Palce w kontakcie

Jestem właśnie w trakcie lektury książki Stephena Kinga „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” i zaśmiewam się do łez. King wspomina swoje dzieciństwo i pobudza mnie do myślenia, a w głowie otwierają się kolejne klapki. Nie mam tak burzliwego życia jak King, trzeba to przyznać. Nigdy też nie robiłam kupy w lesie jak kowboj i nie wycierałam tyłka trującym bluszczem. Biedny King. Łapa mu spuchła, nie wspomnę o jądrach przypominających czerwone bulwy. Podobno moczył się całymi dniami w krochmalu, bo miał „obrażenia” od tyłka po pachy. Nie umywa się do tego moje rysowanie kredą po chodniku. Niestety kreda jakoś tak rozpadała się w dłoniach, a potem okazała się białą psią kupą. No, ale od tego się nie puchnie.

prądJest jednak kilka elementów wspólnych z Kingiem. Zabawy z prądem. King wysadził telewizor. Taka zdolna nie byłam. Zresztą obawiam się, że rodzice mogliby mnie wtedy eksmitować z domu, bo telewizor (czarno-biały wtedy) był na wagę złota. Być może okazałoby się, że okienko na świat byłoby warte więcej niż ja. Razem z bratem przeprowadzaliśmy wiele ciekawych eksperymentów. Normalnie, gdyby rodzice w nas tej „ciekawości” świata nie „stłamsili”, to pewnie byśmy już Nobla odbierali albo byli na bardzo dobrej drodze ku światowej sławie.

Rodzice nie zawsze byli odpowiednio czujni na ciszę panującą w naszym pokoju. Przecież to wiadoma sprawa, że jak w pokoju dziecięcym jest zbyt cicho, to wiedz, że COŚ się dzieje. I to coś może nawet bardzo wybuchowego.

Pewnego wieczoru bawiliśmy się z bratem. Lubiliśmy eksperymentować z bateriami i żaróweczkami. Często te żaróweczki podłączaliśmy drucikami do baterii. Sprawdzaliśmy też różne materiały, czy przewodzą prąd, bo to przecież takie ciekawe. I kiedyś wpadliśmy na genialny pomysł. Obwinęliśmy malutką żarówkę (taką do latarki) drucikami i postanowiliśmy to wepchnąć do kontaktu. Efekt był oczywisty (nie dla nas wtedy). Huknęło, błysnęło, zadymiło się i koniec.  Nas odrzuciło od razu na tapczan. Tak zadziałał instynkt samozachowawczy, bo wiedzieliśmy, że za tym wybuchem pojawią się rodzice. Trwało to kilka sekund. My już siedzimy na tapczanie. Miny mamy niewinne, choć i tak niewiele widać, bo przecież w całym mieszkaniu zaległa ciemność. Wpada tata.

– Co wy tutaj robicie?! – krzyczy.

– Nic – odpowiadamy chórem. – To nie my. Nagle coś huknęło.

Tata jednak nie w ciemię bity. Zapalił latarkę i sprawdził pokój. W kontakcie ciągle tkwił drucik. I wtedy się zaczęło. Jak on na nas krzyczał! Że zabić nas mogło, że usmażyć na węgielki, że teraz by trumienki zbijał z desek itd. Na koniec jeszcze zafundował nam godzinny wykład na temat prądu. Podejrzewaliśmy nawet, że chciał nas zanudzić na śmierć, ale jak prąd nas nie zabił, to wykład taty również. Z prądem jednak już nie eksperymentowaliśmy.

Za to mój brat przerzucił się na eksperymenty ogniowe i wypalił dziurę w wykładzinie. Nigdy się nie przyznał, jak to się stało i dlaczego. Dla niepoznaki próbował to zatuszować żelazkiem. Przyprasował to na gorąco, że niby mu się omsknęło i wypaliło dziurę. Na to jednak nikt się nie nabrał. Oj, wiele by można opowiadać, bo nieźle się rozrabiało.

A jak u Was? Były palce w kontakcie?

Dobrze, że dzisiaj są różne zabezpieczenia przed dziećmi, to rodzic ma przynajmniej szansę pewnym rzeczom zapobiec. Kiedyś był zazwyczaj bez szans.

0 myśli na “Palce w kontakcie”

  1. Niezłe rozrabiaki z Was były. Chyba nic podobnego się w moim dziecięcym życiu nie wydarzyło, bo nie pamiętam, ale też i warunków nie było……… Pozdrawiam 🙂

  2. Ja to byłam spokojna, ale mój pierworodny… Razem z sąsiadem, który wiekowo mógłby być jego ojcem, uwielbiali wszystko, co wybucha. Na szczęście zabawy szkód nie przynosiły. Do czasu… Kiedy młody mieszkał już w domu rodzinnym narzeczonej, coś mu tam w kuchni wybuchło 😀 Kuchnia do remontu. Na szczęście szkody naprawił i pozwolili mu się z córką ożenić 🙂 Na ślubie żona sąsiada stwierdziła, że bardzo się dziwi, iż skoro oni dwaj tu są, to jeszcze nic nie wybuchło :)))

  3. Miałam 6 lat, a mój brat 9 i to on wpadł pewnego dnia na pomysł, żebym włożyła dwa gwoździe do kontaktu. Włożyłam. A jakże. Odrzuciło mnie przez pół pokoju, ale o dziwo poza osmalonymi do łokci rękami, małym omdleniem i wstrząśnieniem mózgu to nic mi się nie stało. Lekarz stwierdził, że to cud i chyba jestem w czepku urodzona. Trafił :). Drugą styczność z elektrycznością, choć już nie tak makabryczną, miałam w wieku lat 13. Prasowałam sobie bluzkę i wtedy przyszła koleżanka. Gadałyśmy sobie aż miło na korytarzu i nagle poczułam, że coś śmierdzi. Wracam do mieszkania, a tam kłęby dymu. Okazało się, że zapomniałam odłączyć żelazko, a było to takie bez termostatu, no i to żelazko po prostu się stopiło, wypaliło piękną dziurę w stoliku, na którym stało i spadło na podłogę. Wszystko zgrabnie uprzątnęłam przed powrotem rodziców. Nałożyłam na stoliczek obrus i nie było śladu. Zaczęła we mnie kiełkować nadzieja, że zbyt szybko to nie wyjdzie na jaw. Ale niestety. Rodzice wrócili, zrobili sobie herbatę, tatuś posłodził, odłożył na stolik cukiernicę i….. traf chciał, że akurat w miejsce, gdzie była dziura. No i po tajemnicy. Sroga kara mnie czekała. Niestety

    1. Gwoździe w kontakcie! Masakra, ale to się faktycznie zdarzało. Dzieciaki tak eksperymentowały. Bo przecież jeżeli są dwie dziurki, to coś do nich wepchnąć trzeba. Dobrze, że nic Ci się nie stało. 🙂

  4. Pamiętam, jak mama prasowała bratu pieluchy tetrowe( brat jest 2 lata młodszy). Stół był podnoszony, więc ja ledwo dosięgałam. Kiedy tylko mama na chwilę odeszła, to ja łapałam za żelazko i prasowałam. Na szczęście nic się nie stało.
    Innym razem mama poszła otworzyć drzwi, bo ktoś pukał, a ja w tym czasie schowałam się w dużym pokoju, chwyciłam za nożyczki i obcinałam sobie włosy 😉 Pewnie takich grzechów miałam więcej, jednak w chwili obecnej więcej ich nie pamiętam 😉

    1. Też kiedyś obcięłam sobie i bratu grzywki i schowałam je pod dywan, by rodzice nie widzieli. Oczywiście znaleźli i długo te złote loczki przechowywali z sentymentem. 🙂

  5. Jak myślę o moim dzieciństwie to dochodzę do wniosku, że ja chyba gdzieś klasowałam się na pograniczu upośledzenia umysłowego – bo nie rozrabiałam w ten sposób, nie robiłam głupich rzeczy, które teraz mogły być anegdotami, grzeczna i posuszna do znudzenia.
    No cóż, pewnie następne pokolenie, Młoda, to nadrobi… 😉

    1. Może tak być, bo moje Jajo było grzeczne. Śpiewało, mówiło wierszyki i w zasadzie nigdy nie rozrabiało, więc może to tak jest co drugie pokolenie. 🙂 😉 Córka mojego brata też jest bardzo grzeczna. 🙂

  6. hahahahah popłakałam sie.
    Z tej psiej kupy 😀

    Też miałam przygody z elektrycznością.. ile razy mnie popieściło.
    Np. kiedyś brat odciął od starego tv tyczkę bo potrzebował…
    a ja chciałam sobie pograć na grze.
    Wiec uciełam kabel od starego radia.
    Byle jak “skleiłam” kable taśmą izolacyjną (tak RAZEM) i włożyłam do kontaktu… efekt podobny do Twojego 😀

  7. Ale byliście łobuziaki 🙂

    Ja z prądem i ogniem nie eksperymentowałam. Chyba się bałam, że mogę dostać od mamy lanie 🙂 No i nie mam rodzeństwa, więc nie miał mnie kto podpuszczać do złego 🙂

  8. Do elektryczności nigdy pociągu nie miałam,ale mój brat niestety tak.Ale rodzice zakupili zabezpieczenia do kontaktów i było ok.Z tego co pamiętam -to u koleżanki wszystkie gazety jakie znalazłyśmy w domu,wsadziłyśmy do zlewu razem z ziemniakami i je podpaliłyśmy.Zachciało nam się po prostu ziemniaczków z ogniska :).I zawsze z jej okna rzucałyśmy w ludzi jajkami.Na szczęście zawsze chybiłyśmy haha,bo inaczej niezła byłaby draka.

  9. Ale byliście rozrabiaki! Dawniej były takie maszynki do gotowania ze spiralą na wierzchu…i farelki do grzania pomieszczeń, i suszarka mogła wybuchnąć w dłoniach…. masakra! Oj, trzeba było zachować ostrożność!!! Dobrze, że dziś są różne zabezpieczenia…ale czy wszyscy je mają?

  10. Widocznie mnie Nobel nigdy nie groził, bo tego typu eksperymenty mnie nie pociągały. W sumie grzeczne i nudne dziecko ze mnie było. Nadrobiłam za to jako nastolatka z nawiązką 🙂 .

  11. Kiedy pracowwałem na Politechnice kolega , który prowadził laboratorium opowiadał o studentce, która najpier długo szukała odpowiedniego przewodu a potem układ zmontowany na stole laboratoryjnym połączyła z podłogą wsadzając ó przewód między klepki. Na pytanie dlaczego tak zrobiła pokazała na schemacie uziemnienie

  12. Najbardziej utkwil mi w pamięci dzień z mojego dzięcięciego rozrabiania, kiedy razem z kuzynem stalismy przy bloku, na dachu którego panowie dekarze smołowali papę. Ciepła smoła skapywała na chodnik. No i wtedy został ogłoszony konkurs – komu więcej na głowę nakapie :O . O efektach i radości naszych matek pisac już nie będę. Ale pamiętam, że był to dzień zmiany fryzury 🙂

    1. Ha, ha 🙂 A z językiem też takie eksperymenty robiliśmy. 🙂 🙂 Miałam widelec w nodze (wbity przez brata – niechcący oczywiście). 🙂

  13. Byłam rozrabiaka jak się patrzy. Do dzisiaj mam na nogach siedem blizn, a każda z innej eskapady. Mama włosy z głowy rwała, ale teraz to za to jestem spokojna jak myszka.
    Pocieszę, bo wczoraj czytałam, że bracia Kaczyńscy jak narywali swój film o księżycu dali się w kość nie tylko swojej mamie, ale i całej ekipie kręcącej ha ha

    Pozdrawiam 🙂

  14. My nie eksperymentowaliśmy ale za to strasznie darliśmy koty. Kiedyś w złości rzuciłam brata na łóżko. Nie przewidziałam jednak, że za mocno a za łóżkiem był grzejnik i trzeba było jechać na zszywanie głowy. Córka mojej przyjaciółki wygryzła guziki z pilota od telewizora, żeby go wyłączać nie można było.

  15. Ja byłam bardzo grzeczna, ale miałam pecha i ciągle mi się coś przytrafiało. Ja tylko chciałam coś sprawdzić, coś zobaczyć, coś przetestować i miałam pecha, bo to źle się kończyło, ale to nie była moja wina, tylko tego pecha co mnie prześladował. Oj miała mama do mnie cierpliwość miała. A ja przecież chciałam być grzeczna, samo tak wychodziło. Pozdrawiam

  16. Dobrze, że w kociewskich lasach nie ma trującego bluszczu, bo w dzieciństwie sporą część lata spędzałam właśnie tam… A jeśli chodzi o doświadczenia z prądem, to próbowałam dotknąć pastucha pod napięciem – nigdy więcej mnie nie skusiło.

  17. Prąd nie, co to to nie. Prądu panicznie się zawsze bałam, mama mi ten lęk zaszczepiła, tak skutecznie, że i na stare lata zostało. No, ale ogień – to był żywioł, który pociągał. Eksperymentowałam sprawdzając palność różnych substancji, a że byłam dzieckiem z “kluczem na szyi” (rodzice pracujący do późnych godzin) to i czas miałam nieograniczony i swobodę ruchów. Dowiedziałam się więc, że wata owszem pali się, kiepsko, ale pali i niestety strasznie śmierdzi, mieszkania nie mogłam wywietrzyć, a taka np Przemysławka płonie przepięknym niebieskim płomieniem… Trzeba przyznać, że eksperymenty przeprowadzałam w łazience w wielkiej żelaznej popielnicy. Kiedy sobie teraz pomyślę co się mogło stać… Dobrze, że Młoda nie ma takich zapędów 😉

    Natomiast mój mąż opowiada jak to z bratem, gdy mieli tak po kilka lat zostawali sami tylko na pół godziny, między wyjściem do pracy jednego rodzica a przyjściem drugiego. I przez te pół godziny potrafili zrobić prawdziwe trzęsienie domu. I tak np. wysmarowali się butaprenem nie zapominając o rzeczach wokół i sklejeni razem jak bracia syjamscy darli się w niebogłosy. Innym razem bawili się w zimę a że śniegu jakoś latem brakło – rozpruli poduszki i pierzyny, pierze fruwało, osiadało na meblach, podłodze, ubraniach no i na samych zainteresowanych, prawdziwą zamieć śnieżną na biedny dom sprowadzili. Pomysły mieli na każdy dzień, o takich drobnostkach jak wysmarowanie się czarną pastą do butów nawet nie ma co wspominać 😉
    Ja jakoś byłam spokojniejsza 😉 Jedynaczka piromanka 😀

  18. Gdy miałam 5 lat, moja starsza siostra wyjechała do szkoły z internatem i odtąd zaczęła być w domu gościem weekendowym.
    Gdy wyszła za mąż i urodziła dziecko, była jeszcze studentką.Przyjechała do domu, odciągnęła mleko dla dziecka na wieczorne karmienie i wymknęli się z mężem na imprezkę.A ja pryzczłapałam wieczorem do kuchni i bezmyślnie pociągnęłam solidnego łyka z mojego ulubionego kubeczka. Pomyślałam,że mama przygotowała to mleko do naleśników na kolację. Mleko smakowało dziwnie…słodko. Gdy mama weszła do kuchni, wybuch śmiechu był nieunikniony._Smakowało ci mleczko prosto od siostry?-zażartowała mama. -Tylko co ja dam dziecku teraz ? …. Było wesoło….

  19. O tak zabawy z prądem to moja domena, każdą zabawkę na baterie testowałem podłączając drucikami do gniazdka, zawsze temu towarzyszyła myśl “Kurczę przecież bateria to mały prąd, więc po podłączeniu do gniazdka samochodzik powinien jeździć szybciej” nawet nie zdawałem sobie sprawy że jakby nawet to było możliwe to daleko by nie pojechał bo druciki są za krótkie, nie mówiąc już o wysadzonych korkach. Pewnego razu to wylądowałbym już naprawdę w szpitalu, po podłączeniu samochodzika do gniazdka miałem ciemność przed oczami przez jakiś czas i nic nie słyszałem (tak jakby granat hukowy wybuchłby koło mnie), to były piękne czasy. Również jest taka prawda jak samemu się nie dowiesz i nie wypróbujesz to nie będziesz wiedział a wyjaśnienia ojca wydawały się wtedy tylko pustymi słowami by czegoś nie zepsuć:)

  20. Prąd? Już wiem,że kopie. Jak miałam 8 lat to wsadziłam wsuwki do gniazdka. Oj odrzuciło mnie i nieźle “połaskotało”. Rodziców nie było w domu,a ja do wieczora dochodziłam do siebie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *