Ciasteczka

Upiekłam z moim kochanym jajem całe stado ciasteczek. Nie licząc owsianych, o których już pisałam, powstały cytrynowe, orzechowe i korzenne. Cytrynowe i korzenne „na oko”, orzechowe wg przepisu Zagubionej. „Na oko” to znaczy pół kostki masła, jedno jajo i jedno żółtko, cukier (ok. ¾ szklanki), mąki dałam tyle, by ciasto dobrze się kleiło, nie było za miękkie i za twarde. Do tego proszek do pieczenia. Do cytrynowego dodałam startą skórkę z dwóch cytryn i sok z jednej cytryny. Do drugiego ciasta dodałam przyprawy korzennej, trochę imbiru i cynamonu, reszta składników pozostała bez zmian. Do orzechowych trafiła szklanka zmielonych orzechów. I tyle. To schłodziło się przez dwie godziny w lodówce, a potem to już zabawa. Powycinałyśmy gwiazdki, aniołki, serduszka, choinki, księżyce itp. Nie ozdabiałyśmy ich lukrem. Nam najbardziej podobają się właśnie takie, prosto z blachy, nie są wtedy też za słodkie. Kiedyś lukrowałyśmy, oblewałyśmy czekoladą, a potem wyszukiwało się tych najmniej ozdobionych. Spędziłyśmy w kuchni dobre kilka godzin, ale warto było. Nawet nie dla tych ciastek, choć na pewno są smakowite i ładnie je popakujemy w puszki, będą między innymi na prezenty, ale dla samego bycia razem. Na co dzień mamy na to mało czasu, a pieczenie to świetna okazja, by pogadać. Wtedy to moje jajo gada jak nakręcone. I dobrze. Tak ma być. Dzisiaj wyjeżdża do ojca, z nim spędzi święta, pierwsze od dobrych kilku lat. Ja mam ją na co dzień, więc niech się teraz tata nacieszy córcią. Dlatego wczoraj daliśmy jej z mężem prezent pod choinkę. Podłożyliśmy go pod drzewkiem, licząc na jej szybka reakcję. Jednak jajo było tak zajęte montowaniem jakiegoś filmu dla swojej klasy, że zauważyło chyba po godzinie. Radość była. Kupiliśmy jej perfumy „Lolita Lempicka”. Cieszyła się bardzo ku naszej radości. Ładny zapach, zawsze się jej podobał. Trochę może egoistyczny ten prezent z mojej strony, ale chciałam, żeby w końcu przestała podbierać moje perfumy. Jakie bym nie miała, to i tak to moje jajo się nimi spryskiwało. Teraz ma swoje. Pierwsze, takie „dorosłe”. Ku naszemu zaskoczeniu też dostaliśmy od niej prezenty. Mąż breloczek z Ferrari (jest fanem wyścigów Formuły 1), a ja najnowszą płytę Marii Peszek. Było bardzo świątecznie i rodzinnie.

Upiekłam wczoraj też makowca. Dzisiaj pozostanie mi do zrobienia sernik. Zrobię go chyba na spodzie orzechowym. W planie miałam jeszcze ciasto z brzoskwiniami, ale chyba na serniku się zatrzymam, bo wystarczy. A jak goście zjedzą, to zawsze po świętach można upiec świeże. Składniki są i na pewno się nie zepsują.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *