“Kulisy” spotkania blogerów

W miniony weekend do Sopotu zjechało stado blogerów. Pojechałam i ja. Zaproszono 150 osób na See Bloggers. Ucieszyłam się, że będę mogła uczestniczyć w prelekcjach i dowiem się, jak zmonetyzować blog, czyli przerobić go w monetki. Stwierdzam jednak, że monetek żadnych na horyzoncie nie widać.

sopot 001

Pojechałam w niedzielę, choć w sobotę już się mocno integrowano.

sopot 002

Na początek dostałam sympatyczne gadżety, a z kubka z moim imieniem dowiedziałam się, że beze mnie „See Bloggers byłby gópji”. Chciałam sprawdzić, czy nie kłamią i po kilku godzinach prelekcji „uciekłam” do Gdyni podziwiać żaglowce. Podejrzewam jednak, że nikt mojego zniknięcia nie zauważył, nie płakał po mnie, a i „gópjo” nikomu nie było.

sopot 043

Jedno mnie zaskoczyło i prawie spowodowało łezkę w oku. Każdy z blogerów dostał odręcznie napisany (spersonalizowany) list! Zadano sobie trudu, by zajrzeć na wszystkie blogi, poznać blogerów i jeszcze napisać do nich listy! Odręcznie! To budzi szacunek. List zostawiam na pamiątkę, bo to cenny „dokument”.

Po gadżetach dano nam Red Bulla, co zrozumiałe, bo trzeba było wysiedzieć kilka godzin z tyłkiem przyklejonym do krzesełka. Rozglądałam się wokół, czy choć jedna znajoma gęba się gdzieś pojawi i nic. Ponadto jak tak popatrzyłam na sąsiadów z boku, za mną, przede mną, to jedno pytanie mi się cisnęło na usta: „Co ja tutaj robię?” Nie, narzekać nie będę, bo to byłoby tak, jakby dupę mi miodem smarowano, a ja bym stękała, że muchy do niej lecą. Organizacja była naprawdę świetna. Sponsorzy dopisali. Jednak gdyby chociaż jedna znajoma gęba była! A tu nic. W dodatku czułam się tam lekko starawo, na palcach jednej ręki chyba można by policzyć „geriatrię”. Gdybym miała z dwie dyszki na karku, poszła na imprezkę, zintegrowała się, to pewnie inaczej by to wyglądało, a tak to przyjechał człowiek i takie jakieś nieodparte miał wrażenie, że jakby nie pasował.

Atmosfera bardzo wyluzowana, co też widać było w prelekcjach. Jednak ja lubię konkrety, bez owijania w bawełnę, jacy to blogerzy są super, bo relacje, bo emocje itp.  Przyznać też trzeba, że prelegenci przygotowani byli, prezentacje mieli, nie przynudzali, choć smutne było, że jeden z prowadzących stwierdził, że liczących się blogerów to on raczej tu nie widzi. A firmy, wiadomo, to bardzo chętnie z blogerami by współpracowały, pod warunkiem że byliby oni „Piecykiem”. 😉

Ale nie ma złego, co by na dobre nie wyszło. Pojechałam, zobaczyłam. Okazuje się, że bloger to też człowiek. A i jedno też już wiem, jak rozpoznać „szafiarki”!

Moje „wagary” były też bardzo udane, bo żaglowce w Gdyni cudne, a i Mężuś mnie na sushi w nagrodę zabrał.

sopot 033

0 myśli na ““Kulisy” spotkania blogerów”

  1. Ktoś cierpi na megalomanię 🙂 A tak naprawdę nie zna blogosfery i tego, co się w niej naprawdę dzieje 🙂 Też bym, Aniu, zwiała 🙂
    No, ten złoty pył przydałby się każdemu blogerowi, coby to pisanie zyskało wymiar nie tylko prestiżowy 🙂

  2. Oj, Kurko, coś czuję, że Ci ta impreza nie przypadła do gustu. Poczekaj. W przyszłym roku urządzimy zlot w Malborku! 😀 Takie prelekcje sobie urządzimy i tak się zintegrujemy, że miasto trzeba będzie odbudować. 😉

  3. Czasem czujemy się nie na miejscu, ja też tak niekiedy mam i chcę uciekać byle jak najdalej, ale boję się, że wtedy wyjdę na większą “dziwaczkę” 😉

    1. W tamtym roku mnie nie zakwalifikowali, mąż zachęca, żeby w tym się zgłosić i pojechać, zobaczyć, posłuchać itp. Myślę, że pewnie się zgłoszę, ale czy mnie zaproszą, nie mam pojęcia. 🙂

  4. Najbardziej mi sie podobały żaglowce. Takie zloty konferencje mało mnie kręcą , bo wiem z doświadczenia ,że w 99% chodzi o to aby się nawalić, a prelegentów się nie słucha

  5. Średnio co kilka miesięcy otrzymuję propozycję uruchomienia bloga w celach pijarowskich, nie ma jednak czasu na takie zabawy. Mam jednak prawie zakończony artykuł p.t. “Zarabianie w sieci”, który wrzucę na jeden ze swoich blogów. Dlatego ciekawi mnie jak Ty podchodzisz do określenia, które przytaczasz z opisywanego spotkania – kto to jest “liczący się bloger”?
    Dla ułatwienia podaję, że np. na Onecie blogowali: a/ znani doradcy prezydentów amerykańskich, b/ najwyżsi rangą politycy polscy (od prezydentów, poprzez premierów, aż do ministrów), c/ dziennikarze z t.zw. “top listy “, d/ liderzy polskiej listy najbogatszych ludzi w Polsce, e/ blogerzy z najwyższym rankingiem wejść (ok. mln./mies.), f/ blogerzy na których notki czeka się z wypiekami na twarzy, g/ blogerzy regularnie zdobywający najwyższe nagrody blogowe, h/ blogerzy uwikłani w znane konflikty z władzą (np. Kataryna), itd., itd.,

    1. Podaj później link do notki, bo temat dla mnie ciekawy. A liczący się bloger wg mnie to na pewno nie ten, którego przelicza się na ilość zrobionych kampanii reklamowych. Zresztą nie wiem, czy też ilość UU ma tu znaczenie, bo są przecież blogi o takiej tematyce, która nie przyciąga milionów, dlatego ja w ogóle jestem przeciwniczką takiego klasyfikowania ludzi, bo jaką miarkę przyłożyć?

      1. W 2008 r. – po kilku sprawach sądowych i samobójstwach blogerów – na Onecie miarka miała być prosta: Wejścia kwalifikowane. Według projektu, w którym też jakoś uczestniczyłem, wejścia/odsłony miały zróżnicowaną siłę, np.: a/ nie liczyły się w danym dniu powtórne wejścia z tego samego IP, i wejścia autora, b/ po 1 punkcie zaliczano wejścia stałych czytelników, c/ komentatorom zaliczano 3p., d/ blogi były waluowane, a więc wejście z bloga o niższej wartości mogło dać 5p, a wejście np. Piecyka 5.000p, e/ jeszcze wyżej zaliczano progresywność blogów (zdobywanie czytelników), f/ najwyżej liczyła się publikacja notki na czołowych stronach Onetu, czy nawet GW. Ten prawie idealny system spowodował jednak takie przetasowania w rankingach, że administratorzy, właściciele portali, i reklamodawcy szybko z tego zrezygnowali. Nie było bowiem żadnej kontroli nad blogerami. No i teraz mamy to co mamy, czyli epokę kamienia łupanego, gdzie ręcznie i pod stolikiem reguluje się ruch na blogowisku. Chyba sama przekonałaś się o tym uczestnicząc w ostatnim konkursie blogowym.

        1. Konkurs to faktycznie jedna wielka pomyłka. Ale ja w ogóle nie rozumiem rankingów blogów, kto? wg jakich kryteriów? po co? Przy takiej liczbie blogów i platform nie da się zrobić obiektywnego zestawienia. To po prostu niemożliwe. Nie, to nie na moją rozczochraną. 🙂

          1. Projekt dlatego właśnie odpadł, bo ranking był tworzony automatycznie przez aplikację. Administratorzy tylko mogli patrzyć jak kasa śmiga bez ich udziału pomiędzy blogerami a reklamodawcami..

        2. A publikacja notki na czołowych stronach Onetu to tylko wstyd przynosiła, że człowiek znalazł się pośród tych promowanych przez Onet notek na żenująco niskim poziomie i w dodatku z rażącymi błędami. Początkowo byłam w “ochach i achach”, ale po pewnym czasie, ilekroć moja notka znalazła się na głównej stronie, usuwałam ją. Poza tym ogromnie uciążliwe było oblężenie – po kilka tysięcy ludzi online blokowało bloga.

          1. Kiedyś tylko patrzyłem jak u alElli – chyba notka o kapcach domowych – licznik nakręcał kilkaset tysięcy wejść w ciągu jednego dnia (Onet oddawał blogerowi ok. 10% wejść), i zastanawiałem się co by to było u mnie. I po paru dniach było … Zamknąłem wtedy komentarze na kilka miesięcy.

          2. tak i całe zbiegowisko trolli blogowych się do człowieka ściągało po takim byciu na głównej

            … że o “robotach” nie wspomnę

            kosmos 🙂

          3. A Onet tak zmanipulowywał fragment notki i tytuł, żeby przyciagał uwagę. Pokazany fragment na głównej stronie wcale nie oddawał sensu i przesłania notki, a trolle komentowały na podstawie tego zmanipulowanego fragmentu. To była mordęga, nie blogowanie. Ileż ja się z Onetem nawalczyłam. Żyć się nie chciało z tej “sławy” i popularności ,nie tylko blogować.

            .

          4. To zależało od tego, czy z Onetem było “buzi, buzi”, czy “be”. Jak dołożyłem pewnej dziennikarce “blądynce” to przez miesiąc ani ja, ani nikt inny nie mógł się dostać na mojego bloga. Ale rozumiem chłopaków, musieli kręcić licznikami tych co byli “buzi, buzi”.

          5. To już wiem, dlaczego miliona się nie dorobiłam, hi, hi…
            Jak sam zauważyłeś – po kilkaset tysięcy odwiedzin dziennie, to milion, jak nic przez lata zarobiłam.

  6. 🙂 … Kura, musisz się jeszcze polansować… bo wiesz jedna książka (nie przedruk bloga tylko opowiadania) i druga w toku… to za mało kochana – za mało bluzgasz, za mało się lansujesz, w telewizji prawie nie bywasz, ogólnie normalnie to… proponuję zrzutkę dla tego prelegenta na okulary, lub na mocniejsze okulary, lub… na podręcznik dobrego wychowania, bo gdyby nawet faktycznie na sali nikogo nie było takiego, to nie powód aby język o tym strzępić… zwłaszcza, gdy grono było tak wyselekcjonowane precyzyjnie i tak dopieszczone 🙂

    czy na więcej fotek żaglowców możemy liczyć? 🙂

      1. … hm… chyba muszę wykorzystać własnego osobistego syna, który posiada konto na FB… bo wybacz – ale nawet Ty mnie nie przekonasz do tego abym tam dołączyła 😛

  7. Ja bym ewentualnie, do tego Malborka się pisała, ale nie wiem czy mogę? Co wy na to doświadczeni blogerki i blogerzy? Pozdrawiam cały wirtualny blogerski świat mocno zakorzeniony w rzeczywistości! 😉

  8. A po czym te szafiarki poznać? Po kubku ze starbunia czy jak? 😉
    Dobrze, że ja sobie stukam w te klawisze bez oczekiwań, ba nawet nie chce oczekiwać 😉 Ja jestem tym aspołeczny, takie kampanie i “sława’ strasznie by mnie ograniczały i poniekąd do pracy nad blogiem zmuszały. A zmuszania jakiegokolwiek się nie nienawidzę 😉 Konferencji z dupką uwięzioną w krzesełku też. Żaglowce rullez !

    1. Po pierwsze wygląd mucha nie siada. Stylizacje takie, że ho, ho. A ponadto słyszałam, jak jedna drugiej opowiadała, kto ją maluje i jak jej piękno wydobywa, jak to w Paryżu było itp. No, szafiarki jak nic. 😉 🙂 Oczywiście mogę się mylić. 🙂

  9. Może one tak jak moja była wredna sąsiadka i koleżanka z dziecięctwa są z tych co jak idą wyrzucać śmiecie, to w pełnym makijażu;) To dopiero ogranicza wolność jednostki. Hehehe 😉

        1. To nie tylko o zsyp chodzi. Jakieś takie perwersyjne zwyczaje panowały w mojej rodzinie, że np. otwierając drzwi listonoszowi (albo innemu przypadkowemu przybyszowi) starano się wcześniej chociażby zmienić te poczciwe kapcie domowe na obuwie “po domu”. Nie wymagałem od żony, aby w domu chodziła w szpilkach (chociaż był też taki okres, gdy któreś z nas prowadziło praktykę domową), ale jakieś elegantsze od kapci balerynki umożliwiające szybkie ubranie, nie powinny być przeszkodą. Do tego – aby np. odróżnić się od tv rodziny Kiepskich – nie do pomyślenia było otwieranie drzwi j.w. w papilotach, piżamie, z napoczętym makijażem, itd. Na szczęście oboje już nie prowadzimy działalności zarobkowej w domu, a komórki pozwalają zaanonsować każdą wizytę.

          1. No, to ja bym się Anzai na Twoją żonę nijak nie nadawała. Śpię sobie w samej bieliźnie, ktoś dzwoni do drzwi (to było rano, ja śpię do południa), Dzieć Młodszy, który ma w zwyczaju latać na golasa po mieszkaniu (mam nadzieję, że z czasem minie mu ten zwyczaj) otwiera drzwi… No to szybko zakładam to, co pod ręką czyli krótkie spodenki i jakiś domowy t-shirt (chyba ze spranym Patisonem ze Zmierzchu), spinam włosy czym się da i idę pytać Pana w jakim celu do mnie zawitał… Aż miło, że to nie opieka społeczna była 😉

          2. Zdarza się, że ktoś jest chory, albo odsypia noc, wtedy niechlujny strój (np. szlafrok i jakieś kapcie, byle nie dziurawe) jest usprawiedliwiony. Ten wielopokoleniowy zwyczaj w moim domu wynikał głównie z chęci poszanowania każdego gościa. Może teraz nie jest on praktyczny, gdy nawet ministry publicznie chodzą w majtkach (krótkich spodenkach), ale lepiej starać się niż olewać – tak myślę.
            Ja też często śpię i ganiam po chałupie na golasa, ale drzwi wtedy nie otwieram, no chyba, że ktoś upierdliwy jest, to wtedy ma to co chciał.

  10. Podziwiałam żaglowce, spacerowałam po słonecznej, pięknej Gdyni i oglądałam cudowne pokazy uliczne .No, nie przesadzaj Aniu z tą swoją geriatrią:) A na spotkanie blogerów- może się kiedyś wybiorę! Pozdrawiam.

  11. W ogóle nie rozumiem o co chodzi z tymi rankingami, licznikami wizyt, itp., pewnie dlatego, że jestem wśród Was najmłodsza stażem i pewnie najstarsza wiekiem. Ale jedno do mnie dociera: spotkania blogerów. Nie te oficjalne, ale takie domowe, gdzie możnaby było poznać ludzi, z którymi wymienia się zgodne myśli na blogu. To nie jest w końcu całkiem anonimowe medium, im dłużej piszemy i komentujemy, tym bardziej wchodzimy sobie nawzajem w prywatne domeny.

  12. A ja Cię nie rozumiem. Na żagle i na sushi to można zawsze, a ilu blogerów marzyłoby żeby na taką konferencję zostać zaproszonym i wziąć w niej udział… A Ty co? Gadżety zwinęłaś po czym się zwinęłaś oglądać statki z rozwiniętymi żaglami i zażerać się sushi. No fstyd, normalnie fstyd przynosisz blogosferze…
    A tak szczerze, to ja bym się ani na konferencję ani na sushi ani na żagle nie skusiła. Ale gdybym już była w Gdyni to po prostu posiedziałabym gdzieś i na morze popatrzyła, szumu fal posłuchała.

    1. Ponad pół dnia na prelekcjach wytrzymałam, więc byłam dzielna. 🙂 A posiedzieć nad morzem też przyjemnie, chyba dzisiaj sobie właśnie to zrobię. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *