tylko w oczach rodzica dorosłe dziecko ciągle jest malutkie. 🙂 Niby moja już mnie przyzwyczaiła do tego, że znika do domu, bo przecież niedawno była dwa miesiące w Anglii, ponad miesiąc w Stanach, a jednak coś ściska za serducho. Ale musi sobie radzić sama, przecież matka niańczyć wiecznie nie będzie. 🙂

      1. Jak dała sobie radę w USA,to na bank da sobie radę w kraju z ojczystym językiem 😉
        A co do kota… no właśnie “moje tymczasowe” też mi nie chciało wyjść z walizki. Czują wyjazd właściciela, czy po protu włażą, gdzie jest wygodnie? 😉

  3. Miałam 7 lat jak sama chodziłam do szkoły z kluczem na szyi. Nikt się nie przejmował tym, że dziecko samo w domu. I jakoś przeżyłam. Dziś dziesięciolatka sama boi się iść do szkoły…

    1. Też biegałam z kluczem. 🙂 A obciachem było, żeby mama prowadziła do szkoły. Pamiętam, jaki to był wstyd, jak kogoś w pierwszej klasie rodzice przyprowadzali. Dzisiaj to normalka. 🙂

  4. Haha! Brawo! 🙂 pięknie się czyta wyznania tak odważnej mamy. Cieszę się, że jeszcze zostały na świecie takie kobiety.

    “Bo za naszych czasów…” 😉 Faktem jest, że za mojej młodości pępowinka objawiała się zasadniczo tylko sprawdzeniem, czy aby jestem w domu o odpowiedniej godzinie 🙂 A i to zanikło podczas studiów.

    Kocham swoich rodziców za ich podejście, za dawanie mi przestrzeni do bycia samodzielną (chociaż czasami bywało ciężko, bo co takie nieopierzone na początku wiedziało o życiu), jestem pewna że Jajo też to docenia!

  5. Pierwsze koty za płoty!
    U nas za kwokę robi mój mąż, ja jestem zupełnie wyluzowana. Mam to pewnie po rodzicach. Kiedy miałam 14 lat pojechałam odwiedzić koleżankę, były wakacje. Niestety, wieczorem okazało się, że autobus, którym miałam wrócić, nie pojechał. Nie było komórek, nawet stacjonarny telefon był jeden w całej wsi. Wróciłam do domu na drugi dzień, a nikt się nie martwił, że mnie nie ma. Jakoś moi rodzice zawsze mieli do mnie zaufanie, słusznie, nie powiem, ale wtedy przykro mi się zrobiło, że się nie przejęli.

    1. Moi by już na policji siedzieli. Raz tak późno wróciłam. Trenowałam AIKIDO, poszłam na trening rano, a akurat staż był, więc treningi trwały do późnego wieczora, a po treningu jakoś tak się zagadaliśmy ze znajomymi, że wróciłam do domu po północy. Oj, działo się! Myślałam, że mama mnie rozszarpie. 🙂

  6. Rzeczywiście, skoro nie słyszysz głosów, to jeszcze nie jest z Tobą tak źle ;).

    A tak poważnie… Ech, dobrze jest tak wspomnieć czasy studiów. Chociaż ja w sumie i tak dojeżdżałem codziennie liniami PKP. Ale cóż, studia to studia. A Ty walcz z tym telefonem, nie dzwoń, nie marudź, tylko odbieraj relacje. Na pewno sobie Jajo poradzi 😀

  7. Jak na razie dzielna jesteś 🙂 A z kotami to tak jest, że łóżka muszą być dostępne i wszystkie drzwi pootwierane, bo jak nie, to nikt już nie zaśnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *