Strachy na lachy

Wczoraj mój prychający kot przypomniał mi pewne zdarzenie, które miało miejsce dwa lata temu.

Z poprzedniego miejsca zamieszkania miałam bardzo blisko do Berlina, dlatego dwa razy w roku, w każdy długi weekend w maju i w listopadzie, jeździliśmy z Mężusiem pozwiedzać. Czasami z noclegiem, a czasami były to po prosu całodzienne wypady. Dzięki temu zwiedziliśmy Berlin dość dokładnie.

Pewnego razu moi rodzice zechcieli z nami pojechać, więc zabraliśmy ich na wycieczkę. Jak zwykle plan opracował Mężuś. Niby go ze mną konsultował, ale na miejscu okazało się, że ma jeszcze dla nas niespodziankę. Zabrał nas do jednego z berlińskich bunkrów. Średnio zareagowaliśmy na tę wiadomość, bo bunkry przecież jak bunkry, wszędzie są takie same, a i nastrój raczej kiepski wywołują. No, ale jak się chłop uprze, to nie ma mocnych.

Zajeżdżamy. Bunkier pokaźnych rozmiarów. Wchodzimy do środka. Dziwne, bo w wejściu jakiś kościotrup (czy coś takiego) stało. No, to pomyślałam o niemieckim poczuciu humoru to i owo. Kupujemy bilety. Jajo o czymś z kasjerką po angielsku gada. Pytam, a Jajo tłumaczy, że kobieta nalegała, abyśmy zwiedzanie zaczęli od samego dołu. I jakoś tak dziwnie, bo chyba ze trzy razy to powtórzyła. Kierujemy się do drzwi. Podwójnych, ciężkich, metalowych. Przy drzwiach pan. Uśmiecha się i znów podkreśla, żebyśmy od dołu zaczęli. No, uparci ci Niemcy jak nie wiem co, ale może w tym jakaś logika jest. Idziemy tak, jak każą. Najpierw schodami w dół. A tam bunkier, jakich wiele. Grube mury, beton, drewniane ławy, zdjęcia zbombardowanego Berlina i odgłosy. Nadlatujące samoloty. Bomby. Aż ciary po plecach. Odgłosy podobno dokładnie takie, jak słyszeli ludzie znajdujący się w środku. Humory nam się popsuły i nawet nie myślimy o tym, że to przecież Niemcy, a te bomby to niby „nasi” zrzucają. Wszędzie cywile czuli się tak samo, obojętnie jakiej byli narodowości.

No, ale wstępujemy po schodach wyżej. Znów wielkie metalowe, podwójne drzwi. Wchodzimy. Półmrok. Wytężam wzrok, jak mogę. Patrzę. A my w jakiejś sali grozy jesteśmy. Kurza twarz! Co jest grane? Idziemy korytarzem, z którego można wejść do poszczególnych pokoi, a tam normalnie groteska: ktoś komuś nogę piłuje, jakieś kościotrupy, ktoś z trumny wyłazi. Wiadomo, plastikowe kukły. No, ale jakoś mimo wszystko lekkie ciary po plecach przechodzą. Rozsądek podpowiada: toż to kicz nad kicze, ale leziemy dalej. Nagle z góry (bo jest jeszcze jedno piętro) zbiegają jakieś niemieckie nastolatki. Wrzeszczą, machają do nas. Czort wie, co one tam wrzeszczą. Bo jak szybko wybiegły, tak szybko zniknęły za zakrętem. Uśmiechnęliśmy się pod nosem, bo jakaś taka strachliwa ta niemiecka młodzież. Idziemy na następne piętro. Pchamy ciężkie drzwi, a tam ciemno, jak w dupie u wiadomo kogo. Do tego dym gryzący w oczy. Zapach, jakbyśmy w jakiejś kostnicy byli. No, ale co tam może być? Jakieś plastikowe stwory i tyle.

Zaglądamy do pierwszego pokoju, a tam trumny jedna na drugiej. Kątem oka jednak widzę, że coś jakby przebiegło. Tak na wysokości kolan.

– Słuchajcie, tu coś jest – mówię, szarpiąc Mężusia za rękaw.

– No, coś ty – odpowiada. – Wydawało ci się.

– Jakiś pies, czy co? Niskie było.

Jajo łapie mnie za rękaw. Ja trzymam Mężusia, Jajo mnie. I tak jakoś się zestrachaliśmy. Mama bierze tatę pod rękę. Idziemy. A tu nagle z sufitu, jak nie chuchnie na nas obrzydliwie jakaś odcięta łepetyna! My w podskok. W krzyk. A to jeszcze nas opluło czy ocharkało. Normalnie fuj.

Za chwilę wyskakuje z ciemności jakiś stwór. Żywy w dodatku. My z Jajem w krzyk. Masakra. Potem już idziemy, ściskając z każdej strony Mężusia, ten się podśmiewa. Jednak w pewnym momencie, jak tak na nas coś wyskoczyło z ciemnego kąta, wszyscy wrzask podnieśliśmy. Idziemy. Ale tak człap, człap. Ze strachu serca walą. Prawie to słychać. Przed nami korytarz, z boku sala, przez którą można przejść, ale tam armia Ku Klux Klanu i oczami przewracają z prawa w lewo.

– Nie! – krzyczy Jajo. – Po moim trupie tam wejdziemy. Przecież tam jest jakiś żywy i nas zaraz dotknie! – I ciągnie nas w drugą stronę. Popieram Jajo. Idziemy dalej. Przechodzimy za jakieś drzwi. A tam w kącie stoi stwór, ten, który przed chwilą tutaj ganiał. My we wrzask. Do tego nogami w miejscu przebieramy. Zjawa ucieka. Serce nam prawie staje kołkiem. Całe się trzęsiemy, bo oczywiście my z Jajem drzemy się najgłośniej. Płuca mamy zdrowiusieńkie jak nic.

Już wiemy, dlaczego te niemieckie nastolatki tak się darły, zbiegając z góry, bo z podobnym krzykiem wypadamy z tego korytarza. Serca nam tak walą, jak oszalałe normalnie. Chyba przez dobrą godzinę po wyjściu z bunkra przeżywaliśmy to, co widzieliśmy. Emocje niesamowite, choć drugi raz tam bym już nie wlazła.

Taką nam Mężuś atrakcję zafundował. Moi rodzice nawet podejrzewali, że chciał ich żywota pozbawić i na zawał naraził. A co ciekawe żadne z nas na napis przy wejściu nie spojrzało, bo było ciemno, a my pogaduszkami zajęci, więc niespodzianka Mężusiowi się udała.

Jak ktoś lubi mocne wrażenia, to polecam. Po wyjściu zrozumieliśmy też, dlaczego kazano nam zacząć zwiedzanie od dołu. Gdybyśmy zaczęli odwrotnie, to na jednym piętrze by się skończyło, bo byśmy stamtąd spieprzali, aż by się kurzyło, a tak elegancko emocje były stopniowane.

Jak ktoś ciekaw, to tutaj można zobaczyć Berliner Gruselkabinett (klik)

0 myśli na “Strachy na lachy”

      1. Książki tej autorki wciągają:)
        Dziś w nocy znowu nie umiałam spać mimo,że wczoraj się dotleniłam na rowerze.Rano też już się wcześniej obudziłam o 5:45.Coś ostatnio mam z tym spaniem.

  1. … to tak jak ja w wakacje na nocnym zwiedzaniu zamku, jeszcze dobrze nie skończyłam mówić, że na pewno zaraz zza muru ktoś przebrany wyskoczy i będzie straszył, jak sama ja pierwsza na to cudze wyskoczenie zaczęłam wrzeszczeć, rzecz jasna, okazało się, że lata palenia jednak moim płucom i krtani aż tak bardzo nie zaszkodziły 😛

  2. Ja też ze strasznego bunkru bym zrezygnowała, ale Berlin uwielbiam i mam blisko. W listopadzie robię wypad, brakuje mi troszkę hitlerkowa ( mieszkałam prawie 11 lat) więc jednodniowy wypad, jak znalazł 🙂

    1. Jak masz blisko, to naprawdę warto zobaczyć tam więcej rzeczy. Mnie się bardzo podobały też ogrody świata. Kapitalne. Akurat byliśmy w maju, kiedy wszystko kwitło (nie wspominam o muzeach, bo to wiadomo). 🙂

  3. O kurcze-ale tam musi być fajnie.Ogromnie lubię takie sprawy-jeśli oczywiście wiem, że to tak na niby.Pamiętam każdy wypad do wesołego miasteczka gdy karuzele mnie nie interesowały-musiałam zaliczyć wszystkie tunele strachu.Ale bym sobie pokrzyczała wniebogłosy haha!!!

  4. byłam kiedyś w bunkrze w Szymbarku i tam na chwilę zgasili światła, był straszny powiew zimnego powietrza i zaczęło się “bombardowanie” i wtedy byłam przerażona, ale czegoś takiego jak Wyście przezyli to pewnie bym nie przeżyła… nienawidzę takich rzeczy więc wcale się nie dziwię, że krzyczałyście bo ja pewnie byłabym słychać w mojej miejscowości, z której pochodzę 😉

    1. W ten weekend byliśmy w Szymbarku, zabraliśmy rodziców na wycieczkę. Niesamowite te odgłosy bombardowania, można zejść na zawał. Tym bardziej, że to bardzo mały bunkier powstańców, a ten w Berlinie to potężne betonowe mury i odgłosy nalotów na pewno są cichsze.

  5. Kiedyś w Gdańsku nad Motławą tuż za Zielonym Mostem a przed Wyspą Spichrzów, ktoś ustawił wielkiego, kilkunastometrowego robala, o paskudnym cielsku. Można było wejść do środka i pochodzić między flakami. Miały być też efekty specjalne. wiedziałyśmy że można się wystraszyć. Moja sześcioletnia córka patrzyła na stwora z fascynacją i strachem. W końcu zdecydowała, że wchodzimy. Ja kompletnie na luzie, z podejściem, ze Polacy zawsze dziadostwo uskuteczniają, więc obawiać się nie ma czego.Co kawałek widoki były coraz mniej przyjemne. patrzyłam na córkę, nie wyglądała jakby się bała. trzymałam ją za rękę.Nagle zza ostrego zakrętu wyskoczył na nas pokrwawiony człowiek, z jakąś siekierą, ryczał jak obłąkany, był to taki szok, bo do tej pory było cicho i tylko te flaki dookoła, Zaczęłyśmy obie wrzeszczeć, najpierw mała potem ja. Wrzeszczałyśmy bardzo, tak bardzo, ze wystraszyłyśmy tego chłopaka nie mniej niż on nas. I po chwili on tez krzyczał. na szczęście to był ostatni zakręt i tuz za nim wyjście. Córka długo jeszcze przeżywała to spotkanie z wnętrznościami potwora, gdybym wiedziała, co czeka nas na końcu, nigdy bym tam nie weszła. Za to byłyśmy chyba jedynymi osobami, które wystraszyły straszącego 🙂

    1. Ludzie lubią się bać. W Gdańsku jest teraz wystawa ludzkich ciał, nie pamiętam, jak się nazywa. Ta taka kontrowersyjna, ludzkie ciała obdarte ze skóry w różnych pozach. Podobno cieszy się taką popularnością, że wydłużyli czas wystawy o kilka miesięcy. Na coś takiego chyba jednak bym nie poszła. Widziałam kiedyś zdjęcia w jakimś czasopiśmie i to mi wystarczy. A ludzie na to chodzą, pomimo drogich biletów.

          1. Czytałam parę lat temu o tej wystawie. Zdjęcia nawet widziałam i wyglądały nawet interesująco. Mimo zamiłowania do makabry – nie poszłabym. Choć może własne ciało zgodziłabym się oddać do takich celów. Q chwale sztuki 😉
            Ale ten bunkier w Berlinie chętnie bym zwiedziła. Z teściami. Tylko wolałabym jednak być wcześniej uprzedzona dokąd idę.

  6. Pod rynkiem w Chełmie właściwie cała warstwa ziemi jest wybrana , bo była to kreda i tę miękką skałę sprzedawano. Więc każdy kopał pod domem. Piwnice tak powstałe połączono i powstały podziemia w których straszy duch Bieluch, ale on jest strasznie lajtowy w porównaniu z niemieckimi “atrakcjami”

  7. Oj nie, nie… takie atrakcje to nie na moje nerwy. Ja się boję wejść do domu strachu a co dopiero do takiego bunkru…

    P.S. Wczoraj otworzyłam “Sobowtóra”. Wciąga od pierwszej strony… 😉

  8. Ależ mnie przed chwilą mąż rozbawił.Dzwonię do niego i mówię z przekąsem
    -Myślałam że zadzwonisz do mnie rano z jakimiś skromnymi życzeniami albo wyznaniem miłości…
    I tu się zaczęło ,on na to:
    -Yyyyyyy.
    Nic poza tym nie przychodzi biedakowi do głowy.Dobra.Czekam,banan na twarzy mam bo wiedziałam triumfalnie że zapomniał.a tu dalej słyszę
    -Yyyyyyyyy.No weź podpowiedz….imieniny masz?
    Wałek jeden.Ogólnie to mnie rozbawił do łez.Make-up z okolicy oczu teraz sięga do brody.Odpowiadam mu słodko
    -Dzisiaj mamy 14 rocznicę ślubu…
    -O rany!Ale mam zawiasa w głowie!Ale chociaż Cię rozbawiłem!
    Tutaj przyznałam mu rację.

  9. Ha ten bunkier to pewnie odwet na obcokrajowcach za te alianckie bombardowania 😉
    Na fotkach to nawet zabawnie wyglądają te plastikowe strachy hehehe. Realnie jak znam życie, też bym się darła ile fabryka dała :))

  10. Zwiedzałam Muzeum Powstania Warszawskiego i byłam pod wielkim wrażeniem tych różnych odgłosów itd,muzea, dzięki multimediom są niesamowicie ekscytujące.W Berlinie nie byłam,i w bunkrze też nie… no, ale zafundowaliście atrakcje rodzicom, ho, ho!!!

  11. zdjęcia na www tak nie przerażają. to chyba faktycznie musi być na żywo i w dodatku niespodzianka, aby nie przygotować się psychicznie:) bo w końcu po emocje i strach się tam jedzie. a co do komentarza babci i zamiarów męża…no nie wiem, coś w tym musi być 😉

    A gerristen nie znam. muszę coś przeczytać.

    no i dzis wszystkie komentarze szybko udało mi się ogarnać. czasem przeczytanie ich zajmuje więcej czasu niż notki więc je wtedy “ogarniam wzrokiem” . by sie nie dublowac i ewentualnie do kogos opinii dołączyć ;))

    1. Fakt, że czasami komentarzy sporo i pośmiać się przy nich można za wszystkie czasy. 🙂
      A Gerritsen polecam, jeżeli lubisz kryminały. Właśnie nie mogę się oderwać. 🙂

Pozostaw odpowiedź ~Ciekawa Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *