Ugotowany mózg

Wczoraj mózg mi się ugotował. Widział ktoś ugotowany móżdżek?

Tak się chwilę zawahałam, bo przecież jak byłam dzieckiem, to mama czasami robiła na obiad móżdżek (czytaj: szarą breję), którą kazała nam jeść, bo niby mądrości nam od tego przybędzie (i witamin). mozgA my z bratem z minami nietęgimi pałaszowaliśmy, patrząc na siebie ze zdziwieniem, że to tylko tak źle wygląda, a w smaku jest całkiem całkiem. No, dzięki temu rozumek się powiększał. Co tam książki i nauka, jak mamusia móżdżkiem nas karmiła. Teraz nie wiem, czy bym się odważyła to spróbować, bo wygląd to miało mało ciekawy, ale wspominam to jako coś smacznego, z jajkiem chyba.

Tak pisząc te słowa, przypominam sobie też od razu kolejne ohydztwo, którym mamusia nas karmiła. Czernina. Oj, to do gęby wzięłam, bo mama kazała, ale na jednej łyżce się skończyło. Nie dałam rady. I mamusia więcej mi czarnej polewki nie podawała. Ale zawsze do tej zupy robiła szare kluski, takie kładzione łyżką do wody. To było pyszne! Mężuś mi dawno temu też takie przyrządził. Niebo w gębie.

W zasadzie ten wpis nie miał być kulinarny, ale jak mam ugotowany mózg, to nie oczekujcie zbyt wiele. Ponadto chyba jestem głodna. A śniadania i obiadu ni chu chu. W lodówce niedźwiedź mieszka, więc nie można jej otwierać, coby biedaka nie obudzić. Mężuś na szkoleniu, Jajo na kursie, więc zapasy niezrobione, bo i po co. Taka mi się szkolona rodzinka trafiła. A człowiek siedzi tu sam o suchym pysku.

Zwoje mózgowe mi się przegrzały. Nie dość, że upał, to jeszcze mam ciekawe zlecenie, więc siedzę i dłubię te literki, składam, obrabiam, formatuję, układam jak należy. A przy okazji cieszę się jak głupek, bo w In Design to robię i przy okazji trenuję i podziwiam, jakie super możliwości ma ten program. No, ale co jak co, mózg ugotowany.

I tak przy okazji zagadam do Was. Macie jakąś listę potraw, których do gęby nie weźmiecie? Takich, wiecie, fuj, co się źle kojarzą, źle wyglądają, źle smakują itp.

110 myśli na “Ugotowany mózg”

  1. Móżdżek jadłam jako dziecko i wspominam ten smak cos jak jajecznicę z grzybami. Wtedy mi smakowało, dziś bym nie tknęła. Jadłam też krowie wymię, przyrządzane jak kotlety schabowe. Najczęściej smakowało tragicznie. Krowi cyc. Samo w sobie brzmi to odrzucająco. Ale nie było zmiłuj- zjeść trzeba było. Inaczej było z wątróbką wieprzową – podczas przygotowań wraz z rodzeństwem ustawiałam się kolejce do skonsumowania paru kawałków surowej (!) wątróbki. Dziś bym takowej nie tknęła. Za to zawsze paskudztwem dla mnie był, jest i będzie szpinak. Bleee.

    1. wątróbke surową też jadłyśmy z siostrą,podobno na krwinki czerwone dobra. czemu ja to jeść musiałam, nie wiem, bo zawsze morfologię miałam jak zdrowy dorodny mężczyzna

    2. Jak byłem dzieckiem wychowywałem sie na wsi.Pamietam bardzo dokładnie jak jadłem mózg
      chyba kurzy lub kaczy.Główkę (ugotowaną) rozłupywałem nożem i wyjadałem to co było środku.Robiłem tak bo dorosli tez tak robili.moje dzieci nie wierzą w moje opowieści.Ja wiem ,że tak było bo przecież sam to robiłem może miałem wtedy 5-6 lat.Czy ktoś z Was ma takie wspomnienia?

      1. O rany! Nieźle, ja jadłam tylko wieprzowy mózg z jajkiem, to moja mama robiła, gdy byłam mała. NIe słyszałam, by jeść kurzą lub kaczą główkę.

  2. Też mi się wczoraj mózg gotował. W ogóle cała się gotowałam.
    Nie ruszę kaszy manny. Never! Mama mnie tym katowała, polewała sokiem malinowym dla smaku i ja tylko ten sok jadłam. I ośmiornicy nie ruszę również. Zamówiłam sobie kiedyś pizzę z owocami morza i jak zobaczyłam te ośmiorniczki, to je delikatnie na bok, jakieś inne paciaje na bok i została mi pizza z tuńczykiem. Pyszna była. Polecam 🙂

    1. Mój tatuś był zawsze specjalistą od kaszy manny. Jak ugotował (a miał swoje sposoby), to nikt się nie oparł. Pychota. 🙂 🙂

    2. owoce morza tylko wyglądają odpychająco, czasem dlatego,ze dostajemy całe stworzenie na talerz, albo jego wyraźną część, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni, no bo szukać w kotlecie podobieństwa do świni czy kurczaka? Ale pyszne są. Jeżeli je się w miejscu gdzie wiadomo, że świeże to polecam przełamać się i spróbować. Dobrze przyrządzona ośmiorniczka nie będzie gumiasta, a prawidłowo podane kalmary będą miały zdjętą błonkę… a najlepsze jest to, że owoce morza to kiedyś był pokarm najbiedniejszych, którzy chodząc nad brzegiem morza łapali to co z niego wyszło, oby coś na ząb mieć, a teraz rarytasy

  3. Aniu popraw te moje literówki, taki mam gupi słownik w telefonie. Mannej nie marnej, katowała nie kątowa, ciągle nie ładnie. Dziękuję

  4. Przemyślałam i wychodzi na to, że nie mam. Jeszcze parę lat temu w tym miejscu pojawiałyby się szpinak, brukselka i krewetki, ale to już przeszłość. Pierwszy skapitulował szpinak. Co więcej, niemal od razu został jadłospisowym championem. Potem przyszedł czas na brukselkę. Na liście przebojów jej nie znajdziesz, ale… Krewetki trzymały się mocno. Miały czym. 🙂 Jednak i ich opór został złamany. Więc nie ma nic. Czerniny nigdy nie jadłam, ale pewnie bym spróbowała. Ja raczej z tych bohaterów kulinarnych. 😉

    1. Brukselka jakoś mnie nie przekonuje. Nie wiem, może nie jadłam nigdy dobrze przyrządzonej, taka jakaś w smaku gorzkawa chyba była. Kiedyś widziałam, jak ktoś tłumaczył, jak ją gotować, ale nie pamiętam i w sumie chyba nie mam ochoty eksperymentować. 🙂

      1. W dzieciństwie znałam tylko brukselkę mrożoną. Początkowo uwielbiałam, później się tego jeść nie dało. Matka podejrzewała, że to kwestia mrożenia – czyli najprawdopodobniej była rozmrażana a potem zamrażana ponownie. Teraz jeśli kupuję to tylko świeżą. Małżonek lubi, a to zdrowe, więc w sezonie go tym karmię. Dzieciaki takoż. I nawet siebie 😉

        1. Słyszałam, że to zdrowe, ale i tak nie bardzo czuję się przekonana. Jednak gdy będę mieć okazję spróbować takiej przyrządzonej fachowo, nie omieszkam. 🙂

      1. Pizza? Przecież jest taka pyszna. Tak mi jej tu brakuje 😉 tu jakieś są.ale nie umiem po turecku przez telefon zamówić :))

        Ja tego co ty napisałaś Aniu w poście. I owocowych zup nie lubie. I wszelkich potraw z kaczek. Podobno robaki są w modzie. I zdrowe. Przyprawy z mrówek itd. Prędzej to zjem niż móżdżek,czarninę i kaszankę

        1. To rzadkość, żeby makaronów i pizzy nie lubić. W sumie za pizzą też jakoś szczególnie nie przepadam, ale od czasu do czasu by się z przyjemnością zjadło (gdyby się mogło oczywiście). 🙂

          1. Nie kupiłabym. Prędzej sama jakiś upiekę (pewnie z FiKowego przepisu) niż kupię gotowy. No, ale ja (na razie) bezgluta nie muszę, więc mogę eksperymentować. Zresztą jakaś pizza bezglutowa też jest u FiKa.

          2. Z reguły piekłam, ale tera w te upały, to odpadam. Cierpię, jak muszę upiec ciasto, a to akurat sezon na gości. 🙂

  5. Moja mama robiła móżdżek-z cebulą i jajkami.Choć wyglądem odstręczał-w smaku był dobry.Pożeram prawie wszystko-owoce morza,kaszanki,golonki szpinak-i dupsko mi rośnie.Na obecną chwilę nie mogę sobie przypomnieć czego nie lubię.Serio! 🙂 O!Nie przepadam za słodyczami-i to chyba tylko tyle 🙂

  6. In Design… Aż sobie z ciekawości wygooglam i popatrzę, co potrafi ten program i co ułatwia, bo ja tam swoje wszystkie opowiadania w Wordzie zachowuję, Ale cóż, to w zasadzie tylko dla mnie póki co no i od czasu do czasu Internautów, hehe.

    A co do jedzenia… Obie potrawy, o których wspomniałaś, tak fatalnie brzmią, że chyba za nic bym nie tknął… ;).

          1. Tak, pamiętam. Wtedy to było pycha. Mój kolega zajadał chleb z truskawkami (uwielbiam truskawki, ale na Boga, nie z chlebem).

  7. Witaj. Móżdżek jadłam dawno, kiedyś myślałam że tego nie zjem ale jak zjadłam dopiero poinformowano mnie jaka to potrawa. Wiele zależy od przygotowania. Kiedyś nie cierpiałam ozorków a koleżanka podała w sosie chrzanowym to i dokładkę poprosiłam 😉
    Podobno człowiekowi smak zmienia się co ileś tam lat. W dzieciństwie nie cierpiałam kaszy gryczanej, mama dla mnie specjalnie gotowała ziemniaki. Kiedyś nie miała ziemniaków, zaproponowała chleb lub kaszę. Zdecydowałam się na kaszę, cóż jakoś się przemęczę. Jakie było zdziwienie mamy kiedy za kilka dni zaproponowałam żeby zrobiła kaszę gryczaną. Więc raczej nie mam potraw których nie lubię. Wychodzę z założenia że najpierw trzeba spróbować potrawę a dopiero mówić czy się czegoś nie lubi. Pozdrawiam

  8. Witam 🙂 Nie lubię owoców morza, serów z pleśnią i bobu. Będąc w ciąży z maleńkim jadłam ryby pierwszy raz w życiu. Z radości mi pupy nie urywało ale nie było to najgorsze. Ojciec mnie chyba do wszelkich rybnych potraw obrzydził wciskając we mnie codziennie dużą łyżkę tranu. Jak sobie przypomnę tą torturę to już mnie trzęsie…. Bleee

    1. Też we mnie mama wciskała tran. Zapomniałam o tym. Teraz to jest luksus, bo można go kupić w tabletkach, a kiedyś to łycha i heja. 😉 🙂

  9. Jak byłam mała to nie cierpiałam wątróbki wieprzowej. Błeeee. Nie cierpiałam też pozostałego jedzenia, ale przyjmowałam je, bo matka kazali. Do tej pory nie lubię jedzenia, chociaż po czterdziestu latach zaczęłam odczuwać głód. Czego przez wiele wiele lat, jako zahartowana anorektyczna, nie znałam.
    Dzisiaj mam potrawy które przyswajam mniej lub bardziej chętnie, ale nie stanowi już jedzenie takiego bólu, jaki sprawiało przez lata 🙂 A jedno z najtrudniejszych pytań, na jakie zawsze trudno mi odpowiedzieć, brzmi następująco: Co lubisz jeść ? 🙂

  10. Wiem, że to co napiszę w najlepszym wypadku zostanie odebrane jako herezja, ale taka jest prawda. Nasze gusta smakowe odziedziczyliśmy bowiem po przodkach i w drodze ewolucji. Gdyby nie to, że człowiek jest istotą nieodgadnioną, i zawsze poszukuje czegoś nowego, to prawdopodobnie – tak jak inne zwierzęta – jedlibyśmy ze smakiem własne odchody. Wśród znajomych mam nieliczne przypadki, gdzie dzieci zajadają się surówkami, a od batonów czekoladowych wolą surowe marchewki. To jest tylko kwestia wyrobienia smaku i wewnętrznej dyscypliny. Przykre, ale prawdziwe.

    P.S. Najlepszy jest mózg wyjadany z żywej młodej małpy (gł. szympansy). Chciałem załączyć linki, ale zostały wykasowane.

    1. Moje jedzą równie chętnie marchewki jak i czekoladę. Fakt, batony czekoladowe to znają słabo, ale podejrzewam, że jak im kto da marsa albo innego sickersa, to zjedzą ze smakiem, mimo iż karmię je gorzką czekoladą i raczej wytrawnymi słodyczami. To nie jest tylko kwestia wyrobienia smaku – ja mam inny gust kulinarny niż moja siostra a w jednym domu chowane byłyśmy,

      1. Też miałem na myśli marsy i snickersy, ale staram się nie reklamować.
        Ja także miałem nieco inne gusta niż moja siostra (starsza o rok), ale to była raczej chęć wyróżnienia się, sprawdzenia swojej pozycji w rodzinie, czy zwykłej przekory, co się później utrwalało. Ale z wiekiem – tak jak u Ciebie – przekonywałem się do najgorszych świństw, i myślę, że nawet czerninie bym podołał, pod warunkiem, że sam bym ją zrobił. Na razie jednak aż tak mnie nie przyparło. 😉

  11. móżdżku nie jadam i nie ruszałabym, tak jak widze jakieś ozory za szybką tudzież inne części, które powodują atak osłabiebnności 🙂
    a tak: wątróbka, brukselka ……momentalnie robię się zielona 🙂

    dla mnie dzogurt z płatkami i luz- świat jest git 🙂

  12. 1. szpinak
    2. ślimaki
    3. owoce morza (poza tuńczykiem 😉 )
    4. żabie udka
    5. tatar … bo surowe i mięso i jajo

    reszta w zasadzie może bez entuzjazmu, ale może jednak zjadalna jest

    na weekendzie będę testować ciasto drożdżowe gryczano – kukurydziane jako spód do pizzy … 🙂 dam znać jak mi pójdzie (chyba, że jednak wyląduje już w weekend w tej nowej drugiej pracy), ale kombinacja sprawdziła się nieźle w przypadku ciasta na tartę 🙂

  13. Smak się człowiekowi zmienia z wiekiem. Dawniej od zapachu smażonej ryby miałem odruchy wymiotne. Teraz juz nie, ale jst taka potrawa której bym nie zaryzykował . To szwedzki specjał o nazwie systroming. To ryba/ śledż lub inne morskie/ w puszce ale celowo zepsuta specjalnym szczepem bakterii.W sklepach to leży takie wzdęte i im bardziej wzdęta puch tym lepsze. Jak sie to otworzy to fetor jak cholera. I oni troszkę na chlebek i kieliszek wódki. Ja jakoś pas.

  14. Móżdżek to moja mama wsuwała z jajecznicą będąc ze mną w ciąży. Wolę o tym nie myśleć. 🙁
    Nie lubię wątroby wieprzowej, ale drobiową tak. Czernina nie, kaszanka tak.
    Nie znoszę lukrecji, a tutaj dzieci się nią zajadają (i nie tylko).

  15. Przede wszystkim gwoździe i kamienie no i szpinak i szparagi bo jakoś mię wyglądem nie przekonują 🙂 Szparagi takie blade ku….ski 🙂
    Witam 🙂

    1. Desper, gwoździe, a raczej te mniejsze goździki spróbuj zaparzać z kawą. Natomiast ku…ski są pyszne po zmiksowaniu, chociaż na samą myśl wszystko opada. 🙁

  16. Jedyne czego nie zjem to słonina. Mój pradziadek jadł na chlebie takie wielkie białe plastry a mnie się słodko-słono robiło i miałam odruch wymiotny na sam widom. Zaś kiedy teściowa topiła słoninę, wiesz na skwarki, to zapach czułam już przed blokiem i wymiotowałam. Z resztą na zapach topionej słoniny wymiotuję do tej pory i jak można się domyślić w ogóle jej nie używam, a kiedy ktoś, gdzieś ma wplanach zabiegi na owym kawale świni to wie, że trzeba mnie wcześniej uprzedzić (żebym nie przyszła) albo dać klęcznik (żebym mogła w spokoju wymiotować) 😉

    1. Kiedyś mój dziadek też jadł taką słoninę. Chyba ona jakoś specjalnie była wcześniej peklowana, nie wiem. Nie jadłam nigdy i też bym miała opór.

  17. Móżdżek jadałam i lubiłam… dopóki ojciec nie kupił kiedyś w ilościach hurtowych. Przejadło się. Szpinak dla odmiany był fuj jak długo znałam tylko ten z przedszkola. Jak matka zrobiła z jajem, czosnkiem i niepamiętamczymjeszcze to już zmieniłam zdanie. Teraz to cuda wianki ze szpinaku potrafię, a jak zrobię z tuńczykiem jako sos do makaronu albo farsz do naleśników to i Małżonek zje.
    Czerniny byłam ciekawa. Próbowałam dwukrotnie i nie wiem czy trzeci raz spróbuję. Raczej nie.
    Kaszanka jest dobra… jeśli jest dobra. Za to kiszka ziemniaczana to już nie dla mnie.
    Nie jem strączkowych roślin z wyjątkiem zielonego groszku, bo po nich chodzę wzdęta a przykre wonie towarzyszą mi tygodniami. Ale fasola – im większa tym bardziej lubię.
    Palonej kaszy gryczanej nie trawię, niepalona jednak – to już zdecydowanie co innego.

      1. Może nie najbardziej. ale też lubię. I od dłuższego czasu przumierzam się do jakiegoś ciasta z tej kaszy, bo Dzieciątka tego tknąć nie chcą… a to takie zdrowe.

        1. Ja lubię, ale za pierwszym razem mi nie posmakowało, później jednak poczytałam, jak ją gotować i teraz smakuje mi bardzo. Na śniadanie jem czasami płatki jęczmienne. 🙂 Też dobre.

  18. Jako dziecko nie znosiłam gołąbków oraz kalafiora – dzisiaj jedno i drugie wcinam. W sumie to jestem wszystkożerna, tylko na szpinak nieco nosem kręcę, ale też coraz mniej. I jeszcze flakczków oraz golonki nie jadam. Mój mózg też się ugotował już całkiem a to jeszcze upałów nie koniec… Pozdrawiam 🙂 .

  19. Mi raz babcia wciskala mleko z miodem I czosnkiem na przeziebienie. Uciekalam Bo Sam zapach krzyczal: “wiej ile sil w nogach”. Babcia mnie dogonila I wymusila na mnie jeden lyczek. To jej obrzygalam sciany. A smak pamietam do dzis!

  20. A mój mózg, czy to Cię pocieszy…. jest totalnie zgrillowany:)) NIe wiem w sumie,czy smaczniejszy byłby z grilla czy gotowany???? Hm….
    Oj, dawno w życiu nie miałam tak gorącego dnia!!!
    Słucham sobie blogów …. Mogę słuchac bez końca! Patrzę, jak ich przybywa, i to cieszy najmocniej:)))) Praca wre, ale w końcu najważniejsze, ze dadaje skrzydeł i cieszy! Pal sześć obiad, pal sześć kolacja-nadrobię JUTRO:)) Pozdrawiam Cię, Kuro Ugotowana, Lunka z Grilla :))))

    1. Lunko z grilla, że Ty ledwo żyjesz, to się rozumie samo przez się, ale mam nadzieję, że uda Ci się wszystko podopinać na ostatnie guziczki. 🙂

  21. Ten wpis to tak jakby do mnie trochę. Bo ja właściwie z tych typowo polskich potraw to nie lubię i nie tykam praktycznie wszystkiego oprócz pierogów i racuchów 🙂 a tak to cała lista nietykalnych od bigosu przez wątróbkę, czy inne kotlety wszelkiej maści po flaczki. Hehe taka ze mnie niepatriotka jedzeniowa!

  22. Już wczoraj weszłam do ciebie i poczytałam, ale nie zdążyłam napisać. Za to zrobiłam rachunek potraw. Chyba dziwna jestem, bo nie lubię owoców morza, a krewetki uwielbiam. Nie zjem czerniny, jem kaszankę. Nie jem zupy owocowej z makaronem, lubięmakaron i kompot osobno. Nie tknę czekoladki z nadzieniem miętowym, uwielbiam czekoladę i miętuski. Nie jadam kethupu, ale wcinam frytki ze śmietaną. Nie zjem pierogów z owocami, naleśniki z dżemem, ani chleba z cukrem lub dżemem. Nie lubię żółtego sera, no chyba, że na pizzy. Oliwki, seler, por i surowe buraki są obrzydliwe. Ale jem ćwikłę. Uwielbiam flaki, tatar, krwisty stek, bigos i bardzo ostre papryczki i gorzką kawę. Ach, nie jem słodyczy z orzechami i rodzynkami. Chyba, że to czekolada z całymi laskowymi.To chyba wszystko 😉

    1. A ja czekoladę miętową uwielbiam. Zresztą wszystko, co ma miętowy smak, wciągnę bez opamiętania. 🙂 🙂 A Twoja lista jest całkiem ciekawa. 🙂

  23. Węgorza nie wezmę. Nie huhu.
    A poza tym miałam to szczęście, ze mi mamuś same frykasy gotowała i nieba kulinarnego przychylić chciała jak umiała, bo kucharka z niej fenomenalna nie jest 😉 Zatem żadnych czarnych polewek i móżdżków. Ufff makabryczne posiłki.

    1. A węgorz pyszny, choć jak mi się zdarza go jeść, to absolutnie nie staram się wyobrażać sobie, jak w naturze wygląda. 🙂

  24. Witaj Kuro “ugotowana”, za nic w świecie nie zjem ostryg i małży fuuuj, za to krewetki uwielbiam mniam. Czerninę dostałam raz w życiu u cioci, była ohydna, zapaskudziłam korytarz i pół podwórka, a kluseczki o których wspomnialaś, nauczyła mnie robić znajoma, ja jadam je z gulaszem. Generalnie jestem prawie wszystkożerna 😉 wiem! nie zjem tez żadnych robali i innych paskudztw 6-cio i więcej noznych, i śledzi po skandynawsku na słodko. Pozdrawiam “chłodno” na te upały, gorącym sercem, dzięki , że piszesz Dorcia

    1. Dziękuję za pozdrowienia, właśnie nastał chłodek, leje, grad taki, że obawiam się o mój stolik ze szklanym blatem (na tarasie). 🙂

  25. Z owocami morza to jest tak, ze trzeba nie zwracać uwagi na wygląd i trafić tam gdzie podają dobrze przyrządzone.
    Wszystko co krwiste mnie obrzydza, tatar lubię za to 🙂
    Lubię ryby, ale węgorza odkąd się dowiedziałam, czym on się żywi, nie jem, wygląd mnie nie rusza 🙂
    W przedszkolu nas karmili raz w tygodniu taką paćką, mielili to co im zostało po zupach i nie wiem po czym jeszcze, tzn mięso z warzywami. Taką brązową paćkę z drobinkami w innych kolorach rzucali łychą na talerz. bylam niejadkiem, ale nie byłam wybredna, a tego nie byłam w stanie nawet ruszyć. Raz mnie pani zmusiła do zjedzenia. Potem wysłała na leżakowanie. Wszystko zostało pod kołderką, co zostało odkryte dopiero po godzinie, bo bałam się przyznać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *