Dzieciak za barem

Temat programu telewizyjnego, do którego mnie zaproszono ostatnio, dotyczył dzieci w restauracji. I od razu, jeszcze tego samego dnia, miałam piękną „ilustrację” moich poglądów na ten temat.

Poszliśmy z Mężusiem w sobotę po południu do kawiarni (patrz: zdjęcie). To jedna z naszych ulubionych i kiedy jesteśmy w Warszawie, zawsze tam zaglądamy. Wnętrze jest bardzo przytulne, choć trochę może przypomina pub niż tradycyjną kawiarnię. Podają tam jednak genialne herbaty i lemoniady. Ja na przykład piłam, pierwszy raz w życiu, lemoniadę lawendową. Nie wiedziałam, że można takie cudo sporządzić z lawendy!

IMG_0098Siedzimy z Mężusiem. Czekamy na realizację naszego zamówienia i obserwujemy, jak barmanka co chwilę wyprasza zza kontuaru dziecko. Na oko maluch miał może 5 lat. Pomyśleliśmy, że prawdopodobnie to jej synek, że nie miała z kim go zostawić i zabrała dzieciaka do pracy. Za każdym razem, kiedy go stamtąd wypraszała, tłumaczyła, że „tutaj nie wolno wchodzić”. Głośno i wyraźnie. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że jednak to nie jej dziecko, lecz pary siedzącej niedaleko przy stoliku. Matka z ojcem zajęci byli rozmową, w ogóle praktycznie nie interesowali się swoją pociechą, która biegała z sali do sali i za kontuar. Barmanka z kelnerką miały już pianę na ustach. Widać było, że ledwo panują nad emocjami.

Kawiarnia składała się z dwóch pomieszczeń, przy wejściu znajdowały się strome schody, więc dzieciak spokojnie mógł tam poleźć, a nie za bar. I ciekawe, kto by ponosił odpowiedzialność za wypadek. Rodzice nie wykazywali żadnych oznak zainteresowania dzieciakiem. A chłopiec na przykład wpadał za bar i krzyczał:

– Tata chce płacić! Tata chce płacić!

Albo chwytał z półek różne przedmioty podtykał barmance zajętej przygotowywaniem gorącej herbaty i wołał:

– My też takie coś mamy w domu, wiesz? – A kiedy ta nie reagowała, to powtarzał głośniej – Wiesz?!

– Super – powiedziała przez zęby, a po tonie jej głosu łatwo się było domyślić, że najchętniej to by dzieciakowi kopa w dupsko zasunęła. Ledwo utrzymywała nerwy na wodzy. Co wyprosiła chłopca zza kontuaru, to on wracał niczym bumerang drugą stroną. I nie dziwię się jej zdenerwowaniu, bo w każdej chwili mogła się o dzieciaka potknąć, wylać na niego coś gorącego. Jednak rodzice chyba wyszli z założenia, że jak płacą, to wymagają i razem z kawą mają zapewnioną opiekę do dziecka. A maluch był niesforny nadzwyczaj. Kiedy w końcu rodzinka opuściła lokal, wszyscy odetchnęli z ulgą.

Oczywiście rozumiem, że czasami chce się wyjść z dzieckiem do restauracji czy kawiarni, ale, na miłość boską, obsługa nie jest zobowiązana do zajmowania się naszymi dziećmi. Inni goście tym bardziej.

0 myśli na “Dzieciak za barem”

  1. Jako mama dwóch przedszkolaków, muszę przyznać ci całkowitą rację. Przecież dziecko w tym wieku rozumie panujące zasady i rodzice powinni wytłumaczyć, że nie przeszkadza się osobom w pracy. Kelnerce, ekspedientce, pani w okienku, czy jeszcze komuś. Owszem, miło jest jak podczas korzystania z różnych usług, dziecko otwarcie i grzecznie zagada do personelu. Dzieci są bardzo ciekawe i czasem mają interesujące pytania lub spostrzeżenia. Większość ludzi wtedy reaguje uśmiechem a rodzic się cieszy, że dziecko takie otwarte. Ale czym innym jest życzliwość a czym innym przeszkadzanie w pracy. Przecież żaden dorosły nie wchodzi za bar więc dlaczego dziecko miałoby wchodzić. A rodzice pewnie popijali kawkę i rozmawiali jakie mają odważne, otwarte na ludzi i samodzielne dziecko 🙂

    1. Podejrzewam, że rodzice byli zadowoleni, że dziecko znalazło sobie zajęcie. Ale niestety przeszkadzało w pracy. O wypadek w takich sytuacjach nie trudno, więc też łatwo sobie wyobrazić, jaką aferą potem by ci rodzice robili.

  2. Ja swoje dzieci zabierałam często do kawiarni, restauracji, bo wychodziłam z założenia, że muszą się nauczyć właściwych zachowań, podobnie robię z Michaliną. Ale – no właśnie – uczę, jak należy się zachować. To, co opisałaś, jest niedopuszczalne. Swoją drogą, zazdroszczę rodzicom zimnej krwi…

    1. No, o to chodzi, że jak uczysz pewnych zachowań, to dziecko wie, gdzie są granice. A to ewidentnie nie widziało. To samo wtedy pomyślałam, że mają niesamowicie zimną krew. 🙂

  3. Rodzice odpowiadają za dziecko i obsługa powinna im o tym delikatnie przypomnieć. Nawet, jeśli istniało ryzyko utraty klientów. Pozdrawiam.

  4. Będąc w Londynie widziałam tablice z napisem koszt posiłku nie obejmuje opieki nad dzieckiem chcesz abyśmy się nim zajęły zapłać nam Nie rozumiem jak tacy ludzie chcą wychować swoje maluchy a może liczą na obcych w tej kwestii To przykre bo pokazywanie właściwych zachowań w różnych miejscach jest jedynym sposobem nauki Sama zabieram dzieci w ciekawe miejsca ale na boga to moje dzieci moje radości i moje problemy

    1. Pewnie napis pojawił się po niezbyt przyjemnych doświadczeniach z rodzicami. Ale słuszne stwierdzenie. Kelner nie jest od tego, aby zajmować się naszym dzieckiem.

  5. To co opisujesz w poście to skandal, dziwię się, że kier. baru nie zareagował.
    Natomiast w TV temacie “Dziecko w restauracji” pojawia się wiele aspektów nie wyjaśnionych. Po pierwsze, nie wiadomo w jakim wieku jest to “dziecko”, a to jest ważne, bo z reguły dzieciak do ok. 4 r.ż nie klasyfikuje swoich wspomnień i takie wizyty w restauracji ulecą mu z pamięci. Gorzej z tymi nieco starszymi, bo tutaj kłaniają się przepisy prawa o przeciwdziałaniu alkoholizmowi (zabrania się picia w obecności dzieci). Po drugie, nie widać specjalnej potrzeby, aby dziecko poza zjedzeniem posiłku z rodzicami miało przebywać w innej formie w restauracji. To dokładnie opisuje socjoblożka, z czym w całości się zgadzam.
    Nasuwa mi się jeszcze takie wspomnienie z PRL, gdzie do rachunku często dopisywano t.zw. “część artystyczną”. Klienci nie protestowali, gdy na scenie ktoś grał, albo tańczył, problem był, gdy np. doliczano za wystrój sali. Ciekawe co by było, gdyby inni klienci zażądali rabatu z uwagi na zaniżenie poziomy “części artystycznej”.

    1. Ha, ha 🙂 Obsługa mogłaby się zdziwić. Ale chyba wtedy tym rodzicom należałoby doliczyć do rachunku jakąś opłatę za poziom tej “części artystycznej”.

      1. Anzai, a z czego wynika zakaz picia w obecności małoletnich bądź nieletnich?? Bo z tego co jest mi wiadomym to ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi nic nie mówi na ten temat ani wprost, ani też nie ma żadnych interpretacji w tym zakresie. O czym nie wiem ?

  6. Generalnie uważam, że zabieranie dzieci do takich miejst ma na celu obycie, pozbawienie ich dzikości natury. Wychodzi z tego, że rodzice nie ogarniają własnych pociech w takich miejscach i uważają, że inni powini ich odciążyć…
    Pozdrawiam

    1. Chyba nie wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że dziecko trzeba jednak uczyć, wyznaczać mu granice, a nie puszczać samopas. Nie ma szans na obycie, jak dziecko nie wie co wolno, a czego nie.

  7. i takie zachowanie rodziców z przypadku w twoim poście rzutuje na obraz całej reszty rodziców. Jako mama 4 latki nie raz spotykam się z olewaniem dzieci w restauracjach, kawiarniach etc. Często też chodzę do nich ze swoją córką, mężem i znajomymi i nie wyobrażam sobie żeby młoda biegała za bar czy przeszkadzała innym gościom i to ja za nią biegam i jeśli ona wymyśla to po prostu wychodzę z danego lokalu i idę do domu chociażby nie wiem co miała później obiecane. Ja ogólnie jestem dziwną matka i w wiele miejsc zabieram swoje dziecko ale panuje nad nim a jak nie to dziękuje reszcie i się ewakuuje żeby nikomu nie psuć dnia. Nie wyobrażam sobie żeby moje dziecko biegało w samopas po restauracji czy kawiarni dlatego często też wybieramy lokale gdzie jest jakiś stoliczek z kredkami często też sami zabieramy zabawki dla młodej w postaci kolorowanki kredek książeczki. Ale rodzice muszą chcieć zajmować się swoim dzieckiem a nie je olewać

    1. chciałam napisać swój komentarz, ale wszystko co mam w tym temacie do powiedzenia napisała Magda, z tym, że ja mam dwulatkę.
      nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy ktoś musi się zajmować moim dzieckiem lub mieć przez nią popsute wyjście, każdy chce mieć spokój, ja też bym nie chciała gdyby czyjeś dziecko mi przeszkadzało, zabieram małą wszędzie ale zajmuję się nią

      1. Bo o to właśnie chodzi. Moje dziecko, więc to ja się nim zajmuję. No, chyba że zapłacę za opiekę komuś innemu. Czasami zdarza się, że lokale mają animatorów, rzadko, bo rzadko, ale bywa i wtedy bez problemu oni zajmują się dzieckiem.

    2. Masz rację. Tak być powinno, bo nie chodzi też o to, żeby zamknąć się z dzieckiem w domu. Ważne, żeby je uczyć różnych zachowań.

  8. Ja też mam podobne poglądy do Ciebie.Jeśli ktoś ma bardzo ruchliwe dziecko-to przecież są restauracje i kawiarnie gdzie są jakieś ogródki czy też jakaś przestrzeń i dziecko spokojnie może tam baraszkować.A dzieci raczej po zjedzeniu się nudzą i chciałyby sobie pobiegać.I nie jestem nietolerancyjna.Przecież każdy płaci za kolację i chciałby zjeść w spokoju.Nie wyobrażam sobie romantycznej kolacji bądź spotkania biznesowego z plączącym się dzieciakiem przy stoliku.Jeśli oczywiście takie dziecko sobie cicho wędruję między stolikami -to nie ma problemu.Ale jeśli biega,krzyczy -to wybaczcie.

    1. Dokładnie. Wtedy była akurat piękna pogoda, można było wybrać miejsce, gdzie dziecko pobiega. A ta kawiarnia nie była raczej “przyjazna” dzieciom, chociażby na sąsiedztwo tych stromych schodów.

  9. Całkiem się z Tobą zgadzam. Kiedyś byliśmy ze znajomymi i ich dzieckiem na wczasach. Siedzimy na stołówce i jemy obiad, kiedy ich dziecko, ze stolika obok, chodzi koło nas, zagląda nam do talerzy i zagaduje. Rodzice wszystko widzieli i nie zareagowali. My udawaliśmy, że małego nie widzimy.

    1. O, a już dziecko wkładające paluchy do talerzy innych gości, to już lekka przesada. I jeszcze rodzice się cieszą, ze sobie zajęcie znalazło. 😉

  10. Witaj, Aniu 🙂
    Sama niejednokrotnie byłam świadkiem paskudnych zachowań dzieci w restauracji. I braku reakcji rodziców. Dzieci mamy takie, jakie sobie wychowamy. Widać niektórzy rodzice ten obowiązek cedują na innych. Oni świetnie się bawią, więc uważają, że dzieci też powinni. A inni klienci ich nie obchodzą. To świadczy o ich kulturze i tyle. Nie przeszkadza mi, kiedy matka karmi piersią malutkie dziecko w miejscu publicznym. To miły obrazek, ale wyciąganie “cycka” w kawiarni i dawanie go, na oko, dwulatkowi, już widokiem miłym nie jest, a to zdarzyło mi się zaobserwować kilka dni temu. Maluch szarpał bluzkę matki i krzyczał na całą kawiarnię, że jest głodny. A mamusia? Zajęta rozmową z koleżanką, spokojnie wzięła chłopca na kolana i wsadziła mu do buzi pierś.Połowa klientów wyszła natychmiast z oburzeniem, bo widok nie był miły tym bardziej, że chłopiec też wcześniej nie wzbudził sympatii swoim zachowaniem. Czy takie zachowanie należy tolerować? Nie wiem.
    Miłego dnia 🙂

    1. Właśnie. Co do karmienia piersią, mam takie zdanie jak Ty. Owszem, nie mam nic przeciwko, ale niech to się dzieje w miarę dyskretnie. A matka z demonstracyjnie wywalonym cyckiem, na zasadzie “mam prawo”, jest niestety lekko irytująca. We wszystkim potrzebny jest umiar i zdrowy rozsadek.

    1. O tym właśnie cały czas myślałam, jak ten mały wchodził za bar. Albo jakby spadł ze schodów? Pewnie byłaby wielka awantura, ze wina obsługi.

      1. Bo dzieci to odpowiedzialność i jak pisze poniżej sezonowa trzeba wiedzieć co sie nimi robi. A dziś to wszystko takie nie z serca tylko z mody wynika.

  11. Moj syn jest grzeczny w takich miejscach, jedynie “kręci” się i wierci na kanapie czy krześle na którym siedzi, jakby latał mi za bar czy po całym lokalu – to bym raczej go nie zabierała w takie miejsca – bo cała sytuacja byłaby raczej stresem, a nie relaksem, nic na siłę i niektórzy rodzice winni to zrozumieć.

    1. Wiesz, ci rodzice byli totalnie wyluzowani. Jak oni to robili, nie mam pojęcia, bo ja chyba bym dostała białej gorączki, gdyby moje dziecko wbiegało za bar.

  12. Wiem ile uwagi wymaga mój syn i nie podrzuciłabym go barmance. Niestety. Dopóki dziecko nie urośnie, nie ma spokojnych kaw w knajpach. Ostatnio byliśmy w restauracji to często słyszał ode mnie, albo od swojego taty “Maćko..”. ale był zblokowany moim krzesłem przy wyjściu. Więc nie miał dużego pola manewru. Kelnerka i bez niego miała dużo pracy. Bycie rodzicem to duża odpowiedzialność. Odważę się rzucić “hasło”, że mało kto jest na tyle odpowiedzialny by mieć dziecko.

    1. Masz rację. A wychowywanie malucha wcale nie jest łatwe, mimo to trzeba się starać i określać dziecku granice. Moje Jajo na szczęście było grzeczne i jak trzeba było posiedzieć przy stoliku, to siedziało, najwyżej dostawało książeczkę czy zabawkę, ale wtedy nie siedziało się w kawiarni czy restauracji nie wiadomo ile, bo przecież wytrzymałość dziecka też ma określone granice. Jak zacznie się kosmicznie nudzić, to będzie marudzić.

  13. mogłabym to napisać dużo na ten temat, ale wystarczą Twoje ostatnie słowa, pod którymi się podpisuję:”Oczywiście rozumiem, że czasami chce się wyjść z dzieckiem do restauracji czy kawiarni, ale, na miłość boską, obsługa nie jest zobowiązana do zajmowania się naszymi dziećmi. Inni goście tym bardziej.”

  14. Rzadko chodzimy z dziećmi do restauracji, ale jeśli już zdarzy nam się zabrać ich na jakieś wyjściowe żarcie, to naprawdę nie wyobrażam sobie, żeby wstawały od stolika, biegały po lokalu, wchodziły za bar, czy krzyczały. Gdyby choć jedno tak się zachowywało, to wyprowadziłabym ich wszystkich z restauracji. I niech potem wszyscy dziękują temu jednemu, które zepsuło wyjście. Moja Żaba ma 3 lata i nigdy, ale to nigdy nie urządziła podobnych występów w restauracji. Uważam, że rodzice powinni wpajać dzieciom zasady zachowania w miejscach publicznych, a nie pozwalać bezkrytycznie na wszystko, ale cóż, każdy wychowuje po swojemu

  15. Aniu, mam wrażenie, że po prostu niektórzy rodzice są bezmyślni. Lokale “zabronione” dla dzieci nie powinny być w ogóle potrzebne. Jeżeli nie jestem w stanie zapanować nad moim dzieckiem, nie ciagnę go w miejsca publiczne (zwłaszcza te zamknięte), a jeżeli się zdarzy i widzę, że przeszkadza, zabieram je i wychodzę. Może się mylę, ale wydaje mi się, że niektórzy muszą się jeszcze sporo nauczyć w zakresie kultury i zachowania w miejscach publicznych. Pamiętam czasy, w których chadzanie do restauracji było luksusem, a bary były tylko mleczne 😉 Teraz lokali jest od …, ale niektórzy nie wiedzą, jak należy się w takich miejscach zachować. Słoma z butów wychodzi? 😉

    1. Masz rację. To wszystko sprowadza się do rodziców. Jeżeli sami będą potrafili odpowiednio wychowywać dzieci, nie będzie w ogóle dyskusji na temat stref bez dzieci. I racja, że może niektórym niestety brak kultury, bo spychanie odpowiedzialności za własne dziecko na innych jest po prostu niekulturalne.

  16. Na posiadanie żony czy męża trzeba mieć kwitek, a na dziecko nie.
    Takie sytuacje są chore. Świadczą o rodzicach ich nieudolności i niedojrzałości. Dziecko przyjemnie się robi, ale ponoszenie za nie odpowiedzialności widać nie wpisuje się w procedury co niektórych tzw rodziców 😛

  17. I chyba dlatego nie mam dzieci. Wiem, straszne zdanie, ale przynajmniej odpowiedzialnie podchodzę do sprawy, bo zmajstrować to łatwo, ale wychować… za mało cierpliwości posiadam i jak takie dzieci widzę, to mm ochotę przez kolano przełożyć. Tutaj dziecię winne nie jest, tylko rodzice.

    1. Grunt, to świadome rodzicielstwo. Taką decyzję należy na pewno podjąć świadomie, a nie dlatego, że wypada mieć dzieci. Słusznie postępujesz.

  18. Tu chyba już wszyscy i wszystko napisali w temacie 🙂
    Mam bardzo ruchliwego i głośnego 6-latka, ale absolutnie nie pozwalam na taką samowolkę, to nie plac zabaw. Są zasady, do których dziecko musi się stosować.
    Jak chcę wyjść tylko z mężem, żeby od dzieci odpocząć, to organizuję im niańkę w domu.

  19. uważam, ze obłsuga powinna zwrócić uwage rodzicom i tyle

    a teraz to są popieprzone czasy – nikt nikomu nie moze powiedzieć zwłaszcza jeśli chodzi o rozwydrzone dziecięcia

    kultury trzeba uczyć i tyle

    od małego, bo później jest już za póżno….

    1. Ludzie boją się zwracać uwagę. Szczególnie obsługa, bo przecież potem tacy rodzice “wyrobią” im odpowiednią opinię. Wiesz, jak jest. No, ale to chore.

  20. Kiedyś dawno dawno temu, kiedy to smoki jeszcze latały i wrzątek z gejzerów piły i tak dalej i tak dalej, ale fakt dawno to było pobierałem nauki zawodowe w stacji obsługi samochodów, przyjechał pan tatuś z na oko 5 letnim nadto żywym dzieckiem, z panem majstrem się znali więc pan majster szybko zaordynował -wóz na podnośnik wymiana tego tego i tamtego potem to i tamto jak skończycie to mnie zawołajcie i……..z panem tatusiem szybko zniknęli za drzwiami szatni w celach wiadomych czasy komuny 🙂 Dzieciak został z ekipą mniej lub bardziej doświadczonych przyszłych mechaników, zajętych naprawa samochodu a on co biedny miał robić?? Ano bawił się tym co znalazł a co mógł znaleźć w zakładzie samochodowym?? ano różne cześć wiadomo utytłane w smarach, co jakiś czas się pytał a mogę to zobaczyć,no jaaasne koledzy mechanicy pozwalali na wszystko dzieciak był przeszczęśliwy 🙂 PO zrobieniu samochody zawołałem pana majstra który krokiem lekko półtanecznym przylazł wraz z panem tatusiem zadowoleni roześmiani i…………….. pan tatuś natychmiast zauważył, że synuś jego czarny jest, no nie tyle murzynka se zrobił ale synuś utytłał się we wszystkim jak nieboskie stworzenie 🙂 Czerwień na twarzy mówiła wszystko a wysyczane przez zaciśnięte zęby słowa k….a matka nas zabije odzwierciedlały stan emocjonalny klienta. Na szczęście pan majster stwierdził, no dobrze chłopcy klient musi być zadowolony 🙂
    Dzień dobry 🙂

    1. Dzień dobry. 🙂 Ha, ha 🙂 Uśmiałam się, jak wyobraziłam sobie tę sytuację. Ojciec czerwony, synek czarny. Ciekawe jaki kolo przybrała żona faceta. 😉 🙂

  21. Ja nijak nie mogę Dziecia Młodszego nauczyć pewnych zasad. Dziś wyprosiłam Dzieciaki ze sklepu (małego, osiedlowego) bo się bałam, że rolety rozwalą. Dzieć Starszy dopominał się o wpuszczenie to po chwili wpuściłam. By w następnej chwili opuścić sklep nie zrobiwszy zakupów. Na zakupy wyszłam, jak Małżonek wrócił… Niby rozumiem, że z pewnym dziećmi się nie da i już. Tylko jeśli mam takiego dziecia, że tłumaczenia mu nic nie dają – to nie zabieram (czyt. piję kawę w domu). Swoją drogą dziwię się rodzicom, bo skoro w Toruniu są kawiarnie – niektóre zasadniczo dla dzieci, z kącikiem dla rodziców, inne – dla rodziców z kącikiem zabaw dla dzieci, to nie wierzę żeby w Wawie nie było. Jak idę z Dziećmi do kawiarni to właśnie do takiej, tam przynajmniej nie cała moja uwaga musi być skupiona na Potomstwu, część mogę poświęcić Małżonkowi czy książce.

    1. Pewnie są takie kawiarnie, nie wierzę, żeby nie było. I pewnie co niektóre mają ogródki, gdzie dziecko może pohasać, ale rodzic musi chcieć je znaleźć. 🙂

      1. Tylko pytanie, co się bardziej kalkuluje: zniechęcić do kawiarni jedną rodzinę, która nie potrafi zapanować nad dzieckiem czy niejednego klienta, który ceni sobie chwile spokoju nad kawą??? Bo gdybym ja miała własną kawiarnię to albo zainwestowałabym w kącik dla dzieci albo instruowała personel, że jeśli dzieć przeszkadza a rodzice nie zwracają uwagi – to uprzejmie wyprosić. No, ale ja nie jestem biznesłomem 😉

        1. Mnie się wydawało, że jak zaczną powstawać miejsca przyjazne rodzicom z dziećmi, to rodzice naturalnie będą właśnie wybierać takie. A nie będą zabierać dzieci tam, gdzie nie ma do tego warunków. Wtedy sprawa by była załatwiona, bo komunikat jasny: jak idę z dziećmi, to tu, a jak sam na sam z ukochanym czy ze znajomymi, to wybieram inne miejsce. Jednak okazuje się, że to nie takie proste. 🙂

  22. Ja bardzo doceniam restauracje, które mają kącik dla dzieciaków. Ot, takie małe miejsce z zabawkami. Jeśli zaś takiego miejsca nie ma – na pewno bardziej byśmy Szymona pilnowali. Masakra :/.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *