Co łączy Syzyfa z wiewiórem?

Jakiś czas temu nie miałam pojęcia, że istnieją gimnazja dla dorosłych. Bo jakże można nie skończyć gimnazjum, jeżeli obowiązek szkolny trwa do 18 roku życia? Okazuje się jednak, że można, dlatego opowiem dzisiaj historię, która jest (niestety) autentyczna (opowiadam za zgodą bohaterki zdarzenia).

Była sobie nauczycielka języka polskiego… Pewnego dnia zaproponowano jej dodatkową pracę w gimnazjum dla dorosłych. Stwierdziła, że każdy grosz się przyda, więc ofertę przyjęła. Oczywiście oczyma wyobraźni widziała biedną młodzież pokrzywdzoną przez okrutny los, który rzucał „dzieciaczkom” kłody pod nogi i nie pozwolił w normalnym trybie skończyć edukacji. Nauczycielka niczym tytułowa Siłaczka z opowiadania Żeromskiego, podjęła wyzwanie i stwierdziła, że to będzie jej życiowa misja.

Gimnazjum dla dorosłych funkcjonowało na zasadzie szkoły zaocznej, więc zajęcia odbywały się w piątki i w soboty co dwa tygodnie. Trwały 90 minut bez przerwy. Pierwszego dnia miała mieć lekcję w klasie drugiej, nawet dostała tam wychowawstwo, więc ambitnie przygotowywała się do zbawiania świata. Zrobiła piękny plan zajęć i gotowa do działania przekroczyła próg klasy.

I tutaj. Bach! Jak obuchem przez łeb. Najpierw spotkała się z niemiłą dla nosa ścianą lekkiego smrodku. No, ale nie dziwota, bo w klasie znajdowało się 36 osób, więc mógł się zrobić zaduch. Nauczycielka nie poddała się. To przecież twarda sztuka!

Weszła. Stanęła przed „kwiatem” polskiej młodzieży i włos się jej lekko zjeżył na głowie. Ale tak niewidocznie dla innych, bo nauczycielka wiedziała, że strach to ostatnia rzecz, jaką można okazać w klasie. To jak wejście do klatki z dzikimi zwierzętami. Muszą czuć, że treser się nie boi.

Przed oczyma nauczycielki rozpościerał się „piękny” widok. 36 twarzy, na których nawet tęsknoty za rozumem wyczytać nie można było. Po lewej dwie dziewczyny. Jedna szczerbata. Druga w tak wyzywającym stroju, że nauczycielka się lekko przeraziła. Z tyłu ktoś o takim wyglądzie, że w pierwszym odruchu krucyfiks chciała wyciągać. A po prawej wytatuowany młody mężczyzna. Jego tatuaże na powiekach dawały do myślenia. Jednak nauczycielka i tutaj nie poddawała się, bo przecież niejedno już w swoim życiu widziała i wierzyła, że pozory często mylą. Wiedziała też, że na pierwszej lekcji zawsze rozgrywa się próba sił. I to ona musiała okazać się silniejsza.

Chwila ciszy trwała do momentu, aż, ku radości nauczycielki, przerwał ją jeden z uczniów, którego twarz wydawała się niewinna. Prawie jakby widziała przed sobą Gombrowiczowskiego Syfona. Spojrzał na nią swymi błękitnymi oczyma i zaczął o sobie opowiadać. Jaki ma wyrok, dlaczego tutaj jest i na końcu nie omieszkał zaznaczyć, że jak nie skończy szkoły, to mu odwieszą wykonanie wyroku. Ba! A bez gimnazjum to nie można zrobić nawet prawka! Nauczycielka przełknęła ślinę. Nawet miała ochotę rzucić to wszystko w cholerę i uciec jak najdalej, ale przecież jej misja pedagogiczna musiała trwać. Toż to doświadczony pedagog! W tym czasie ruszyła lawina. Uczniowie po kolei przedstawiali się i niestety chwalili wyrokami. Przerwała to szybko i zaczęła lekcję. Jednak od razu w głowie urodził się jej plan, żeby absolutnie nie odwracać się do uczniów plecami. Czuła dyskomfort, ale zachowywała dobrą minę do złej gry. Plan lekcji diabli wzięli, bo ten przygotowany w domu wymagał pisania na tablicy. A ona czuła, że nie wolno jej klasy tracić z oczu. Zaczęła więc opowiadać mity. Taką powtórkę naprędce zorganizowała.  A 90 minut wydłużało się w nieskończoność.

Mit o Syzyfie. Opowiada, opowiada. Syzyf już toczy głaz pod górę. Nauczycielka doskonale rozumie jego trud, bo w tej chwili czuje się dokładnie tak samo. Pyta klasę o sens mitu. Milczą. Patrzą. Milczą. Patrzą. Cisza. No, względna, bo właśnie ktoś z tyłu puścił bąka ku radości klasy. Otwierają okno. Dalej milczą. I nagle z prawej strony wytatuowany chłopak krzyczy:

– O! Ku*wa! Ja wiem!

– „Jest prawie dobrze” – myśli nauczycielka i zachęca ucznia do powiedzenia, tylko prosi bez wulgaryzmów.

– Ku*wa! To tak jak ten wiewiór w „Epoce lodowcowej” zapie*dalał za orzeszkiem!

– Aaaaa! To trzeba było tak od razu, a nie pie*dolić o jakimś Syzyfie! – krzyknął ktoś z dalszego miejsca.

Nauczycielka dokończyła lekcję. Wyszła na przerwę i wykonała tylko jeden telefon: do właściciela szkoły. Podziękowała. Zwolniła się. Oddała walkowerem. Prosto z misji wróciła do domu, ciągnąc za sobą połamane skrzydła swoich ideałów. I już nigdy więcej nie chciała wyruszać, aby zbawiać świat.

 

 

PS  Odpowiadać na komentarze będę po południu. Do czwartku nieustająco szkolę się z podatków. 😆 😆

0 myśli na “Co łączy Syzyfa z wiewiórem?”

      1. To by było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Do szkół specjalnych kieruje się dzieci z t.zw. “przypadków losowych” (areszt, śmierć, lub choroba rodziców, stan zdrowia psychicznego, trudności w normalnej szkole, niedostosowanie społeczne, itp.). Z drugiej strony w ramach “resocjalizacji” trafiają dzieci z zakładów poprawczych. Może więc tak się zdarzyć, że w jednej ławce będzie siedział dzieciak zupełnie normalny, przeżywający nagłą śmierć rodziców z całkowicie zdeprawowanym zabójcą, gwałcicielem, albo rozbójnikiem.
        Ta pani nauczycielka mogła trafić jeszcze gorzej, ale “po co babcię straszyć, niech się babcia cieszy”.

    1. Szkoda zdrowia. Tym bardziej że z tego, co wiem, zajęcia w piątki odbywały się do 21, więc potem trochę jednak strach po ciemku wychodzić ze szkoły.

  1. A najbardziej przerazajace jest ze nikt nie chciał się uczyć zmienić kazdy musiał bo wyrok Zero chęci to i nauki zero po co to Powinno się wspierać pomagać ale tym którzy coś z siebie potrafią dać Tak mi się wydaje nie naczysz na sile nikogo i niczego A stres ja pit…le

    1. Masz rację. tej młodzieży przede wszystkim nie zależało, tylko w jakiś sposób została ona zmuszona do tego, aby się uczyć.

  2. No, cóż.. Nie wszystkie nauczycielki bywają komandosami, niczym Michelle Pfeiffer 🙂
    A swoją drogą ciekawe, czy znalazł się ktoś odważny do nauczania tej złotej młodzieży?
    Czasem i w szkołach z dużo młodszymi dzieciakami też dzieją się dziwne rzeczy na lekcjach….
    Niestety, zawód nauczyciela wiele stracił, w ostatnich latach na znaczeniu. Trafia tam też wielu przypadkowych ludzi, którzy nie mają pojęcia o podejściu do młodzieży.

    1. Podobno chętnych nie było. Tam jeszcze zdarzył się jakiś incydent z przystawianiem pistoletu do głowy koledze z klasy. Dokładnie nie wiem. Dopiero jak właścicielka zmniejszyła liczebność klas, ograniczyła je chyba do 20 osób, a nabór “poprawiła” z psychologiem, to chyba wtedy udało się to ruszyć. Bo błąd polegał przede wszystkim na napchaniu do klas maksimum osób, przy takiej młodzieży to niedopuszczalne. Moim zdaniem oczywiście.

  3. Moim zdaniem to jednak najbardziej wdzięczna praca. A przynajmniej bardziej wdzięczna niż z dziećmi czy młodzieżą. Sama niegdyś współpracowałam, z ramienia domu kultury, z zakładem karnym prowadząc tam zajęcia bibliterapeutyczne. Dla mnie był to najlepszy okres w życiu i najbardziej efektywny. I wyniki były widoczne od razu niemalże. Miło wspominam pracę właśnie z takim, jak to zwą “elementem”. Jak się ich pozna i zrozumie, to współpraca jest też dość prosta i według jasnych zasad. Mogę się tylko pochwalić tym, że wydałam dwa almanachy poezji więziennej 🙂 A z tego co piszesz, to ta Pani Pedagog, raczej miała marne doświadczenie 🙂

    1. To nie była pedagog. Ponadto zauważ, że w klasie było 36 osób. Przy takiej młodzieży to jest niedopuszczalne. Moim zdaniem góra 20 osób, ponadto ktoś z ochrony powinien być w szkole w tym czasie. A tam nie było podobno nikogo, oprócz sprzątaczek i 3 nauczycielek.
      Z taką młodzieżą może być ciekawa praca, ale pod warunkiem że odbywa się to na jakichś sensownych zasadach.

  4. No więc tak Wiewiór się stal współczesnym Syzyfem….
    Żal mi tych dzieci…Dlaczego tak się stało?Jak do tego doszło w naszym kraju??? Kto za to odpowiada???
    Twoje opowiadanie przypomniało mi jeden film amerykański z lat 30.Przecież każde z nich ma swoją historię:(to błędy od wczesnych, dziecięcych lat, to rodzinne dramaty,Tak się zmienia społeczeństwo- a co będzie za kolejne 20 lat???? wiele pytań mi nasuwa ten artykuł ,smutnych raczej…to nie są dzieci do szkoły specjalnej! to zaniedbania środowiskowe sprawiły, że tak jest….

    1. Dokładnie tak. Są dokładnie tacy, jak ich rodziny. W zasadzie te dzieciaki nie miały możliwości być inne.

  5. Idealistka, zawsze były ,są i będą takie osoby o jakich piszesz i będą tacy , którzy uważają ,że wystarczy odpowiedni przepis i wszystko sie rozwiąże.Do takich ludzi trzeba mieć podejście i nie wolno sie uprzedzać. Mam takie doświadczenie za sobą. Ich trzeba traktowć poważne a nie przejmować sie ich poziomem czy sposobem wyrażania.

    1. Racja, ale muszą być do tego też stworzone odpowiednie warunki. W prywatnej szkole, gdzie liczy się ilość, a nie jakość, to raczej niemożliwe. Z tego co wiem, potem te klasy porozbijano, bo ktoś niestety liczył na szybki zysk i się przejechał. Nauczyciele zwalniali się po dwóch-trzech lekcjach.

  6. Też znam osoby co nie skończyły gimnazjum…
    bywa niestety i tak.
    A taka praca jest cholernym wyzwaniem, w ogóle praca z młodzieżą obecnie.. no cóż wymaga wielu poświęceń.
    Oczywiście nie zawsze ale widzę zepsucie jakie wystąpiło od czasu zakończenia przeze mnie gimnazjum 10 lat temu.
    Spadek moralny, spadek wartości, spadek … inteligencji jest zatrważający.

  7. Haha ale nie było z nimi chyba aż tak źle skoro użyli porównania-a że w ten sposób … ;).Bo zanany jest jeszcze jeden wiewiór-czerwony z bajki o pingwinach tylko ten toczył ale wojnę z czwórką wspaniałych 🙂

  8. Cóż powiedzieć… Ja czasem już w podstawówce jestem w stanie wskazać, które dzieciaki znajdą się prędzej czy później w takiej szkole. Albo jeszcze gorzej. Niestety… Smutne to. Ale doskonale rozumiem tą nauczycielkę.

    1. hm… widzisz – moja wychowawczyni jasno i dobitnie określiła, że skończę w rynsztoku, jako kurwa bez matury – tymi słowami… pedagog z wieloletnim stażem i doświadczeniem… cóż, w życiu nie uprawiałam seksu za pieniądze, mam na chleb, mam własne mieszkanie, samochód, wspaniałego syna i obronioną parę ładnych lat temu – pracę magisterską oraz 3 podyplomówki… i pracę na stanowisku niższego szczebla kierowniczego… całkiem nieźle jak na kurwę, która miała nie skończyć szkoły i była całym złem w klasie tej pani… czasem – zamiast oceniać, wypadałoby się zastanowić dlaczego jest tak, a nie inaczej i jak zmotywować dane dziecko – a to dopiero jest wyzwanie

      1. Jasne, że to jest wyzwanie. Ale to nie jest kwestia li tylko mojej oceny. To wzór, jaki dziecko wynosi z domu, to margines w którym żyje i to, co napisała Anna poniżej – brak nnarzędzi, podejście do nauczyciela, niestety…

    2. Tym bardziej że nauczyciel w zasadzie nie ma odpowiednich narzędzi działania. A w prywatnych szkołach, gdzie liczy się bardziej uczeń, bo płaci, a nie nauczyciel, to tym bardziej.

  9. Tato Szymona- jako pedagog- już na starcie skreślasz niektóre dzieci i szufladkujesz je???Może trzeba im pomóc, żeby nie wpadły w ten obłęd! One potrzebują zainteresowania i miłości,a Ty je już skazałeś….nie tędy droga!

    1. Korku, myślisz, że zawsze jest to możliwe? I że każdy nauczyciel ma czas, by się poświęcić 36 osobom w klasie?

      1. Aniu, tak nie myślę. Odniosłam się do wypowiedzi Taty Szymona, który napisał, że” już w podstawówce jestem w stanie wskazać, które dzieciaki znajdą się prędzej czy później w takiej szkole. Albo jeszcze gorzej. Niestety”.To w pierwszych latach życia dziecka kształtujemy jego przyszłość. Nie można przekreślać dzieci, które są z biednych i patologicznych rodzin, a robić coś, żeby im pomoc,aby własnie po latach nie wylądowały w takiej szkole. Chociaż tych, dorosłych- też mi żal…są ofiarami pewnych sytuacji .Nie winię tu absolutnie tej pani, co chciała sobie dopracować.36 osób w klasie-to gruba przesada.

        1. Masz rację. Tylko zobacz, jak nauczycieli zarzuca się papierologią. Toż to też chore. A dzieciakom trzeba pomagać, pewnie. 🙂

    2. Jasne, że nie tędy droga. Ale czasem się po prostu nie da. Nie da się i już. Niestety, mimo najszczerszych chęci nie mamy kiedy, nie mamy jak. Wiem, jak beznadziejnie i podle brzmi takie szufladkowanie, ale przykładowo mając czterdzieści pięć minut i dwudziestu sześciu uczniów w klasie mam przekazać materiał a ponadto zwrócić szczególną uwagę na ucznia szczególnie uzdolnionego, ucznia o szczególnych potrzebach i resztę uczniów. A do tego pamiętać o wspomnianej niżej biurokracji.

      1. Dokładnie. A co jak uczniów jest 36 i wszyscy wymagają szczególnej “opieki”? To wcale nie jest takie łatwe, jakby się mogło wydawać.

  10. Malutkie sprostowanie: obowiązek szkolny trwa do 16. roku życia, do 18. obowiązek nauki. Może ta osoba za szybko się poddała? Istnieje prawdopodobieństwo, że zrozumiałaby, co czuł Syzyf, ale może zdarzyłby się jakiś sukces.

    1. Jak zwał, tak zwał, ale uczyć się trzeba do 18. 🙂 A praca z taką młodzieżą byłaby możliwa, ale nie przy takiej liczbie uczniów w jednej klasie. Jak ich poznać co drugi tydzień (tylko w weekend)?

  11. e tam – nie zgodzę się, że do takich osób nie można trafić… choćby przez właśnie taką epokę lodowcową 😛

    może zamiast ambicji, w takiej grupie warto właśnie sprawdzić najpierw dlaczego tam są, czy cokolwiek wiedzą i wykorzystać fakt, że spora grupa z nich MUSI skończyć tę szkołę 😛

    1. Owszem. Ale tak jak pisałam już przy innych komentarzach: myślisz, że to możliwe w takim trybie nauczania i przy takiej liczbie uczniów w klasie? Bo ja raczej wątpię. 🙂

  12. jedno jeszcze, bo tak sobie teraz przypomniałam o tym co dwoje znajomych opowiadało o pracy w szkole specjalnej – to jest wyzwanie hardkorowe, a rozgrzeszanie dzieci bo są chore, nie przychodzi łatwo kiedy to chore dziecko ma 100 kg wagi i w trakcie lekcji wyciąga sobie podpaskę, i zaczyna smarować krwią menstruacyjną stoliki i kolegów… oraz jaką traumą jest takie zachowanie dla dzieci które są TRUDNĄ młodzieżą, która z chorobą nie ma nic wspólnego, ale której najwygodniej pozbyć się łatwo i szybko do szkół specjalnych… choć na poziomie gimnazjum, jest jeszcze jedna opcja – OHP…

  13. Porównanie do wiewióra jak najbardziej trafne! Może gdyby jednak się przełamała dałoby radę zrobić z tych ludzi geniuszy, bo logikę w myśleniu dostrzegam 🙂

    Nie jest to praca dla każdego, a męczyć się nie ma sensu, kiedy się czegoś nie czuje. Od razu przypominają mi się te wszystkie filmy, w których nauczyciele dają radę, kiedy zjednują się w końcu z uczniami i przestają byćbelframi a zaczynają karierę przewodników po świecie dorosłych.

  14. Paralela wiewióra i Syzyfa trafna heheh. I może w tym kontekście było by pole do popisu i zachęty do literatury, przez takie wiewióry właśnie 😉 Może tak by dotarła.
    Nie zmienia to faktu, że się kobiecie nie dziwię, po mimo zbawienno – misyjnego podejścia, które ją zgubiło.

    1. Podobno uczeń z tej samej klasy przystawił pistolet do głowy koledze z ławki, więc to nie były słodkie dzieciaczki. 😉

  15. Pani poddała się na starcie. Nie poznała swoich uczniów, pozory często mylą. W tej chwili z przykrością muszę stwierdzić, że wśród tej niby z dobrych domów młodzieży trafiają się łobuzy. Młodociani, którzy pod przykryciem gładkiej, wymuskanej buźki, potrafią zrobić rzeczy, o które nigdy byśmy ich nie posądzali. Wystarczy popatrzeć i posłuchać dzieci i młodzież w środkach komunikacji miejskiej lub w kawiarni itp. Także, w tych osądach byłabym ostrożna.

    1. Pewnie, że tak. Pozory często mylą. Ale czasami bywają sytuacje, które przerastają ludzi, więc chyba lepiej na starcie stwierdzić, że się nie da rady, niż męczyć siebie i innych. 🙂

  16. Ojeju, nie dziwię się tej kobiecie, że więcej już tam nie wróciła.. Ja też bym chyba nie potrafiła z takimi ludźmi pracować (a skończyłam taki kierunek studiów i powinnam być przygotowana-szkoda tylko, że teoretycznie, a nie praktycznie..) ;]

  17. bo do takich uczniów trzeba umieć dotrzeć, i to właśnie z takim jajem, jak ten młody człowiek hahaha wiewiórem poleciał – docenić to i nauczyć ich mówić, wyrażać siebie to dobry początek:)

    ale jak kobieta nie czuje blusea to dobrze, że odeszła – i ona by się męczyła i oni

    a praca z taką młodzieżą nie jest łatwa, za to sukces smakuje wyśmienicie 🙂

    1. Może masz rację. Ale ona dała radę te 90 minut wytrzymać, bo obróciła sytuację w żart. Tylko na dłuższą metę nie da się z taką ilością osób w klasie i tak rzadkim kontakcie. I racja, że jak nie czuje się klimatu, to lepiej odpuścić. 🙂

  18. wcale się nie dziwię tej nauczycielce
    już samo słowo “gimnazjum” brzmi niefajnie jak sobie przypomnę co za przypadki miałam w klasie. . . dziewczyny po dwóch ciążach już (z domu dziecka), chłopak z poprawczaka… siedemnastolatek, dla którego to była ostatnia szansa ukończenia gimnazjum normalnie. . różne przypadki się przewijały
    jak sobie pomyślę, że można te przypadki zebrać w jednym miejscu…

    1. Ja bym nie miała nic przeciwko, pod warunkiem żeby tych osób nie było aż 36. Przy takiej ilości to tylko można się pociąć szarym mydłem. 😉 🙂

  19. Panią rozumiem. Czy może za wcześnie zrezygnowała? Raczej zdała sobie sprawę, że nie podoła. Lepiej od razu niż stawiać dyrektorkę w dziwnej sytuacji w trakcie semestru.
    Porównanie Syzyfa z wiewiórem do mnie nie przemawia. Najprawdopodobniej dlatego, że Epoki lodowcowej nie oglądałam. Podobnie jak i większości filmów animowanych. Może ta pani też za takimi nie przepada i miałaby dużo zaległości do nadrobienia, żeby móc porozumieć się z uczniami?

    1. Trudno jednoznacznie to ocenić. Ale też uważam, że lepiej wcześniej zrezygnować, niż za późno. 🙂

  20. Sama uczęszczałam do szkoły zaocznej, ale policealnej. Niestety też zdarzały się takie kwiatki, że cycki opadały do kolan. Wiesz, mam w swojej rodzinie trochę patologii niestety i to, co przedstawiłaś, nie jest mi aż tak obce… Za nic w świecie nie chciałabym uczyć. Moja cierpliwość bardzo szybko się wyczerpuje i ma mały limit. Musiałabym mieć w klasie aniołków. 🙂
    Miłej nauki! 🙂 Tak od poniedziałku w podatkach, pięknie! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *