Czy depresji należy się wstydzić?

Ostatnio zastanawiałam się nad depresją. Każdy z nas łapie doły. Raz mniejsze, innym razem większe. Jednak pewnie do depresji z dołka jeszcze daleko. Jakiś czas temu rozmawiałam z koleżanką, która przez to przeszła. Pozwoliła mi o tym napisać.

Zaczęło się od zdrad męża. To niby była taka wielka miłość, gorąca i namiętna. Zapłonęła wielkim ogniem i tak samo szybko jak zapłonęła, tak zgasła. Nawet nie trzeba było wody do polania zgliszczy, jakie po sobie zostawiła.

On zdradzał. Nie raz, nie po pijaku i nie w delegacji. Ona chciała wierzyć, że więcej się to nie powtórzy, tak bardzo trzymała się tej miłości. Gdyby mogła wtedy, to pewnie zębami by się uczepiła jej płaszcza, by została choć miesiąc, rok, może dwa. Bez niej czuła się nikim. A On jeszcze utwierdzał ją w przekonaniu, że bez niego nic nie znaczy. Nie mieli dzieci, choć Ona chciała bardzo. Nie wychodziło. Co prawda jemu tak bardzo nie zależało. Czuł się panem sytuacji. Miał uległą, zakochaną żonę. Bez niego czułaby się nikim. Dbał o to, by miała niskie poczucie własnej wartości, pielęgnował w niej wszystkie kompleksy. A przy dziecku może poczułaby się spełniona? To nie byłoby dobrze. A może po prostu los szykował jej zupełnie inną przyszłość i wiedział, że to nie ten czas, nie ten mężczyzna.

On zdradzał więc w najlepsze, będąc przekonanym, że żona i tak wybaczy. I wybaczała. Raz, drugi, trzeci, ale tak za każdym razem zapadała się w sobie coraz bardziej. On już się nie krył, czasami nie wracał na noc. Najczęściej w weekend. Wtedy ona nie wstawała z łóżka. Nie jadła, czekała nakryta kołdrą po uszy. Poza nią świat wydawał się straszny. Potem zaczęły się zwolnienia lekarskie, bo nie miała siły iść do pracy. On już nie wrócił. Został u kochanki. Na odchodne powiedział jej tylko, że jest nikim, że odchodzi do „prawdziwej” kobiety. Szybko dostała pozew o rozwód. Zgodziła się, bo nie widziała sensu, by walczyć. Już nie było o co. Zostały same zgliszcza. Pożoga.

Wtedy położyła się do łóżka na kilka dni. Tam czuła się bezpiecznie. Nie było po co wstawać. Wzięła zaległy urlop z pracy. I leżała. Nie jadła. Nie myła się. Nie ubierała. Tylko tak trwała w letargu. W końcu przyjaciółka się zaniepokoiła. Przyszła. Z trudem dostała się do mieszkania, bo przecież Ona musiała wstać i otworzyć. Ale udało się. Zrobiła jej zakupy. Dopilnowała, by zjadła. Potem namówiła na lekarza. Znów udało się, poszła. Zaczęła leczenie. Prosiła jednak by nikomu nie mówić, wstydziła się. Miała przecież dobrą posadę, a tu taki cyrk z depresją. Jednak czym dłużej się leczyła, tym więcej wiedziała o chorobie. W końcu przestała się wstydzić. Mówiła o tym otwarcie. Pomogła też kilku innym osobom.

Potem pojawił się nowy mężczyzna, dziecko, nowe życie. Dziś dawne zdarzenia to już przeszłość. Nie wstydzi się też swojej choroby. Każdy może ją mieć. Trzeba tylko zaufać tym, którzy chcą pomóc, i zacząć walkę z choróbskiem. Bo się da. Trzeba jeszcze chwycić pomocną dłoń i pozbyć się tej, która ciągnie w dół.

0 myśli na “Czy depresji należy się wstydzić?”

    1. O żadnej chorobie nie jest łatwo mówić. Może ludzi należy edukować? Bo niestety psychiatra, psycholog od razu kojarzy się z wariatami, a przecież nasza psychika też ma prawo zachorować.

  1. Tak, każdy może ją mieć. To straszna choroba. Podstępna. Nie wiesz nawet kiedy wkrada się w twoje życie i zaczyna je rujnowac kawałeczek po kawałeczku. Nie od razu przykuwa do łóżka na całe dnie. Zaczyna się od drobnych niemocy, człowiek myśli wtedy, że mu się zwyczajnie nie chce i do głowy mu nie przyjdzie, że właśnie się zaczyna. Terapia jest długa i również podstępna. Bo gdy tylko człowiek poczuje się lepiej, myśli: wystarczy mi już tych leków, terapii z peychologiem. I to jest największy błąd. I nawet jeśli ktoś już upora się z depresją, pozostaje w min obawa, żeby nie wróciła, jest może bardziej wyczulony na niechęć innych, bardziej wrażliwy emocjonalnie, choć nie zawsze to po sobie pokazuje.
    Skąd wiem? …

  2. W ogóle w Polsce dopiero od kilku lat łamie się stereotyp “depresja? Pfff, foch jakiś, wyluzuj i nie łam się” – ludzie nie uważali depresji na poważną chorobę, którą jest i przez to była długie lata nieleczona. Fajnie, że ta historia tak się skończyła, ale zdaję sobie sprawę, że w wielu przypadkach nie ma takich przyjaciółek i kończy się bardzo, bardzo źle…

    1. Zgadza się. My też chyba nadużywamy słowa “depresja”, określając w ten sposób zwykłą chandrę. Tak też bywa.
      I masz rację, nie zawsze jest ktoś, kto pomoże.

  3. najważniejsze to mieć kogoś kto pomoże… gorzej jak nikogo przy Tobie nie ma… niby ludzi dookoła pełno, a jak przychodzi co do czego to nikogo nie ma,,,,, stajesz się niewidzialny….

    1. Masz rację. Jednak często tak bywa, że te osoby tak szczelnie się zamykają, odtrącają innych (właśnie przez chorobę), że trudno do nich dotrzeć.

        1. 🙂 Też się izoluje, ale nie na tyle, by samemu nie prosić o pomoc w formie zrozumienia chociaż, że właśnie mi bardzo ciężko. Depresja JEST niewygodna, bo większości do tej pory kojarzy się z fochem i lenistwem, z użalaniem się nad sobą, podczas gdy to co dzieje się wtedy w człowieku to taki ból swojego jestestwa, że większym może być tylko utrata kogoś bardzo bardzo bardzo bliskiego. W tym przypadku tracisz siebie i jesteś tego świadoma.

          1. Obie Anie piszą wiele cennych rzeczy ja tylko dodam, że pomaganie bliskim w depresji jest konieczne ale cholernie trudne i nie wolno się poddawać jeśli zbyt łatwo nie będzie szło, bo stawka wysoka.

          2. Racja. Czasami dziwię się, że najbliższe osoby nie potrafią pomóc członkowi rodziny, który choruje. I wtedy człowiek jest samotny wśród “bliskich”. Nie wiem, czym to może być spowodowane.

          3. Jak dla mnie, to depresja jest po prostu złą reakcją psychiki na przygnębiające wydarzenia.
            To jest jak z węzłem. Rozwiązanie go nie zajmuje dużo czasu, ale poznanie jak jest zawiązany już zazwyczaj tak.

          4. Co nieco na ten temat z doświadczenia też wiem, bo miałam lekkie stany depresyjne (stwierdzone przez lekarza). I wiem, że trudno rozpoznać, ze coś się dzieje, po prostu nic się nie chce.

          5. Dlatego też napisałam, że to podstępna choroba, bo nie wiadomo kiedy się zaczyna.

            Nie widzę powodu, dla którego miałabym się wstydzić takiego epizodu w moim życiu, ale też nie chwalę się tym na lewo i prawo, jednak skoro temat się pojawił to opisuję swoje przeżycia. Nikomu tego nie życzę.

          6. Masz rację. W ogóle raczej człowiek nie chwali się swoimi chorobami. Nie ma jednak w tym nic wstydliwego, jak piszesz, można jeszcze pomóc innym.

  4. Często się zdarza, że kobiety popadają w depresję. Nie powinno być to wstydem, ale jednak trudno o tym mówić. Dobrze, że ta Pani, o której piszesz przyjęła tą pomocną dłoń i stanęła na nogi.

    1. Ta stanęła na nogi. Potem też pomogła mi, jak byłam w trudnej sytuacji. Cieszę się, że się jej udało. A wyglądało to naprawdę beznadziejnie.

      1. Prawdziwych przyjaciół poznaje się – wiadomo kiedy. Dobrze jest mieć kogoś , kto jest obok nie tylko wtedy, gdy jest fajnie. Mimo, że takie osoby często się izolują, to chyba nie jest spowodowane niechęcią do przyjęcia pomocy, a raczej brakiem sił do pielęgnowania kontaktów ze znajomymi. Dobrze, że nie spisałaś na straty tej osoby nadal tam chodziłaś i namówiłaś ją na leczenie, bo gdyby nikt się nie zainteresował, to mogłoby skończyć się tragicznie, nawet samobójstwem.

        1. To nie ja namówiłam ją na leczenie, ona mieszkała wtedy w innym mieście, ja dowiedziałam się o wszystkim po czasie. To ona później mi pomogła w trudnej chwili, dlatego wiem o wszystkim. A pomogła jej koleżanka z pracy, która po prostu się zaniepokoiła.

          1. Jakoś sobie wykombinowałam, że to Ty byłaś przyjaciółką, która odkryła problem 🙂 W każdym razie dobrze, że był obok niej ktoś , kto pomógł.

  5. Na ogół idąc do kardiologa nie mówimy mu, że wcześniej popełniliśmy błąd, bo nie poszliśmy do …szewca. A jednak przeziębienia, późniejsze grypy (wynikające np. z przemoczonych zimą stóp) to statystycznie ponad 70% wszystkich powikłań wpływających na funkcjonowanie serca. Celowo odskoczyłem od tematu, bo na ogół zdradzeni nie zastanawiają się dlaczego do tego doszło, a już bynajmniej nie widzą przyczyny w tym dlaczego w ogóle doszło do zawarcia związku. Zło upatrują w samej zdradzie jej, lub jego.
    Wiem, że to jest kwestia psychiki (i mogą być różne reakcje). ale, cyt.: “… powiedział jej, że jest nikim …”, a przecież ona była tylko tą, która po jego wyjściu nakrywała się kołdrą po same uszy …
    Rozmawiajmy ze sobą, chociażby poprzez takie posty, bo tak się tworzy, i utrwala związki.

    1. Masz rację, ale właśnie o to chodzi, że każdy jest inny. Pewnie gdyby rozmawiali, mówili o swoich potrzebach, to MOŻE to by się potoczyło inaczej, ale tego też nie wiemy.

      1. Pewnie, gdybyśmy z przeciekającymi butami poszli do szewca to MOŻE za lat parę nie musielibyśmy iść do kardiologa. Niestety psychika nie podlega algorytmom, a co najwyżej statystyce.

          1. Celowo podałem dalszą drogę do szewca, aby przykład dobitniej pokazywał, gdzie może się zaczynać problem. U Twojej bohaterki to mogło już nastąpić w domu rodzinnym, w wieku 3-4 lat.

          2. Masz rację. To mogą być skutki czegoś, co wydarzyło się dawno temu. Chyba też tylko dobry psychoterapeuta potrafi je zdiagnozować.

  6. Najważniejsze że ta historia tak się zakończyła.Teraz są takie ciężkie czasy,o siebie trzeba walczyć na każdym kroku.Czasami niestety gdy już się nie ma siły to łóżko ciągnie-a to zły omen.A tak ciężko się zebrać w sobie…Że mam strasznie słabą psychikę i mega zdolności do czarnowidztwa więc idę zawsze do jakiejś przyjaciółki ,ryczę i wcieram swoje łzy i śpiki w jej ramię-ale to pomaga!

    1. Bo to chyba lepiej wyrzucić z siebie wszelkie żale niż je w sobie tłamsić. Dobrze, jak jest ktoś, na czyim ramieniu można się wypłakać. 🙂

  7. Bo słowo”depresja” zdezawuowało się w tych czasach. Nadmierne używanie w przypadku doła i chandry. Jaka depresja? Weź się w garść, uszy do góry itd. A ludzie naprawdę na to chorują i nie da rady bez pomocy.
    Dobrze , że Twoja znajoma wyszła z tego.

    1. Właśnie o to chodzi, że problem w obecnych czasach nie jest jakiś wyjątkowy, odosobniony, wielu ludzi miało do czynienia z tym podstępnym choróbskiem.

  8. Wiele lat nie zdawałam sobie, że to co mnie dręczy to depresja. Może to skutek smutnego dzieciństwa. Może coś zupełnie innego. To bardzo łagodna forma, zazwyczaj jestem w stanie pozbierać się sama. Trochę to trwa, ale daję radę. Mobilizuję się, żeby w tym łóżku nie zostać. Raz tylko było bardzo źle. Były już mąż stracił kolejną pracę, uciekał z domu bo dom kojarzył mu się z kłopotami i obowiązkami, a gdzie indziej nie musiał nic i zawsze z siebie zrobił sierotkę, ja starałam się za wszelką cenę, ograniczać mu stresów i prac domowych, żeby się sierotka ogarnęła. Potem się okazało, że znalazł kobietę swojego życia, ona go nie chciała, więc znalazł sobie inną naiwną. Pomieszkiwał u niej pod pozorem wyjazdów służbowych, lub nocnych zmian. Wpadłam na ich trop przypadkowo, za blisko ona mieszkała, a telefon nosił ze sobą nawet do toalety, ale raz zostawił… zaczęłam małe prywatne śledztwo. Okazało się, że z każdej pracy wyrzucony był za kradzieże, przyjeżdżał ostatni, wychodził pierwszy, bo “żonę ” woził. W domu ja sama z córką, z pensją 900 zł. Tego było za dużo. Mimo, że jestem dość silna psychicznie. Ciągle byłam zdenerwowana, radziłam sobie niby, starałam się wziąć w garść ale zorientowałam się, że jest bardzo źle, jak nie mogłam zapiąć córce guziczków ani utrzymać szklanki z herbatą, i że robię tylko to co muszę, poza tym chciałam zniknąć. Lekceważyłam to co sie ze mną działo, aż organizm mi pokazał 🙂 Poszłam do lekarza. w tym czasie ruszyła kampania informująca o depresji. Dodałam dwa do dwóch, dostałam łagodne leki, wybrnęłam. Ale ta paskuda czasem wygląda zza winkla :(.
    Depresja często bywa traktowana jak foch, lenistwo, brak odwagi do zajęcia się własnymi sprawami. najczęściej słyszy się rusz wreszcie dupę i weź się do roboty, to Ci głupoty do łba nie będą przychodzić. Przestań sie nad sobą użalać, inni mają dużo gorzej…

    1. Masz rację. Początek Twojej opowieści o byłym mężu, to tak jakbym słuchała swojej historii. U mnie jeszcze doszło poronienie i też było kiepsko, ale na szczęście udało się i dzisiaj jest dobrze, chociaż każdy dołek brzmi niepokojąco.

  9. Miałem w rodzinie przypadki depresji i na ich podstawie wiem ,że jest niezła metoda którą sam zresztą stosuje. Jeśli na horyzoncie pojawia się sprawa, która może zakłócić emocje i w konsekwencji doprowadzić do depresji na długo przed jej ewentualnym zaistnieniem myślę tak. Załóżmy ,że się zdarzy taki najgorszy scenariusz / a powodów do paniki nie ma bo się jeszcze nie wydarzył/ to co za skutki to za sobą pociągnie? Co stracę a co ZYSKAM. I okazuje się ,że to straszne wydarzenie nie musi być tak straszne jak sie wydaje i gdy przyjdzie wiadomo co robić , człowiek sie kieruje do tych zysków a nie koncentruje na opłakiwaniu strat. U mnie to działa.

  10. Klik dobry:)
    Kiedyś depresja nie istniała. To, co dziś nazywamy depresją, kiedyś nazywało się “leń patentowany”. Tylko się wyleguje! Nawet ubrać jej się nie chce! Cały dzień jest w koszuli nocnej! Nic sobie nie ugotuje! Brudaska! Ma tłuste włosy! itd… itp…

    Dobrze, że od niedawna zaczęto inaczej patrzeć na problem. Oby tylko nie popaść ze skrajności w skrajność, do czego mamy tendencje…

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Dobry 🙂
      Masz rację. Zresztą chyba i tak już nadużywamy słowa “depresja”, a ją chyba jednak powinien stwierdzić lekarz. I może przez to, że nadużywamy tego słowa, lekceważymy chorobę.

  11. Takim logicznym myśleniem faktycznie można sobie pomóc, zwłaszcza przy stanach lękowych i zapobieganiu napadom paniki, a w depresji to tylko profilaktycznie albo już w czasie leczenia, gdy ustąpi najgłębsze stadium. W głębokiej depresji jest to zupełnie niewykonalne, bo osoba chora w niczym nie widzi żadnego sensu, a nawet jeżeli jej się uda chwilowo zmobilizować do rozsądnego myślenia, to zaraz nasuwa się “i po co? i co z tego?”

  12. Mnie do pionu postawiły moje dzieci. To dla nich co rano wstawałam z łóżka. Gdyby nie one pewnie bym nie wstawała. Obyło się bez farmaceutyków ale nie bez fachowej pomocy psychologa.
    To choroba bez granic, nie zważa na posadę, stan majątkowy, pochodzenie, wykonywaną pracę. Czasami o swojej depresji mówią ludzie, co do których myślimy, że są szczęśliwe, że nic do szczęścia im brakować nie powinno. Bo niby pracę ma, dobrze zarabia, mąż w domu, dzieci też, dom piękny więc o co chodzi? No wymyśla i już…

    1. Albo w dupie się jej poprzewracało i oczekuje od życia nie wiadomo czego. Takie komentarze pewnie też można usłyszeć.

  13. a ja wiem, co to jest…i po części utożsamiam się z twoja bohaterką. Przeszłam, przezwyciężyłam, pomógł czas i siła woli, bo terapeuta okazał się nieudacznikiem…źle trafiłam. I pojawił się nowy mężczyzna, dzieci… i jestem spełniona

  14. Sama przez to przeszłam, tyle że w moim przypadku powodem był brak akceptacji wśród koleżanek i kolegów w szkole. Nie pamiętam już co się stało, że się pozbierałam, ale zajęło mi to parę miesięcy chyba…
    Może i to przez co ja przeszłam, nie przykuło mnie do łóżka na kilka dni, ale na samo wspomnienie tamtej niemocy przechodzą mnie ciarki.

    1. Może to nie była jeszcze depresja, ale jakieś załamanie. Bo z depresji raczej trudno wyjść bez pomocy psychiatry i leków.

  15. W sytuacji tej kobiety, to akurat depresja jest dość zrozumiała. Wiele osób by sie załamało będąc na jej miejscu. Zastanawiam sie tylko nad tym czy niektórzy nie popadają w nią, bo tak jest im łatwiej. Mam tu na mysli sytuacje, w których człowiekowi nic sie nie chce (bo jest leniem) a potem jego lenistwo sięga zenitu. Przestaje wychodzić z domu, wstawać z łózka az w koncu twierdzi, że popadł w depresje, że jest źle itd. Tylko czy w takich przypadkach można mówić o depresji? sama nie wiem..

    1. Świadomie raczej w chorobę się nie popada. Czasami wydaje się, że to lenistwo, ale podłoże może być bardziej skomplikowane. A depresję to powinien stwierdzić lekarz.

      1. Mnie się wydaje, że po prostu jedni mogą być bardziej podatni na depresję inni mniej. Być może po innej kobiecie takie problemy jak Twojej koleżanki spłyną, jak po przysłowiowej kaczce, albo nie dopuści do ich nawarstwienia, bo po pierwszej zdradzie wystawi facetowi walizki za drzwi. Jedni są silniejsi, potrafią sobie ze stresem radzić, inni nie. Może jest też tak, że depresja musi “trafić na odpowiedni moment”. Jednego dnia z problemem sobie poradzimy, drugiego powali nas skutecznie.

        1. Pewnie tak. Może to też zależy od wrażliwości. Wrażliwi ludzie są pewnie bardziej delikatni i może przez to podatni na depresję.

    2. Ale to i nie jest tak, że w depresję popada się z jakiegoś powodu. W końcu przejściowe depresje przechodzi większość z nas w okresie jesienno zimowym, bo jest niedostateczna ilość słońca a tym samym wit. D. Dlatego im bardziej na północ, tym większy odsetek ludzi z depresją. A tak niekiedy eufemistycznie zwany zespół chronicznego zmęczenia to może być objaw całkiem sporej ilości chorób. Ale jeśli dochodzi do tego, że mi się nie chce cały dzień wstać z łóżka to to już jest coś zdecydowanie więcej niż tylko lenistwo i tym się należy niepokoić. Tylko fakt, u kogoś kto zawsze musi coś robić, taki objaw będzie niepokoić, u osoby leniwej zostanie skwitowane – a tej/temu to już całkiem odbiło, nawet z łóżka się wstać nie chce, żeby listonoszowi otworzyć.

  16. depresja ma różne oblicze i może każdego chwycić ….to nie powód do wstydu, tylko mentalność niektórych ludzi mnie po prostu osłabia,

    nie bądźmy obojętni……

  17. Depresji nie należy się wstydzić. Choć ja nie nazwała bym tego depresją, ale próbą ucieczki od świta, takim jakim się go odbiera. Tyle tylko, ze ucieczka, to droga donikąd. I myślę sobie, że jest podobnie jak uzależnieniem, trzeba najpierw dożreć do myśli i przyznać, że problem istnieje inaczej pomoc z zewnątrz jest z reguły nie trafiona. Niestety.
    Trzeba nauczyć się oceny w sytuacji zagrożeń – to to o czym pisał wyżej Krzysztof – nie tylko poznajemy siebie i to na ile nas stać, ale siły do pokonania samego siebie. A bilans zysków i strat, wiem z autopsji po fakcie zawsze wychodzi na korzyść. Choćby początkowa sytuacja wydawał się końcem świata 🙂

    1. Masz rację. Też mi się to skojarzyło ze stanem podobnym do uzależnienia. A to, o czym pisał Krzysztof, jest trudne, ale faktycznie może przynieść dobre skutki. Trzeba chyba się nauczyć takiego podejścia. 🙂

      1. Jest trudne, ale do zrobienia, bo tym co nas gubi jest nasza emocjonalność. Trzeba nauczyć się rozróżniać i rozumieć emocje i to co z animi stoi naprawdę. Ile w nich jest z prawdziwych nas.

  18. Dla mnie osobiście nie ma różnicy pomiędzy “mam depresję” a “mam zapalenie płuc” jeżeli chodzi o wartość tej informacji. Choroba niesie ograniczenia i tyle. Trzeba ją leczyć.

  19. Depresji należy się wstydzić. Podobnie jak zwolnienia lekarskiego z powodu grypy. Grypą czy depresją czy jakąkolwiek można się pochwalić, jeśli nie przeszkadza na w chodzeniu do pracy. Tu nic nie dadzą kampanie reklamowe – człowiek chory to człowiek gorszy.
    Wprawdzie SM to nie depresja, ale na forum dla SMów jest temat: czy przyznawać się do choroby. Zdanie większości, w tym i moje: trzeba wiedzieć, komu się można przyznać. To samo bym powiedziała o depresji.

    1. To może inaczej. Nie wszystkim należy o niej mówić (nie każdy pracodawca jest na przykład wyrozumiały), ale wstydzić się nie ma czego. Przecież choroba dopada nas nie dlatego, że chcemy.

      1. Ten pierwszy akapit to takie podsumowanie naszej cywilizacji, gdzie należy zawsze być na pełnych obrotach. Tak trochę w temacie tej leniwej blogerki, o której ostatnio pisałaś – wróciła z wakacji i nic jej się nie chce – nie ma miejsca dla takich w naszej firmie. Na comming outy to sobie mogą celebryci pozwolić. I oni będą chwaleni za odwagę.
        Gdybym przeszła/przechodziła depresję stwierdzoną przez lekarza (neuro o mojej mówił, że to nie jest kliniczna, ale przecież z lekarzem nie będę rozmawiać tekstem Kur: Mam znowu doła, znów pragnę śmierci, jakoś muszę nazwać to swoje samopoczucie psychiczne) to z pewnością ostatnią osobą, której bym się do tego przyznała, byłaby moja matka. Ona nie rozumie, jak można mieć depresje, w końcu ludzie obozy koncentracyjne przeżyli, z Syberii uciekli i jakoś żyli. I ona nie jest odosobniona w swoich opiniach.
        Reasumując: wstydzić to się nie należy. Na pewno nie przed sobą samym. Ale należy liczyć się z tym, że depresja przez wielu uznawana jest za podwód do wstydu, więc naprawdę warto się zastanowić, z kim o tym rozmawiać.

      2. A mnie to szefowa wlasnie pomogla. To ona zobaczyla czerwone i zmeczone oczy i zgarbione ramiona. Poprosila mnie na rozmowe i juz sie balam a ona powiedziala, ze powinnam isc do lekarza. Z lekarzem tez dobrze trafilam, bo zadzwonilam i sie okazalo, ze moja doktorka chora i sezon grypowy ale rejestratorka spytsla czy to pilne i co mi dolega i jak uslyszala, to mnie wepchnela lekarzowi na sile jeszcze tego samego popoludnia… Dobrze jak sie trafi na dobrych ludzi… bez mojej szefowej pewnie doprowadzilabym i siebie i corke do stanu kompletnej rozpaczy

  20. Skomplikowanej kwestii dotknęłaś. Część się wstydzi i nie przyznaje, bo wezmą ich za świra, w końcu to choroba psychiczna. Z drugiej strony znam te hipochondryczki i hipochodryków, co to co tydzień mają zawał albo raka, a co kilka dni depresję. Jeszcze znieczulenie problemem, bo depresja kojarzy się z deprimami i innymi lekami dostępnymi bez recepty, więc po co się “chwalić błahostką”. No i są jeszcze ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że na depresję cierpią. Do tego dochodzi kulejąca psychiatra i leczenie chorób psychicznych polegające jedynie na zapychaniu ludzi środkami farmakologicznymi, częstych ich zmianach, a terapie wspomagające? No cóż. “Siedzę” w temacie ze względu na kilka (!) bliskich osob z tym problemem i jestem permanentnie zła, na to wszystko co się dzieje z nimi i dookoła nich, niektórym jakby nie dało sie pomóc.

    1. Fakt, że niektórym bardzo trudno pomóc, bo na siłę tego nie zrobisz. A temat złożony. Tak jakoś mnie na rozmyślania ostatnio wzięło. Druga rzecz, że na wizytę do psychiatry trzeba czekać kilka miesięcy, więc o jakiej pomocy lekarskiej w ogóle mówimy.

  21. w tym temacie mogłabym wiele i długo, i powiem tylko tyle jednak, że ta znajoma miała przyjaciółkę na wagę złota i to bardzo, bardzo dobrze, że ją miała

    … i owszem, powinno się mówić o depresji głośno i otwarcie. Tym głośniej im więcej ma się na to siły.

    1. Może uda się komuś pomóc, jak będzie się o tym mówiło. I żeby nie było tak, że każdy dołek, to już deprecha jak nic.

  22. Mój tata miał depresję i bardzo się tego wstydził. Nie chciał z nikim rozmawiać ani sobie w żaden sposób pomóc.
    Po długiej walce mu się udało… ale były momenty krytyczne…

  23. Depresja. Podła istota.
    Miałam koleżankę, która cierpiała na nią. Dwa razy próba samobójcza, a powodem była zła relacja z matką i brak ojca… Powód, który nie da się zlikwidować z dnia na dzień, a nawet to nie możliwe. Pamiętam, że cała grupa znajomych ją wypchnęła z zaułku.
    Dobrze mieć kogoś bliskiego, kto pomoże. Ale są tacy co są sami, niestety.

  24. Choróbsko okropne i nikomu nie życzę, bo i mnie dopadło, mimo, żem młoda (a może już zaliczam się do starych?). W tym czasie najważniejsza jest pomoc bliskich i zrozumienie. Pomoc lekarska jest ważna i przetłumaczenie do łba, że załamka niczego nie zmieni. Teraz zmieniłam nastawienie o 180 stopni i nikt by mi nie uwierzył, że miałam depresję, bo adhdowiec jestem rozszalały. Dotarło, ile tracę, jak życie przecieka przez palce… Minęło sporo czasu, ale da się z tego otrząsnąć. Patrzeć na wprost, nie wracać myślami do złego i brać garściami z życia, co najlepsze, o!

  25. Ma wrażenie ,że mylicie smutek z depresją…mój stan trwa około dwóch lat…nic nie cieszy…naprawdę nic!Zapominasz jeść,dni Ci uciekają,nie wiesz że chodzisz do pracy…pojedyncze lepsze dni,przedzielają długie dni niewyobrażalnego smutku.Nie zauważasz nawet ,że pory roku się zmieniają…jakimś ukojeniem są prochy. Stawiają na chwilę do pionu,potem jest to samo i tak do następnego razu

    1. Czy mylimy smutek z depresją? Wiem, czym jest smutek. A czym depresja? Hmmm, taki cytacik z książki: “Pierwsze wydanie [podręcznika do depresji] Diagnostyczny i Statystyczny Podręcznik Zaburzeń Psychicznych (stanowiącego międzynarodowy standard dot. tych chorób) z 1952 r. definiowało ponad sto rozpoznawalnych postaci depresji. W piątym wydaniu (z 1994 r.) liczba definicji wzrosła trzykrotnie”. [J. Virapen, Skutek uboczny śmierć]
      Niewykluczone więc, że smutek także może być jedną z postaci depresji wg ww. podręcznika, ponieważ, jak dalej pisze Virapen, nawet eksperci nie potrafią określić definicji depresji.
      Może skutkiem tej niejasności definicji depresji jest to, że część ludzi rzeczywiście dotkniętych depresją nie próbuje jej leczyć, a dla odmiany część od razu z chandrą trwającą dłużej niż tydzień szuka pomocy medycznej. I może dlatego jeden lekarz potraktuje takiego co mówi, że ma depresję jak hipochondryka, drugi zacznie leczyć na depresję a trzeci wykona badania diagnostyczne, żeby wykluczyć inne choroby.

  26. Rok temu, w trakcie diagnozowania mojego pierwszego nowotworu, mąż wyjechał za granicę i zapomniał wrócić. Po 30 latach zostałam zupełnie sama. Świat zawalił mi się na głowę. Ale jakoś dałam radę przejść przez to wszystko, pomógł mi zupełnie obcy człowiek. Wtedy myślałam, że może już być tylko lepiej. Otóż nie. Okazało się, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej… Kolejny nowotwór, utrata pracy, i przyplątała się depresja. Totalna niemoc, brak siły, jakichkolwiek perspektyw i niestety, nieudana próba samobójcza. I niby się leczę, ale są dni, że nie mam siły wstać z łóżka, nie jem, nie śpię, nie myję się, po prostu mnie nie ma, nakrywam głowę kołdrą bo chcę zniknąć i żąłuję, że wtedy mi się nie udało…

    1. Mam nadzieję, że jednak się w końcu los odwróci. Wiem, że to strasznie banalnie brzmi, ale trzymam kciuki, żeby się udało. Ściskam ciepło i bądź dzielna.

  27. fascynuje mnie fakt, że baby nie dopuszczają myśli że “mój” może odejść.., zdradzać.., bić..każdy inny ale nie mój.. uzależnienie jak od narkotyku i ciężki odwyk…

    1. Niektóre nie tylko dopuszczają do siebie taką myśl, ale wręcz są tego pewne. Dlatego nieustannie szpiegują małżonków, odpytują gdzie był i dlaczego tak długo, kim była ta pani i dlaczego tak na nią patrzył. W ten sposób zamieniają swoje małżeństwo w piekło jeszcze zanim mąż zdradzi. Bo że w takim układzie zdradzi – to pewne. Tak na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni.
      To ja wolę jednak wierzyć, że Mój jest inny niż większość.
      A depresja może się przybłąkać nawet niezależnie od zdrad czy innych wad małżonka. Podobnie jak zdradę można przeżyć nie popadając w depresję.

  28. byłam nad przepaścią. W sumie 2 razy. Za pierwszym razem nie wiedziałam o tym. Zawód miłosny, bolesny. Zmuszałam się do zjedzenia pól kromeczki na śniadanie, 2 łyżki zupy, jeden kęs drugiego dania na obiad, na kolację najczęściej nic. Wstawałam bo musiałam iść do pracy. I tak zleciało kilka tyg. Nie pogarszało się bardzo ale poprawy też nie było. Na szczęście “pojawił się” kumpel, tylko i aż kumpel, który o niczym nie wiedział ale, że akurat też była sam to ciągnął mnie ze sobą na imprezy, grille, piwo, zaglądał do mnie po to, po tamto, po siamto. I się ogarnęłam a on wyjechał. Za drugim razem było gorzej. Może jadłam więcej, ale pojawił się alkohol, co wieczór, najczęściej butelka wina. Sypało się moje beznadziejne małżeństwo. Nikt nie pytał jak sobie radzę, tylko mówili co jeszcze powinnam zrobić, jak “zawalczyć”, dawali super-ekstra dobre rady jak je uratować. A ja w środku wyłam. Średnio 10x dziennie chciało mi się beczeć. Zastanawiałam się nad połknięciem leków żeby wylądować w szpitalu z dala od nich wszystkich. To było straszne, najciemniejszy okres w moim życiu. Przypadkiem byłam na rozmowie z psychologiem, takie szkolenie miałam. I babka się zorientowała, że u mnie jest nie halo, że ledwo się trzymam. W końcu mogłam się komuś wygadać, bez osądzania, dobrych rad. Po prostu mogłam z siebie wyrzucić to co mnie gnębi, z czym nie daję sobie rady. A babka mi mówi: “słuchaj, nie zastanawiaj się, albo Ty albo on, jeśli z nim zostaniesz to nie dasz rady, szkoda Cię”. W końcu mnie ktoś zrozumiał!! I mi współczuł?, nie wiem ale to był taki “kop”, który mnie zmobilizował do walki o siebie. Podjęłam decyzję o rozwodzie. Od razu mi ulżyło, po prostu “chłop z wozu, babie lżej” – parafrazując powiedzenie 🙂 Zaczęłam wracać do żywych. I teraz jestem szczęśliwa, tylko jedna osoba wie jak ze mną było źle, kilka wie, że nie było dobrze ale nie wiedzą jak źle. Trzeciego załamania chyba nie przeżyłabym. Ale teraz znam swoją wartość, i nie słucham ludzi, tylko robię to na co mam ochotę. I nie przejmuję się czy komuś podoba się moje zachowanie czy nie. Nie chcę wrócić do takich stanów. Chcę żyć 🙂 pozdrawiam wszystkich, którym się udało wyjść z dołka 🙂

    1. Cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło. Miałam bardzo podobnie i też koleżanka psycholożka dopiero zorientowała się, że coś nie tak i powiedziała mi to samo, co Tobie. W końcu odbył się rozwód. Wtedy myślałam, że to koniec świata. Teraz wiem, że to był zaledwie początek normalnego, szczęśliwego życia. Ale wtedy się bałam jak cholera. Czasami dobrze, jak ktoś z boku zasunie kopa, coś uświadomi, wysłucha itp.
      Trzymaj się. Pozdrawiam 🙂

  29. Dzięki za temat .Hm ,okropne uczucie O-K-R-O-P-N-E , okropna jest niemoc ,niemoc ogarnięcia problemu ,świata dookoła i przede wszystkim siebie ,ta cholerna nie moc .To że człowiek nie ma nawet siły wstać z łóżka ,zjeść , umyć się i stawić czoła problemom .Po byłym mężu bydlaku ,moje jedyne ukochane dziecko zaczęło szaleć ,powiedziało za dużo ,zrobiło wiele złego ,słowem jednym wypięło się na mnie i to był ogromny cios w serce. Zdrowy tryb życia(rower,pływalnia i.t.d ) ,zdrowe odżywianie zamieniłam na zdrowego wieczornego porządnego drinka ,wóda s sokiem ,bez jedzenia ,bo i po co ? finał był taki że nie odbierałam tel. nie wychodziłam z domu ,nikogo nie chciałam widzieć i żeby nikt nie widział mnie w takim stanie ,potem głupie tłumaczenia i robienie dobrej miny do złej gry,nie wspomnę o myślach samobójczych . Przeczytane tony książek jak się nie dać depresji ,rozmowy z psychologiem ,rodzina pomagała w postaci :wyjdź do ludzi ,zrób coś z sobą ” spełzły na niczym . Kopniakiem w tyłek było wyczyszczone konto do zera i prawda taka że mi nikt nie pomoże jeśli JA sama nie będę tego chciała ,pomóc sobie , CAŁKOWITA PRACA NAD SOBĄ , skupienie się na sobie i bólu który drąży umysł i ciało,potem wybaczenie innym ,sobie za słabość .Ludzki umysł to potęga ,wmówienie sobie że DAM RADĘ ,że życie jest takie kruche i krótkie żeby leżeć w łóżku ,nie jeść i nie kochać na nowo ,robić to co sprawia frajdę ,radość ,przyjemność .Wychodzę z tego z podniesioną głową ,wzięłam się do porządnej pracy , życzę tego wszystkim . Tyłek z tytanu się przydaje i podświadome pozytywne myślenie . Człowiek musi mieć cel w życiu , a celem jesteśmy my sami dla siebie .
    Pozdrawiam autorkę

    1. Życzę siły w walce o siebie. Cieszę się, że dajesz radę. A tyłek z tytanu dobrze mieć, to prawda. Serdecznie pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *