Twardy, jędrny i dorodny

Ostatnio podczas robienia obiadu doznałam iluminacji.

− Nie mam nic na surówkę!!!

ogórek1 (1)Wiadomo, że to iluminacja na miarę kury, więc nie ma co się spodziewać filozoficznych odkryć. Jednak każdy, kto przygotowywał obiad przynajmniej raz, wie, że do mięsa surówka musi być, bo inaczej nie smakuje, jak trzeba. U mnie akurat roladki z indyka leżakowały w piekarniku i opalały równomiernie swoje boczki. A ja dokonywałam szybkiej analizy, jaka surówka. A że Mężuś w tym temacie to wybredny i nie zjada wszystkiego, co zielone, miałam mocno ograniczone możliwości. Tym bardziej że w pobliżu mojego miejsca zamieszkania jest niewielki sklepik i chyba najbardziej chodliwym towarem jest w nim napój chmielowy. Rzadko tam chodzę, bo z reguły w ogonku stoi dwóch-trzech panów, nie pierwszej świeżości z siatkami pobrzękującymi szkłem.

Pobiegłam więc z szaloną myślą, że zrobię mizerię, bo mizeria zawsze dobra, a i Mężuś nią nie wzgardzi.

Biegnę więc sobie jak ta łania. Przez jedną uliczkę i drugą. Wpadam do sklepiku. Ku mojej radości tylko jeden dżentelmen z siatą wymieniający puste butelki na pełne. Spoglądam na skrzynki z warzywami. Są ogórki! Wow! Jakie okazałe! Macam. Wiadomo, że nie może być miękki. Bo co mi po miękkim, nie? Ciężko obrać, ciężko kroić, bo jest jak gąbka, a i zjeść nie idzie.

Wymacałam więc dorodnego ogórasa i dzierżąc go w dłoni, idę do lady.

– Tylko ogórek? – pyta pani i uśmiecha się do mnie od ucha do ucha. Odwzajemniam więc. I wtedy następuje jakaś podświadoma nić porozumienia. – Duży, dorodny – dopowiada.

A ja kiwam głową, choć moje myśli w jakimś niebezpiecznym kierunku uciekają. Kobieta zabiera ode mnie warzywo, waży.

– Widzę, że tu wszystkie takie – rzucam.

– W dodatku twarde i jędrne – stwierdza sprzedawczyni i śmieje się pełną gębą. A ja w myślach dopowiadam, że to chyba trochę inaczej niż ludzkimi z częściami ciała i też coś mi w środku rechocze. A za mną nagle wyrósta kolejny dżentelmen pobrzękujący siatą. Na jędrnego i świeżego z pewnością nie wygląda.

Płacę, przejmuję ogórka. Chwytam go jednak nieśmiało. Potem z trudem pakuję do torbiszcza. I znów jak ta łania pędzę do domu. Przez jedną uliczkę, drugą.

A podczas krojenia tego biednego ogórka na mizerię znów rechoczę sobie. A co mi tam!

0 myśli na “Twardy, jędrny i dorodny”

  1. Właśnie mi uświadomiłaś, że nie mam surówki do dzisiejszego obiadu. Biegnę po ogórka … twardego i jędrnego ma się rozumieć 😉
    A w kosmatym temacie, specjalnie tego opakowania z ogórka do zdjęcia nie zdjęłaś? 😉

      1. No przecież wypada się zabezpieczyć 😉
        Pamiętasz może ten dowcip? W klasztorze siostra oznajmia: dziś na obiad marchewka! – Hurrra! – Ale w plasterkach… – Eeeeeeee 🙁

  2. Przez długi czas byłam sprzedawczynią w spożywczaku i wiem z doświadczenia, że ogórkowej szajbie trudno się czasem oprzeć, zwłaszcza gdy od rana za jedyną kompanię ma się wonnych dżentelmenów wymieniających pusty fajans na pełny- jędrny ogóras po prostu sam pcha się na usta.
    Z koperkiem.

  3. Pani Aniu. Zastanawiam się jak tu Pani na początek przysłodzić. Powiem najlepiej szczerą prawdę. Dawno już nie byłem na takim świetnym spotkaniu autorskim. Frekwencja dopisała, autorka była w wyśmienitej formie, no może prowadząca była trochę do poprawy, ale nie przesadzajmy, w końcu ona nie była główną gwiazdą wieczoru. Ja też miałem swoja cichą radość. Zdziwiło mnie trochę, a jednocześnie sprawiło niekłamana przyjemność, że Pani przez rok nie zapomniała mojej skromnej i raczej nie twarzowej postaci. Teraz może przejdźmy do bloga. Wielokrotnie już czytałem Pani wpisy, a nawet czasami miałem chęć sam coś skomentować. Jednak głupio to powiedzieć trochę się obawiałem. To wszystko przez Pani ostrzeżenie, które też nie omieszkałem przeczytać. Nie wiem czy dobrze je zrozumiałem, ale z tego co mi się zdaje podzieliła Pani czytelników na dwie kategorie. Tą które oddycha na podobieństwo Ani z bloga i tych, którzy mimo wszystko mają zastrzeżenia i mogą coś skrytykować. Nie wiedziałem jak się mam zachować, gdyż tak po prawdzie podoba mi się to co Pani pisze, jednak jak przystało na starego zgryźliwego malkontenta, który nie potrafi wytrzymać jeżeli nie „powie to co wie” stoję trochę w rozkroku. U nas w Ostródzie jest taka ulica u wjazdu której ktoś napisał ostrzeżenie, że wchodzi się na nią na własną odpowiedzialność. Cieszę się z tego, że jest tylko taka jedna i że ja mieszkam daleko od niej. Ale do brzegu. Idąc za sensem mojego wczorajszego pytania wyczuwam w tym Pani blogu pewną niewielką ściemkę. Taki fajnie opakowany produkt pod ogólnospołeczne zamówienie. Mówiła Pani, że był on kiedyś takim remedium, lekiem na całe zło tego świata. Rozumiem, że wtedy, na potrzebę chwili powstała ta blogowa Ania. Ta fajna dziewczyna z sąsiedztwa, która jest miła, otwarta, szczera, bezpośrednia, bezpruderyjna i odrobinę szalona. Dziewczyna której problemy życiowe skupiają się na tym jak kupić ogórka, wymienić kotkowi kuwetę, czy umyć szyby, ale nie w sposób zwyczajny. Tak to każda kwoka domowa potrafi. Ania umie to zrobić z takim wdziękiem, że wszyscy od razu zrywają boki. I co raczej normalne, tą dziewczynę wszyscy pokochali, bo jak mogło być inaczej, co tam pokochali, zazdroszczą jej, tego pozapinanego na żarty świata. Sadzę, że w wielu fragmentach obie Anie są jedną osobą. Ale czy we wszystkich? W sumie gitara. To o co mu w końcu chodzi, zapyta ktoś niecierpliwy? Boję się odrobinę o to co będzie wtedy gdy ta blogowa Ania straci swoją rację bytu. Ot po prostu, gdy ta „kuracja” kiedyś dobiegnie końca. Będzie konflikt. Obie chcą żyć i obie po swojemu. Jedna swoim prywatnym życiem, a druga trochę oczekiwaniami czytelników. To takie moje refleksje. Może głupie, może niepotrzebne, ale moje. Jeśli się mylę to może chociaż wykorzysta je kiedyś Pani jako pomysł na kolejną książkę. Takiej jeszcze na pewno nie było. Pozostaje mi tylko życzyć, by te obie Anie nigdy nie popadły w konflikt i(tu teraz odrobina prywaty) by kiedyś, gdy naprawdę już nie będzie miała Pani w zasięgu ręki żadnego ciekawszego zajęcia i sięgnie po moje wypociny, nie doprowadziły one Panią do jakiegoś zdrowotnego rozstroju.
    Pozdrawiam.

    1. Miło mi jednak, że zdecydował się Pan zabrać głos. Ostrzeżenie na moim blogu nie dotyczy krytyki, raczej było skierowane w bardzo konkretną osobę (wiem, że to nie za bardzo poważne, ale musiałam), żeby uszanowała moje uczucia. Bo, tak jak każdy, mam do nich prawo. A to mój blog, moje zabawki i mój bałagan, więc trzeba to uszanować. To tak jak zapraszanie do swojego domu. Zapraszam. Gość ma swoje prawa, ale nie powinien zapominać, że jest gościem (dlatego między innymi gdyby pojawiły się chamskie i wulgarne komentarze wobec mnie albo innych komentujących, to zostaną usunięte).
      Co do przyszłości bloga, to się nad tym nie zastanawiam. A ta “blogowa Ania” to pewnie tylko jakaś moja część, jednak mogę zapewnić, że nie jestem na dobrej drodze do schizofrenii 🙂 Z blogami to jest tak, że często ewoluują, więc może nie martwię się o to, że ta “blogowa Ania” straci rację bytu, bo to wyłącznie ode mnie zależy, czy i co będę pisać. Być może kiedyś stracę do tego serce, nie wykluczam takiej opcji. Na razie jednak jestem zadowolona z formuły bloga, bo jest dobrą odskocznią (chyba nie tylko dla mnie). Dzięki niemu też poznaję nowych ludzi, a to bezcenne. Posty też pojawiają się jako zachęta do dyskusji, więc każdy może mieć swoje zdanie. Nie chodzi też o to, by na siłę przekonywać do swoich racji i tonem mentorskim mówić, że prawda jest tylko jedna, ale kulturalnie porozmawiać. 🙂 🙂

      1. To ja w swoim imieniu od razu zaprotestuję. Akurat ta część wypowiedzi pana Sławka mi umknęła. Wczorajsze spotkanie było świetnie poprowadzone i świetnie zorganizowane (o czym już pisałam na FB, a o czym dokładnie napiszę w poniedziałek). Atmosfera była cudowna! A prowadzące świetnie przygotowane! Co też potwierdza mój mąż, a bywamy naprawdę w różnych miejscach i na różnych spotkaniach. 🙂

  4. Spoglądając na większość komentarzy powiem to co mówią mądrzy ludzie, jest popyt, jest towar. A jeżeli jeszcze sprawia to przyjemność, to już całkiem jest na 5. Przepraszam jeszcze raz za te moje spacery po blogowej kuchni. Dobrze, że to właściwie niewiele osób interesuje. Proszę jeszcze raz o wybaczenie, bo wywnętrzam się pewnie teraz trochę jako zazdrosny, niedoszły bloger, na którego stronę nie zaglądał nawet pies z kulawą nogą.Szczerze obiecuje być już grzecznym. Pozdrawiam jeszcze raz obie Anie.

    1. Ja nie podchodzę do blogowania na zasadzie popyt-podaż, bo to, jak mówiłam na spotkaniu, jest miejsce, które pozwoliło mi uporać się z moimi prywatnymi demonami. Piszę najczęściej o absurdach, bo absurdy pozwalają oderwać się od problemów. I sprawia mi to ogromną przyjemność. Takie rozważanie o dupie Maryni (za przeproszeniem) też jest potrzebne jako odskocznia od tego, co pokazuje telewizja i prasa. 🙂 Ja też nie dokonuję analizy, dlaczego, po co, jak itp. Widzę wokół siebie zabawną historię albo mnie coś wzruszy czy zdenerwuje, to piszę o tym. Nie dorabiam do swojego bloga żadnej poważnej ideologii.
      Serdecznie pozdrawiam 🙂

  5. Padłam:) Aniu jeszcze raz to powiem: cieszę się, że trafiłam na Twoje książki, później bloga i w końcu poznałam Cię osobiście <3 Musimy pojechać kiedyś do Kasi i ją za to wyściskać 🙂

  6. Ja nie górnolotnie, nie wtrącam się do (ciekawej zresztą) dyskusji ze -sławkiem, ale raczej przyziemnie, o tym ogórku i surówkach do obiadu. Sprośne skojarzenia miała pani sklepowa, nie Ty, ale Cię nimi zaraziła i potem poszło fajnie, jak lawina. Fajny wpis!
    Ja w kwestii formalnej: mizerię lubię, ale nie wiem dlaczego robię ją tylko jak jestem u Mamy. U siebie zazwyczaj serwuję miks sałat z moim własnym sosem vinaigrette, dodając czasem pomidor, kaparki, plasterki ogórka kiszonego lub czarne oliwki, albo cokolwiek innego co akurat wyda mi się stosowne.

  7. Nie wiem dlaczego, ale przypomniał mi się stary kawał:
    Dwie zakonnice wchodzą do sklepu mięsnego. Pierwsza zwraca się do sprzedawczyni:
    – Poproszę parówkę.
    Druga jej przerywa i mówi:
    – Weź dwie, jedną zjemy…

  8. Nie przepadam za przesadnymi podtekstami erotycznymi na każdym kroku, ale ta historia jest akurat bardzo sympatyczna. 🙂 I jest to przykład, jak czasami proste sprawy potrafią nam poprawić humor – czyjś uśmiech, życzliwe słowo czy żart…

Pozostaw odpowiedź ~MomOnTop Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *