Ja nie lecę do Chile!

W angielskim czynię nieustające postępy. Mamy kapitalną lektorkę, grupa też sympatyczna. Jest wesoło. Kobitka wymyśla dla nas różne ćwiczenia, daje kserówki. Ostatnio nawet wysłała nas do grupy zaawansowanej, bo mieliśmy wyciągnąć od nich po angielsku dane osobowe. W zasadzie już prawie mogę pracować w FBI.

Czasami dzieli nas na pary. I kiedyś opowiedziała, że jak pracuje z dziećmi, to przydziela im jagódki i orzeszki (obrazki), a potem każe pracować jagódkom razem i orzeszkom razem. Nam jednak tego nie zaproponowała. Ja oczywiście prawie się oplułam, tak parsknęłam śmiechem. W naszym przypadku jagódki i orzeszki kojarzyłyby się jednoznacznie. Dziwne jednak, bo tylko ja parsknęłam. A potem lektorka kazała mi policzyć do 10 i oczywiście przy sześciu parsknęła grupa, bo wyartykułowałam pięknie „seks”. A to wszystko przez te jagódki i orzeszki. One mnie zmyliły.

No, ale ostatnio, kiedy uczyliśmy się liczby mnogiej, przypomniało mi się jak 9 lat temu z Jajem (małym jeszcze wtedy) leciałyśmy do Norwegii z przesiadką w Londynie. Miałyśmy tam 16 godzin „postoju” na lotnisku. To był nasz pierwszy w życiu lot. Ja oczywiście po angielsku ni w ząb. Jajo coś tam policzyć i przeliterować już umiało, jednak w razie kłopotów to za mało. Ale miałyśmy zasadę: iść za tłumem.

No i ustawiłyśmy się już do wejścia na pokład samolotu. Stajemy w ogonku, a jakiś facet do mnie po angielsku coś gada. Nie umiem tego powtórzyć w oryginale, więc zrobię to po polsku. On pokazuje mi na początek kolejki i mówi, że dorośli z „children” wchodzą bez kolejki. A ja:

– Chile?

Facet jeszcze raz powtarza to samo, ale już z dziwnym wyrazem twarzy.

– Do Chile? – pytam już z przerażeniem. A facet niczym mantrę powtarza coś po swojemu.

– Ja-nie-do-Chi-le! – mówię już głośniej i wolniej, bo widzę, że facet się uparł. – Ja-do-Nor-we-gii!

Facet znów swoje. I wtedy się zaniepokoiłam, że może ten samolot faktycznie leci do Chile.  Biorę Jajo za rękę i wyciągam z kolejki, bo przecież trzeba sprawdzić na tablicy, dokąd ten samolot. Okazało się, że ani do Chile, ani do Norwegii. Nasz miał być za pół godziny, za szybko ustawiłyśmy się w kolejkę.

– Jakiś dziwny facet, z tym Chile, nie? – mówię do Jaja, kiedy już usiadłyśmy na ławce, by czekać na swój lot.

– Mamo, on mówił coś o dzieciach. On mówił „children”.

– A nie Chile?

– Nie.

Ha! Moja mina bezcenna. Wtedy oczywiście dotarło do mojej czachy, że dorośli z dziećmi bez kolejki wchodzą, więc dlatego tak mi pokazywał w tamtym kierunku. No to zaliczyłam wpadkę debila, normalnie, w dodatku na obcej ziemi.

Dlatego teraz uczę się języka, bo analfabetyzm totalny. Wtedy jeszcze na tym lotnisku mnie jakiś Anglik zaczepiał. Pamiętam, jak Jajo spało na walizce, a ten coś do mnie gadał. Jedyne słowo, jakie rozumiałam to „kawa”, więc przyjmuję wersję, że jednak nie chciał mnie tam zamordować, tylko ewentualnie poderwać, bo uśmiechał się uroczo. I niezłomny był, bo chyba z pół godziny do mnie gadał. Pewnie miał nadzieję, że mnie nagle oświeci i zrozumiem. A tu za cholerę nie szło.

111 myśli na “Ja nie lecę do Chile!”

  1. Klik dobry:)
    To i ja zacznę naukę. Jak pomyślę, ile kaw pewnie ominęło mnie w życiu… 😉
    Mama zawsze mówiła, że nauka to potęgi klucz, a ja głupia odbierałam dosłownie… 🙂

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Ha, ha 🙂 Zawsze jakoś odwlekałam moment nauki angielskiego, szukając różnych wymówek, a teraz jestem bardzo zadowolona. 🙂 Polecam 🙂

  2. “- Ja-nie-do-Chi-le! – mówię już głośniej i wolniej, bo widzę, że facet się uparł. – Ja-do-Nor-we-gii!”

    To zabawne, że my, Polacy, jak mówimy “po naszemu” i obcokrajowiec nie rozumie, to zaczynamy mówić wolniej i głośniej – jakby to miało pomóc… ;D.

    A z tym językiem, to oj, prawda, prawda. Ja pamiętam nasze wczasy w Bułgarii sprzed… ło matko, pięciu lat. Wylądowaliśmy w bułgarskiej miejscowości Biała, która prawdziwym kurortem miała się stać dopiero za kilka lat – ogólnie rzecz biorąc zapadła dziura z hotelami, dopiero w trakcie pierwszej fazy turystycznego rozwoju. My z Mamą Sz. po angielsku, a tam – tylko rosyjski, ukraiński. W całej miejscowości znaleźliśmy jedną jedyną młodą kelnerkę co trochę po angielsku.

    I kurcze, bez języków to się jednak nie da. No po prostu, normalnie, nie da i koniec. Anglicy to mają dobrze, angielskiego się uczyć nie muszą specjalnie ;).

      1. Prawda? Wszyscy tak myślą i potem są na wakacjach sytuacje, że siedzi Polak w restauracji i krzyczy sylabizując do biednego kelnera po polsku, a ten oczywiście nie łapie nic…

    1. Ja dla odmiany po rosyjsku nie miałabym żadnego problemu. W Niemczech tak się dogadywałam, bo w byłym NRD co niektórzy jeszcze znają. 🙂

        1. Ale ja po rosyjsku chyba 4 lata temu w Niemczech się dogadywałam i to z Niemcem takim na oko dwudziestoparoletnim. Wydaje mi się, że chyba też nastawiają się na rosyjskich turystów.

          1. Zgadza się i dlatego jak człowiek gdzieś jedzie, to normalnie czuje się jak analfabeta. 🙂

  3. Hahahahaha, jaki miły początek dnia 🙂 od dziś już zawsze children bede kojarzyć z Chile 😀 nie wiem czemu ludziom wydaje się że jak powiemy wolniej i głośniej to nas zrozumieją 😛

    1. Kiedyś w LO anglistka nam opowiadała, jak widziała jak Polka w Berlinie chciała kupić zieloną bluzkę. I też to tak wyglądało: zieloną bluzkę poproszę. ZIELONĄ BLUZKĘ. ZIE-LO-NĄ BLUZ-KĘ.
      Dobrze, że się w zieleniach raczej nie noszę, bo chyba tak siłą skojarzeń nawet z Polsce bym kupowała ZIE-LO-NĄ BLUZ-KĘ. I tym bardziej by na mnie patrzono jak na idiotkę.
      No i teraz do skojarzeń z zieloną bluzką dojdą mi czildren z czile 🙂

  4. Fajnie byłoby znać angielski. Ja tylko umiem się przedstawić w kilku językach, które miałam w szkole i na tym koniec:) A w szkole jak to w szkole, co rusz inny język mieliśmy, a ciągłości żadnej.

  5. Witam zapaloną lingwistkę!

    Opowiem historyjkę. mając 18 lat pojechałem z kolegą Junakiem z koszem (cudo!) na wakacje na Hel pod namiot. Wtedy były tam jeszcze dzikie pola namiotowe i śladowe ilości ludzi. Poznaliśmy tam dziewczynę (Sabinę) Niemkę z NRD. Zjawiskowa dziewczyna – kompletny ewenement wśród “ładniejszej” części nacji niemieckiej. Niestety nie mogliśmy się dogadać – my – angielski i rosyjski, ona tylko niemiecki, mimo, że w NRD, podobnie, jak u nas rosyjski był obowiązkowym przedmiotem. Na marginesie, jej mama była nauczycielką j. rosyjskiego – jak się okazało później znała ten język niewiele lepiej, niż my. Ale do rzeczy. Pragnienie porozumienia się z Sabiną było tak olbrzymie, że “zjeździliśmy” wszystkie miejscowości na Helu i nad Zatoką Pucką w poszukiwaniu rozmówek polsko-niemieckich. W końcu znaleźliśmy i ….. (dogadaliśmy się). Jak widać różne mogą być motywacje do podjęcia nauki języków obcych!

    PS. Kiedy jako dziecko uczyłem się angielskiego były takie ćwiczenia wymowy i rytmu, w rodzaju naszego “stół z powyłamywanymi nogami”
    Jedno jeszcze pamiętam: “How much wood would a woodchuck chuck, if a woodchuck could chuck wood?”

        1. No i dopiero teraz zauważyłam, że tu już więcej takich łamańców… No, ale tak to jest, jak się włączy komputer, cośtam porobi, nie odświeży strony, to się wydaje, że komentarz niewiadomojak oryginalny się napisało…

          1. Toż to proste: szi sells siszels on de/ze siszor 😀
            (wymowy “the” to Cię chyba uczyli, tego się nie da zapisać)
            W każdym razie tu chodzi o to, żeby to jak najszybciej wymówić. Kiedyś jakiś Anglik (nie pamiętam jak się nazywał, to chyba ten z Europa da się lubić) opowiadał, jak uczył w polskiej szkole angielskiego i “dowcipni” uczniowie zadawali mu ten stół z powyłamywanymi nogami, to on takiemu dowcipnisiowi kazał ileś razy ten tekst o muszelkach powtórzyć.

          2. Ha, ha 🙂 W każdym języku są takie połamańce. Ja może potrenuję je trochę później, jak jeszcze troszkę się poduczę. 🙂

          1. z tej strony bezbłednie to powiedziałam tylko: Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie, Strząsa skrzydła z dżdżu, A trzmiel w puszczy, tuż przy Pszczynie, Straszny wszczyna szum… ;))))

    1. Starał się bardzo, ale byłam tak wszystkim przestraszona, a do tego jeszcze śpiące dziecko, że nie dało się. Na wszelki wypadek się tylko uśmiechałam i tyle. 🙂 🙂

  6. Dla mnie najgorszy to Yellow lorry, red lorry, yellow lorry, red lorry, yellow lorry, red lorry, a woodchucka bardzo lubiłam.
    Głośniej i wolniej to nie tylko my, Anglicy też tak mają.

  7. No tak, podróże są baaardzo kształcące.Ale tak się zastanawiam, jak Was puścili nie do tego samolotu, co trzeba??? Kart pokładowych nikt nie sprawdził? Totalny bałagan, na tych lotniskach! Ale przygoda była:) A języków warto się uczyć, każdy to już zrozumiał. Mnie uczono tylko rosyjskiego. Teraz też muszę nadrabiać, żeby gdziekolwiek się ruszyć.miłego dnia!

    1. Nie puścili nas, bo wyszłyśmy z kolejki. Po prostu przed naszym samolotem z tej samej bramki odlatywał inny. A przed wejściem na pewno sprawdziliby bilet, więc nie było szans, żebyśmy poleciały gdzie indziej. 🙂
      Mnie też uczono rosyjskiego, ale jeszcze niemieckiego. 🙂

  8. Witam ponownie! ;O)
    Trochę mi się zrobiło głupio, że tylko czytam więc napisałam coś też u siebie…
    Jeśli chodzi o j.angielski to też uczyłam się go w szkole…jak to jest z nauką języków w naszych szkołach każdy wie, przynajmniej jak ja się edukowałam (było to ładnych kilkanaście lat temu), ale powiem wam, że moją łamaną angielszczyzną dogadywałam się z ludźmi w Holandii.

    1. Właśnie dążę do tego, żeby chociaż znać taką “łamaną” angielszczyznę, cokolwiek, aby się dogadać i rozumieć co inni do mnie mówią. 🙂

      1. Ja zazwyczaj rozumiem co inni do mnie mówią, ale przeważnie mam problem z wypowiadaniem się… Często jest tak, że dukam coś przy okazji ostro gestykulując…ale ten sposób sprawdzał się na holendrach…;)
        Za to moje dzieci (wtedy 3 i 4 latka) świetnie ze wszystkimi się dogadywali i to w języku holenderskim…często robili za tłumaczy…

          1. To fakt! Byliśmy w Holandii niecały rok a oni świetnie się ze wszystkimi dogadywali…ja w tym czasie podłapałam tylko kilka niezbędnych słówek typu: “dzień dobry”, “do widzenia”, “dziękuję” itp. 😉

          2. No dokładnie tak…też to zauważyłam. Tak samo swobodnie rozmawiali z dorosłymi jak i z dzieciakami…i nie przejmowali się jak mówią czy poprawnie…ważne, że ten ktoś zrozumiał o co im chodziło…;)

          3. Dorosłemu to chyba najtrudniej się przełamać, bo cały czas myśli, że mówi niepoprawnie, a to po prostu trzeba mówić i tyle, nawet jak jest źle. 🙂

  9. Rzeczywiście, takie czasy – bez angielskiego ani rusz. Ja żartuję, że nie mam motywacji do do nauki, bo tak kocham wyjazdy w różne zakątki Polski. Zagranicę mi się totalnie nie śpieszy. Gorzej, że coraz więcej cudzoziemców u nas i jak taki o coś taki zapyta – to kicha…
    A kiedyś to 4 z matury była…

    1. A wiesz, że ja też tak do tej pory to bardzo chwalę wyjazdy w różne rejony Polski? No, ale czasami za granicę człowiek się też ruszy i wtedy kiszka. 🙂 🙂 A na maturze zdawałam rosyjski. 🙂

  10. Kurko-nie wiem co napisać,bo Sabinka już w temacie się wyraziła.Ja najbardziej ze szkoły zapamiętałam rosyjski.Daj znać kiedy ta książka się pojawi.Bo” I’m so excited”! :).

  11. Z takich lapsusów językowych to lubię tak zwane bezpośrednie tłumaczenia. Ot np chcąc powiedzieć wierzę Ci pewien Polak powiedział I tower You, inny wszedł do kwiaciarni i zamówił white without w jego rozumieniu biały bez. Takich numerów jest więcej, a druga strona to już wspomniane w dyskusji głośne i wyraźne wymawianie kwestii po polsku z tym ,że w obcym kraju. Sam raz widziałem w pewnym małym banku w Lyonie jak mój student żądał od kasjerki francuzki po polsku aby mu wymieniła marki na dolary. I krzyczał donośnie i z bezbłędną dykcją. Itp. Ale język angielski otwiera prawie wszystkie drzwi, więc bardzo warto.

      1. Otworzą się , jak lubisz muzykę to staraj się zrozumieć teksty piosenek albo je wyszukaj na YouTube i przeczytaj , przetłumacz i śpiewaj pod nosem. Potem możesz zacząć czytać angielskie blogi, książki i będzie OK. Przy Twojej systematyczności spokojnie dasz radę, a gramatyką sie skrajnie nie przejmuj. Najważniejsze to sie porozumieć.

        1. Właśnie Jajo mi to samo mówi. Mam trochę mało czasu, ale staram się na razie bardzo systematycznie uczyć. Za dwa tygodnie mam sprawdzian. 🙂 A z dyktanda dostałam 3 gwiazdki (maks.) i cieszyłam się jak dziecko. 🙂 🙂 🙂

          1. Nuć sobie np. pierwsze piosenki Beatlesów typu love me do tekst prosty a parę słów i składnie zapamiętasz, bo te późniejsze to często taki slang ,że hej a za gwiazdki gratulacje a i Jajo mądre

  12. Heh:) Jak to jakieś podobne słowo potrafi człowieka zmylić jeśli się języka nie zna 🙂 Dobrze że uczysz się angielskiego, na prawdę się przydaje. Niby Polacy mają swój własny, piękny i cholernie trudny język ale coraz częściej słyszymy angielskie słówka na proste rzeczy zamiast korzystać z naszych. A już o wymyśleniu nowej nazwy po polsku na wynalazek, który dopiero co wchodzi na rynek to mowy nie ma….

    1. Ja to się cieszę, kiedy te obce nazwy się spolszczają i można je pisać tak jak się słyszy. Tak ostatnio stało się z wyrazem “mejl”, mnie to ułatwia życie. 🙂 🙂

  13. Wpis bardzo zabawny 🙂 ja mialam wiele zabawnych sytaucji jesli chodzi o porozumiewanie sie w jezyku angielskim. Po slubie przeprowadzilismy sie do Johannesburga. Ja swiezo upieczona zona chcialam upiec ciasto i potrzebowalam proszku do pieczenia. Bedac w supermarkecie nie znalazlam nic co by go przypominalo. Znalazlam pracownika i zaczynam mu opowiadac co potrzebuje. (slowo proszek do pieczenia nie znalam)Po jakims czasie moich wyjasnien bardzo lamanym angieskim pan zwatpil i zawolal swojego kolege do pomocy. Po nastepnych kilku minutach oboje stwiedzili, ze ja potrzebuje make i wybrali mi ja sami.Ja oczywiscie mowie,ze make mam i dalej opowiastka o proszku do pieczenia. Panowie wyjasniaja, ze maka wystarczy, ja ze nie. Panowie zawolali piekarza(p’n’p supermarkety maja swoje male piekarnie w sklepie) ktory rowniez wyjanil,ze ta maka jest spcjalnie do pieczenia ciast i proszku do pieczenia nie potrzebuje. Podziekowalam za ich czas i cierpliwos :). Maka kupilam i w domu sprawdzam co na tej mace bylo napisane, a tam jak byk stoi self raising. Tutaj mozna kupic make,ktora juz jest wymieszana z proszkiem do pieczenia :). Moje poczatki tutaj byly czasami bardzo zabawne jak widac. Teraz juz mowie plynnie po angielsku 🙂

    1. Sprytne z tą mąką. Człowiek nie musi się martwić o proszek. 🙂 To prawda, że co kraj, to obyczaj i zanim człowiek się przyzwyczai, to trochę czasu minie. Byłam kiedyś przez miesiąc w Norwegii (to właśnie opisana przeze mnie podróż) i na przykład dziwiło mnie, że tam nie ma w ogóle twarogu. Nigdzie. Ale mieli mleko zsiadłe, więc łatwo można go było zrobić. 🙂

  14. Czytając komentarz Krzysztofa o “bezpośrednich tłumaczeniach” przypomniał mi się angielski dowcip o znajomości angielskiego przez Polaków, a może to polski dowcip tyle, ze po angielsku.
    Może się uśmiechniecie, chociaż trudno przebić Twój tekst.

    Anglik spotyka Polaka na Trafalgar Square i pyta:
    – What are you doing in the UK? Are you tourist?
    – I came here to polish my English!
    – It was not necessary. Your English is enough Polish.

    1. Dowcip po angielsku? Dla mnie? Ja dopiero przy danych osobowych jestem i liczbie mnogiej. 🙂 Będę musiała później Jajo poprosić o tłumaczenie. 🙂 🙂 Nie rozumiem trzeciego zdania! 🙂

  15. Zawsze – apropo języka obcego – nie rozumiałam jak to jest, że jak my, Polacy, gdzieś jedziemy, to zazwyczaj staramy się COŚ poczytać, CZEGOŚ nauczyć, chociaż jakiś podstawowych słów (chociaż u nas w Polsce i tak jest parcie na języki obce i dużo osób umie przynajmniej jeden).
    A jak jakiś obcokrajowca przyjeżdża do Polski, to ni w ząb nic nie powie, bo oczekuje, że to MY będziemy mówić w jego języku, zauważyliście to?
    Wiem, że polski nie jest prostym językiem, ale są trudniejsze i jakoś każdy się uczy:)

    a apropo Chile, zauważyłam też, że my Polacy, jak nas ktoś nie rozumie, to zaczynamy mówić głośniej, wyraźniej i sylabami… jakby to miało coś zmienić:D

    1. Tak chyba jest, ale to dobrze o nas świadczy, że staramy się nauczyć choć paru słów. Bo my taki otwarty naród jesteśmy, ciekawy świata. 🙂 🙂 I wszędzie nas pełno. 😉

  16. Nigdy mi się jakoś dzieci z Chile nie skojarzyły, ale na pocieszenie powiem Ci, że dla obcokrajowców niektóre polskie słowa również brzmią podobnie i są powodem pomyłek. Znajoma zastrzeliła mnie niedawno pytaniem jaka jest różnica między “kosz”, “kość” i “kurz”. Dla niej brzmią prawie identycznie 🙂 Inna znajoma bardzo się stara nauczyć polskiego i często prosi : mów do mnie po polsku. Więc mówię, a ona po chwili uważnego słuchania “nie rozumiem” albo “patrz na mnie jak do mnie mówisz i mów wolniej” w ostateczności “powtórz to po angielsku”

    1. Ha, ha 🙂 Nauka języków nie jest łatwa, choć pewnie niektórzy mają predyspozycje i wchodzi im łatwo. Na pewno w moim wieku nie jest już tak łatwo, ale mam frajdę i podoba mi się. 🙂

      1. Ja zawsze marzyłam, żeby nauczyć się włoskiego, ale właśnie jak sobie pomyślę, że w moim wieku jeszcze miałabym poznawać nowy język, to mój zdegenerowany mózg gwałtownie protestuje.

    1. Ha, ha 🙂 No, właśnie. 🙂 Jakby mówił powoli, wyraźnie i jeszcze używał rąk, byłaby większa szansa na zrozumienie. 🙂 😉

  17. Ja nigdy nie miałam do języków obcych głowy, czego sie wczoraj nauczyłam, to za tydzień zapomniałam. Ciężko mi było spamiętać tyle ważnych slow. Do dziś znam tylko jakieś główne, podstawowe..
    PS. śmiesznie z tym Chile wyszło 😀

  18. Mam dla Ciebie złą wiadomość: twarogu nie ma również we Francji i we Włoszech. To, co nazywa się po francusku białym serem, twarogiem nie jest, o czym przekonała się koleżanka, która chciała zaserwować Francuzom kopytka i rączki jej opadły kiedy przynieśli jej składniki. Tutaj ewentualnie używam ricotty, ale ona nie jest kwaśna.

    Co do tłumaczeń “automatycznych”, na szczęście nigdy nie zastąpią człowieka 🙂
    Z ciekawości kazałam raz Google przetłumaczyć przepis na ciasto z polskiego na włoski… Prosta rzecz, zdawałoby się? Kiedy doszłam do miejsca, w którym kazano mi wychłostać proteiny (ubić pianę z białek), wymiękłam…
    😉

  19. Ja sobie świergolę. trochę po polsku, trochę po angielsku, a to po niemiecku.. nawet po kaszubsku. aaa i rosyjski znam ha ha ha
    tylko mądra jestem w słuchaniu. jak miałam raz zabłąkanemu anglikowi wytłumaczyć drogę do cywilizacji to…
    szkoda gadać. ale chyba coś skumał z tej polsko-niemiecko-angielsko-łacińskiej (parę słówek mi sie wyrwało) bo odjechał zadowolony. a ja od tej pory mam traumę :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *