O handlowaniu ziołem

Wiecie, że co niektórzy handlują „ziołem” na straganie w dzień targowy? W dodatku znam tego kogoś osobiście. Przyznaję się bez lampy w oczy.

koperMój osobisty tata zawsze kochał ogród i działkę. Babranie w ziemi to było jego hobby. Jako dzieciaki jedliśmy pierwsze orzeszki ziemne wykopane we własnym ogródku. Nie wspomnę o cytrynach hodowanych w donicach. Pamiętam czasy, kiedy mój tata jako jedyny w regionie, w którym wtedy mieszkaliśmy, miał borówkę amerykańską. Sprzedawał ją na targu. Choć nie miał konkurencji, to nie było łatwo, bo informacja, że to „amerykańska” borówka powodowała niepokój u części klientów. Wszystko, co amerykańskie, kojarzyło się ze złym imperializmem. A wielkość jagód sugerowała mutację w celach wykończenia przedstawicieli jedynego słusznego systemu, w jakim wtedy żyliśmy. Można więc chyba śmiało powiedzieć, że mój tata ma na swoim koncie działalność opozycyjną. No, prawie. Ale nie ma co się czepiać szczegółów. Ważne, że „rozprowadzał” amerykańskie owoce w socjalistycznym kraju.

Teraz też tata nie marnuje czasu, dalej uprawia swój ogród. Tak dorabia obecnie do emerytury. Sprzedaje na targu owoce, warzywa, kwiaty (oczywiście borówkę również). Wszystko ekologiczne. Nawet zbiera nasiona…

I pewnego dnia stoi sobie przy straganie w dzień targowy. Podchodzi do niego przedstawiciel tzw. gimbazy, który oczywiście czai bazę, więc pokazuje palcem na „substancję” zapakowaną w woreczek ze strunowym zamknięciem i pyta:

– Nie boi się pan tak na legalu ziołem handlować?

Mój tata, nie w ciemię bity, zrozumiał o co chodzi. Z pełną powagą, ale lekko ściszonym głosem, żeby zachować pozory, odpowiada, że nie, że nawet po promocyjnej cenie może sprzedać, że zioło dobre, świeże itp. Młodzieniec więc konspiracyjnie pyta ile gram i za ile może kupić.

– Dwa złote, bo to dość spora paczka – odpowiada tata, wziąwszy do ręki woreczek. Ledwo powstrzymuje parsknięcie śmiechem, ale robi dobrą minę do złej gry. Jednak z ceną lekką przesadził, bo chłopak po chwili ożywienia, nagle patrzy na niego z powątpiewaniem.

– Wkręca mnie pan. To nie zioło.

– Zioło – przekonuje tata. – Najlepszy koper w mieście. – I parska śmiechem. Młodzieniec lekko się czerwieni i odchodzi. Widocznie wolał inne zioło… bazylię albo rumianek. A tata tego akurat asortymentu nie posiadał.

0 myśli na “O handlowaniu ziołem”

  1. Gratulacje dla szanownego tatusia 🙂
    Gdyby się tak głębiej zastanowić, to ta sytuacja wcale nie jest taka bardzo od czapy. Młodzieniec upalony koprem czy inną mieszanką z majerankiem czy liśćmi limonki. A próbował ktoś, czy nie działa w jakiś tam sposób? No właśnie…
    Przypomniał mi się jeden z moich szefów z przeszłości – kokainista (nawiasem mówiąc, bardzo dobry, ludzki szef, artysta w swoim fachu). Jak mu zabrakło towaru albo pieniędzy na kokainę, to potrafił się odurzyć lekami kupionymi przy kasie w supermarkecie. Kolega, przedstawiciel jednego z koncernów farmaceutycznych dostarczał mu niezbędnej fachowej wiedzy, co i w jakiej ilości połączyć, żeby odpowiednio zadziałało.

    1. Masz rację, kiedyś pewien policjant tłumaczył mi, jakimi “środkami” ludzie potrafią się odurzać, Byłam lekko przerażona, bo wszystkich ich używałam w kuchni.

  2. Pewnie Twój tata miał niezły ubaw; ja to bym rżała jak koń od początku rozmowy z takim klientem 😀 Może jakby ten młody się kopru najarał to w mózgu by się poprostowało i durnota poszłaby w siną dal.

  3. Dawno się tak nie uśmiałam! 😀
    Gdybym wierzyła w reinkarnację, to bym powiedziała, że chłopak był kotem w poprzednim wcieleniu i pewnie polował zawzięcie na… kocimiętkę. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *