Zbawienny wpływ sierściucha

Stwierdzam, że mój Mężuś jednak mnie kocha. Wczoraj zafundował mi romantyczny rejs po Motławie. Zaskoczył mnie bardzo, bo nie spodziewałam się, że będzie miał dla mnie w piątek aż połowę dnia, bo ostatnio zapracowany bardzo. Najpierw zaprosił mnie na sushi, a potem na stateczek. I tak „Małgorzatą” popłynęliśmy zupełnie spacerowo na Westerplatte i z powrotem. Nie widziałam nigdy stoczni od strony rzeki i muszę przyznać, że nawet imponująco się prezentuje.

I tak pięknie nam się weekend zaczął (a dzisiaj zaraz mamy zamiar pomknąć w siną dal na rowerkach).

Kiedy wracaliśmy do domu z Gdańska, jak zwykle słuchaliśmy radia. Podobno (chyba w USA) na jakiejś uczelni zorganizowano pokój „zabaw” dla studentów, by mogli się odstresować. Tylko proszę, nie popuszczajcie wodzy fantazji, bo zabawa + studenci to nie zawsze ostra popijawa, karty, seks i głośna muzyka. O, nie!

To odstresowywanie miało polegać na zabawie ze szczeniakami, bo to one zamieszkiwały w tym pokoju zabaw. Zdziwiło mnie. Bo kto potem odstresowuje psy, nie mam pojęcia.

Jakaś pani doktor wypowiadała się na temat korzyści obcowania ze zwierzętami, zbawiennego wpływu dotyku ich skóry i sierści. I każdy, kto ma w domu jakiegoś sierściucha doskonale wie, że faktycznie ma on zbawienny wpływ na życie psychiczne lokatorów. Pani mówiła również o plusach, jakie wynikają ze spacerów z psiakami, że to uspakaja itp. I tak mi się przypomniało, jak kiedyś człapałam po 7 rano do pracy, a niedaleko spacerowała jakaś kobitka z psiakiem. Pies biegał jak szalony, potem obwąchiwał wszystkie krzaczki, kobieta chyba się spieszyła, więc woła pupila:

– Azorek (imię zmyślam teraz, bo już zapomniałam, jak się ten psiak wabił), Azorek! – i cmokanie pełne miłości.

A psina ma to w wielkim poważaniu, dalej wącha krzaczki.

– Azorek, chodź – i znów cmokanie pełne miłości.

– Azooor – już przeciągle. Miłości ubywa.

– Azooor – i cmokanie bardziej nerwowe. Bez miłości.

– Azooor, chodź tu! – krzyk lekko poirytowanej pani, bo pies ciągle nie zwraca na nią uwagi.

– Kuuuurwa! Azor! – nerwy poszły w diabły.

Azor się nie przejął, więc kobieta ruszyła, by go złapać, klnąc pod nosem. No, a ja w skórze tego Azora to raczej być bym nie chciała, kiedy go właścicielka w końcu dorwie.

I tak sobie myślę, jadąc samochodem i słuchając audycji o zbawiennych spacerach z psami. Podobno odstresowują. Właścicielka Azora wyglądała faktycznie na bardzo zrelaksowaną.

Kiedy byłam dzieckiem, też mieliśmy psa. Moim i brata obowiązkiem było wychodzenie z nim na spacer. Kłóciliśmy się zażarcie i pilnowaliśmy, by nikt nie oszukiwał w kolejce. „Wyjdź z psem” działało na nas raczej jak płachta na byka, choć psa kochaliśmy bardzo. Ale wstawać rano, by przed szkołą spacerować w deszczu, chłodzie, mrozie i upale, toż to znęcanie się nad małym człowiekiem. 😉

Pomijam oczywiście wszelkie plusy posiadania sierściucha, bo dzisiejszy tekst miał być zdecydowanie tendencyjny. 😆

0 myśli na “Zbawienny wpływ sierściucha”

  1. Też miałam psa, nawet w tym roku. Mąż przyniósł szczeniaka, bo bardzo chciał. Wychodził, niby wszystko ok. Z tym, że piesek nauczył się sikać i kupciać u córki w pokoju, a na spacerze się bawił i nic. Mała się świetnie z nim bawiła, ale mi działał na nerwy. Plątał się mi pod nogami, nie raz bym przez niego się przewróciła, skakał na mnie niby z miłości, bo to pieszczoch był, ale jak ja mam ryzykować, że przewrócę się na dziecko to dziękuję, bo moja mała też zawsze pod nogami się plątała. Dla mnie to był tylko stres i jak z małą byłam sama, a mąż w pracy nie miałam możliwości z nim wyjść. Był styczeń i zanim ubrałam małą i siebie to pies już 10 razy się zlał. Po za tym w nocy stukał ogonem, a mnie każdy szmer budzi. No i zniszczył nam panele u małej. Nie było to dla mnie odstresowujące doświadczenie. Pies po tygodniu pożegnał nasz dom. Znaleźliśmy mu oczywiście pierw nowy dom….

    1. To stukanie ogonem najbardziej mnie rozbawiło. 😉 🙂 Za małe masz dziecko na psa. Zwierzak to przecież też jak dziecko, trzeba się nim opiekować. Poczekaj, aż córka podrośnie. A mniej kłopotów jest z kotem. 🙂 Polecam. 🙂 🙂 🙂

          1. Póki co mała troszkę ze mną współpracuje… Ostatnio na spacerze podbiegł do niej pies, rasowy, milutki… i jak ją od niego wzieliśmy to tak się rozwyła… Potrzebuje zwierzaka… jak zrobi tak do kota to ją normalnie wycałuje, że będzie miała dość na tydzień 🙂

  2. Bardzo lubię spacery z moim psem, a po urodzeniu dzieci jeszcze bardziej, bo to była codziennie godzina tylko i wyłącznie dla mnie 🙂
    Ale ostatnio leciały pod nosem ostre bluzgi w kierunku mojego psa i durnych ludzi, co chodzą na wydmy za potrzebą, choć 50 metrów dalej mają toaletę. Pies był po kąpieli i chciał się wypachnić w swoim mniemaniu czyli zaśmierdzić w moim. Nie będę opisywała w jakim stanie wróciła, bo to pora śniadaniowa, ale kurwa to poleciała nie jedna. Odstresowałam się ogromnie 🙂

    1. A wiesz, jak ja się śmiałam, będąc świadkiem takiej sytuacji? 🙂 Przez całą drogę do pracy pycho mi się uśmiechało. 🙂

  3. Zazdroszczę rejsu i romantyzmu Sławka 😉
    My to co najwyżej moglibyśmy popłynąć kajakiem po Białej Przemszy 😉

    A ten Azor to jak mój Szakal, najlepiej jak kot chodziłby własnymi drogami. Husky taką mają stety/niestety naturę i taki ich urok 😉

  4. Motława – super!
    Moje dwa psy stresują mnie często, bo albo rozrabiają, albo za długo szczekają, albo trzeba latać do weterynarza, ale dużo częściej mnie odstresowują, bo co na nie spojrzę, to się uśmiechnę, a kiedy one na mnie patrzą, to z ich oczu i mord bije dozgonna miłość (tym większa, im bliżej pory posiłku!!!).

    1. Mnie mój sierściuch też wkurza. Kiedyś mi zeżarł nowiusieńką firankę. 🙂 A czasami robi za niszczarkę do papieru. 😉

  5. Do spółki z moją Mamą (mieszkaliśmy oddzielnie) miałem coś co z wyglądu było czymś pomiędzy yorkiem a owczarkiem nizinnym. To coś nazywaliśmy “Psiowy” (pisałem o tym kilka dni temu). Psiowy uwielbiał spacery zimą. Gdy był duży śnieg, wtedy z niezwykłą radością wpadał na niewydeptane jeszcze połacie śniegu, nurkował, turlał się, kopał, i coraz bardziej … zamieniał się w bałwana, bo to nie był sierściuch tylko straszny sierściuch. Spacer zawsze kończył sierściuch, gdy już nie mógł chodzić, bo cały był oblepiony kilogramowymi soplami. Wtedy stawał, rozkraczał się i wzrokiem błagał, aby go zabrać i oczyścić.

    1. Moja suczka to taki trochę wyrośnięty skundlony owczarek nizinny. Zimą po szaleństwie na śniegu wygląda tak jak opisany przez ciebie Psiowy, tylko jest trochę większa. Po spacerze siedzi w przedsionku i topnieje. Chłopcy kiedyś uznali, że wygląda jak bałwan, bo ona chętnie “nurkuje” w śniegu i łeb też miała ośnieżony. Zawiązali jej na szyi szalik a potem szukali garnka na głowę, ale tego już pies nie zniósł 🙂

      1. No to miło, że ktoś rozumie mój “ból”, bo już myślałem, że to tylko mój Psiowy to taki dziwak. Ja swojego od razu pakowałem do wanny, zresztą on bardzo lubił się kąpać, i zawsze po przyjściu z “błotnistego” spaceru czekał przed wanną na swoją kolej.

  6. Posiadanie psa,to jest jednak odpowiedzialność.Mi by się nie chciało wychodzić z pieskiem z rana i drażni mnie zapach psów.Czasem robię za psią nianię,na kilka godzin i to mi wystarcza:)

    1. Pies oczywiście wymaga wychodzenia, dlatego zgodziłam się na kota, bo to przynajmniej zakończyło wszelkie Jęki Jaja o pieska. 🙂 😉 Taka sprytna byłam. 🙂

  7. Im starsza jestem, to mniej lubię pieski. Za dużo szczekają, drapią łapami po ubraniach, biegną do drzwi “witać”. Koteczki są cichsze i spokojniejsze

  8. mężowskiemu to pewnie strasznie przykro, że dopiero teraz pomyślałaś, że on może Cię kochać!!!
    Cóż sierściuchem nie jest, więc cierpliwie w kolejce czekał ..Co do psów to zgodzę się, że psy w blokach wymagają od swoich właścicieli ogromnej dyscypliny, w kwestii spacerów…
    Wraz z psem każdego ranka biegałam, problem był jeden, mój pies szczekał na każdego napotkanego biegacza, długo uczył się cichej mowy..
    Pozdrawiam serdecznie
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
    http://kadrowane.bloog.pl/

  9. Witaj Aniu!
    Musiałem zabrać głos w sprawie zwierzaków, bo jestem miłośnikiem psów.
    Nie rozumiem narzekań właścicieli psów na konieczność spacerów. W końcu do pracy, czy do sklepu trzeba chodzić bez względu na pogodę. I jest OK. Dlaczego z psem jest tak trudno? Nie ma jeszcze, w naszym kraju, obowiązku posiadania psa – jeżeli nie chcesz to nie kupuj psa, będziesz miał spokój.
    Druga sprawa to narzekania, że szczeka, skacze na gości, brudzi w mieszkaniu itp., itd.
    Kto do tego doprowadził? Właściciel! Miłość do psa nie polega na mizianiu za uchem i pozwalaniu na wszystko. Pies to nie człowiek i wychowywanie go po ludzku doprowadzi tylko do takich uciążliwych sytuacji. Po pierwsze hierarchia – w stadzie (rodzinie) zawsze człowiek jest przed psem, a pies robi tylko to na co mu człowiek pozwoli. Efekt ten osiąga się konsekwencją i stanowczością, a nie siłą! I wtedy pies jest szczęśliwy, bo ma zorganizowany świat po psiemu, a nie po ludzku. Jest czas na zabawy, pieszczoty i na psie obowiązki. Osiągnąć to można samemu, jeżeli ma się trochę wiedzy i doświadczenia lub skorzystać ze szkolenia np. na psa towarzysza. Mówię o tym z własnego doświadczenia. Od zawsze mieliśmy duże psy – od owczarka niemieckiego, przez boksera, po dogue de Bordeaux, i żadnych problemów.
    Teraz mamy dużo mniejszy rozmiar – buldożka francuskiego. To piesek o niespożytej energii i chęci do zabawy, o radosnym usposobieniu i krnąbrnym charakterze. Jego też udało się ułożyć, chociaż trwało to dłużej niż w przypadku dużych psów.
    Pozwalamy mu na bardzo wiele, ale wystarczy komenda, aby dostosował się do naszych oczekiwań.
    Wychowujmy swoje psy, a nie narzekajmy, że robią coś, co nam nie odpowiada.

    1. Masz stuprocentową rację. Moje Jajo zostało kiedyś (jako 6-latek) pogryzione przez rottweilera dziadków. Pies normalnie odgryzłyby jej rękę, tylko dlatego że był zazdrosny. Nikt nie wychowywał w zasadzie tego psa, z czasem właściciele zaczęli się go bać i go uśpili. I zgadzam się z Tobą, że psa trzeba wychować, każdy szczeniak jest śliczny, tylko kiedyś wyrasta i musi znać porządek w “stadzie”. Tylko że na głupotę ludzką nie ma lekarstwa.
      A co do wychodzenia z psem. Kiedy byłam dzieckiem, ciągle się o to kłóciłam z bratem i nie trafiały do nas argumenty, że przecież na podwórko czy do sklepu też chodzimy. Wiesz, jak to dzieci. A kochaliśmy tego psa bardzo, suczka to była, terrierek (trochę skundlony), ale najpiękniejszy na świecie, tyle że niepokorny, mój tato się namęczył, żeby ułożyć tego psiaka. Nie lubiliśmy jednak z nim chodzić na dwór, bo zawsze trzeba było przerywać jakąś fajną zabawę. 🙂 😉

  10. Zgadzam się ze Sławkiem, jeżeli pies jest problemem, to najczęściej jest to winą właściciela, chociaż zdarzają się psy-psychopaci, ale rzadko. W Anglii jest problem z psami kupowanymi na prezent dla dziecka: kupujący nie mają pojęcia o tym, co posiadanie psa znaczy i po kilku tygodniach oddają psa do przytułka. Tak też jest z modnymi psami, np. labradorami kupowanymi przez młode małżeństwa na tej samej zasadzie jak kupowanie płaskiego telewizora czy zestawu do fondue. Nie rozumieją, co biorą na siebie i w przypadku rozwodu, co się zdarza często, żaden partner nie chce wziąć psa i trafia on do przytułka. Pies to nie akcesorium mody jak np. torebka, i nie zabawka dla dzieci na Boże Narodzenie. Pies to członek rodziny i przyjaciel i wiążą się z jego posiadaniem pewne obowiązki, których niektórzy nie są świadomi.

    1. Masz rację. Kiedyś zimą znalazłam dalmatyńczyka – szczeniaka, jeszcze z kokardką, przywiązanego do drzewa, bo ktoś komuś sprawił świąteczny prezent. Niestety niechciany.

  11. Witaj Aniu , po kilku tygodniach przeglądania Twojego bloga , postanowiłem wkroczyć . Piszesz ciekawe rzeczy na ciekawe i mniej ciekawe tematy. przyssę się do futrzaków , gdyż sam jestem posiadaczem kota i psa . Wprawdzie mieszkają w budzie na ogrodzonym terenie (bez łańcucha) i w stodole (kotek) , ale są ważne . Cieszy mnie Twoje zdanie o zwierzakach , ale w historii Twoich wpisów jest pewna niekonsekwencja . Ostatnio “futra” są ważne ,ale kilka tygodni wcześniej ironizowałaś w temacie “latającego kota” , to są tylko i aż “futrzaki ” . Byłoby przykro mi lub moim pociechom gdyby coś się stało moim futrzakom . Naśmiewanie się z takich przypadków nie jest miłe , niezależnie od tego czy lubimy ich właścicieli czy nie.

    1. Wiem, że to pewna niekonsekwencja, sama sytuacja była oczywiście tragiczna. Napisałam, ze jakby stało się coś mojemu sierściuchowi, pewnie wyłabym tydzień. Nie śmieję się z wypadku kota, ale z tego, w jaki sposób zostało to przekazane. Czasami człowieka dopada głupawka w nieoczekiwanych momentach. A zwierzaki uwielbiam i nie chcę, żeby działa im się krzywda. A przeciwko ich właścicielom też nic nie mam. Chociaż z drugiej strony nie bardzo rozumiem ludzi, którzy kupują zwierzaki za tysiące złotych, bo przyświeca im jeden cel: by te zwierzaki rozmnażać i na nich zarabiać. Wiesz, dla mnie zwierzak to członek rodziny, a bliskich się nie wykorzystuje i nie zarabia na nich.
      Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *