Szwajcarskie smaki

Ten wpis miał być o kolejnych miejscach, jakie zwiedziliśmy w Szwajcarii. Jednak z tego względu, że właśnie przegryzam kawałeczek szwajcarskiego sera, będzie o smakach, jakich doznałam podczas podróży. Jeszcze mam ich namiastkę w domu, więc niczego nie zafałszuję.

Smaki Szwajcarii nie wydają się może jakieś specjalnie wykwintne. Kiedyś był to biedny kraj, więc regionalne potrawy są proste. Królują oczywiście sery. Mnie bardzo smakował Le Gruyére (ok.5-6 franków za 240g). Właśnie go przegryzam podczas robienia tego wpisu. Ma ciekawy intensywny smak. Warto go spróbować. Natomiast w ogóle nie smakował mi Ementaler (cena podobna). Wydawał się lekko mdły, chyba smakował orzechowo.

W restauracjach robiliśmy zdjęcia, żeby pokazać na blogu, jak jedliśmy (wiem, wiocha). Czasami były to potrawy wykwintne. Na przykład cielęcina w przepysznym sosie z ziemniakami podanymi w typowo szwajcarski sposób. Nie wiem, jak to jest przyrządzane, ale wyglądają na ziemniaki  utarte po ugotowaniu i zapieczone (mniej lub bardziej na chrupko). Nazywają się rösti. Smaczne. W knajpce na szczycie trzytysięcznika podano nam je w ciekawej postaci. Na bardzo gorącej patelni. Warstwami zapiekano potarte ziemniaki, szynkę, ser Raclette i jajko sadzone. Każdy z nas miał inną wersję tego dania. Chłopaki jedli z boczkiem, p. Marta chyba z grzybami. Wszyscy byli zadowoleni. Na uchwyt patelni zakładano poduszeczkę, która miała chronić przed oparzeniem. Patelnię kelner stawiał na podkładce z bardzo grubego korka. Dania nie zjadłam w całości, ponieważ było bardzo syte. Jednak smaczne. Dzisiaj takie cudo spróbuję zaserwować mojemu Mężusiowi (zamiast patelni wykorzystam naczynie żaroodporne). Zresztą od dwóch dni jemy po szwajcarsku, czyli wszystko z serem Raclette (ok. 10 franków za 400g), który kapitalnie się topi i ma świetny smak. Słonawy. Gorzej z zapachem. Jak weszliśmy do knajpki na 3-tysięczniku, to zastanawiałyśmy się z Ulą, co tak capi i rozglądałyśmy się, czyje to skarpety. Kiedy podano nam dania, winny się znalazł na patelni. Ale warto to spróbować, podczas pobytu w Szwajcarii. Cena jak na tamte warunki jest przyzwoita – ok. 16 franków. Dla porównania: cielęcina podana z rösti w restauracji kosztowała ok. 40 franków.

Szwajcarzy zabrali nas również na lokalny festyn. Z piwem, regionalnym jedzeniem, domowym ciastem, śpiewami i tańcami. Podczas zabawy można było spróbować sera Raclette. Szwajcarzy podają go roztopionego z ziemniakami w mundurkach i ogórkiem (chyba korniszonem). Tego nie jedliśmy, ponieważ rozpadał się deszcz i zjedliśmy bardziej wykwintnie w restauracji. Ale przyrządziłam taki ser w domu. Pychota.

Jedliśmy też na statku podczas rejsu do Thun. Niestety nie pamiętam, skąd wypłynęliśmy. Tam też dostaliśmy kolację. Ale już taką bardziej tradycyjną. Ryż z kurczakiem i ananasem i z curry. Do każdego posiłku podawano nam lokalne wino. Nie jestem smakoszem, ale było naprawdę smaczne. Nawet podczas powrotnego lotu wypiłam lampkę. A co tam!

Szkoda, że nie mogliście zobaczyć min chłopaków podczas posiłków. Peradon wyglądał, jakby dostąpił nieziemskiej rozkoszy. Długo wspominał na przykład wołowinę w whisky.

Co ciekawe przed każdym posiłkiem na stole kelner stawiał koszyczki ze świeżym chlebem lub bułeczkami (między innymi bawarskimi, z taką ciemną lekko słoną skórką) i do tego masło. Mówię Wam, niebo w gębie. Pieczywo mają rewelacyjne.

Jeżeli chodzi o desery, też było pysznie. W hotelu w Thun dostaliśmy jakąś owocowo-miętową piankę z czekoladą. Pyszna, świeża, orzeźwiająca. Natomiast na 3-tysięczniku jedliśmy czekolady ręcznie robione w kształcie góry z ośnieżonym szczytem. Ale nadzienie to czysta poezja smaku. Mnie się trafiło z whisky. W samolocie też dostaliśmy smaczny deser, ale muszę przyznać, że mnie pokonał, nie dałam rady, choć był malutki (czekoladowo-porzeczkowy).

Jadłyśmy też z Ulą lody. Jedna gałka kosztowała chyba 3 franki. Na szwajcarskich ulicach najczęściej można kupić lody Mövenpic.

Oczywiście nie wspomnę o czekoladach. Przywiozłam do domu dla moich łasuchów i jakoś tak znikają w zastraszającym tempie. Ponadto trzeba było obdzielić rodzinę. Chłopcom (synom mojego Mężusia) kupiłam scyzoryki z czekolady. Taki bajer. Z daleka wyglądają jak prawdziwe.

Kuchnia szwajcarska (oczywiście tradycyjna) nie jest wyszukana i jakoś specjalnie wykwintna, ale smaczna. Uwielbiam sery. Podczas śniadań (szwedzki stół) można było naprawdę rozkoszować się wielością smaków. Zdecydowanie to moje smaki. Teraz sobie westchnęłam i przegryzłam następny kawałeczek serka.

No, dobra, wiem, że kalorie i te sprawy. Zaraz biegnę na fitness, więc mogę dostać rozgrzeszenie.

0 myśli na “Szwajcarskie smaki”

  1. Smaczna Aniu!
    Bez podtekstów, smacznie piszesz.
    Być może zbyt dużo sobie przypisuję, ale mam nadzieję, że odrobinę przyczyniłem się do przyspieszenia wpisu o jedzeniu.
    Szwajcaria to kraj mlekiem i czekoladą płynący, więc można było oczekiwać co będzie głównym tematem opowieści. Fakt, kuchnia szwajcarska jest prosta, ale któż nie lubi takiego jedzenia? Ja i owszem!.
    Gruyere jest poza dyskusją – dla mnie nr 1. Natomiast sery Raclette i Founde cenię, bo pozwalają razem z dobrym czerwonym winem lub ziołowym sznapsem, na miłe spędzenie czasu z przyjaciółmi przy garnku flounde i patelenkach raclette. Dzięki szwajcarskim pasterzom za te dania!!!
    Na konie jeszcze słowo o serze, którego nie widziałem w Polsce, a który wg. mnie jest świetny – Głowa Mnicha (Tete de Moine). Ma lekko orzechowy smak, więc nie wiem czy by Ci smakował. Ciekawe jest również to, że podawany jest w formie cieniutkich różyczek, a nie plastrów. Jak one są wykrawane – nie mam pojęcia.
    Muszę się jeszcze przyznać, że przepadam, za “śmierdzącymi” serami i to do tego stopnia, że widząc kiedyś w TV przepis Kuronia na ser zgliwiały, postanowiłem go zrobić.
    Robiłem to na działce i “wywiało” wszystkich z domu – dobrze, że była ładna pogoda. Smród był niemiłosierny, ale efekt, przynajmniej dla mnie, świetny.
    PS. Znowu się rozpisałem na swój temat – sorki. Trudno jednak uciec od swoich doświadczeń i upodobań i się nimi nie podzielić z innymi.

    1. Fakt, że temat przyspieszyłeś, ale sama nie mogłam się doczekać, kiedy o tym napiszę. Wiesz, jak to jest, tyle emocji, że chciałoby się o wszystkim na raz, a się nie da. Jadłam tam sporo serów, bo tak jak pisałam, podczas śniadań można było popróbować, niestety były bez opakowań, więc nie wiem, jak się nazywały. Niektóre miały zapaszek, że ho, ho. Pyszne były pleśniowe. Do domu jeszcze kupiłam Le Marechal – lekko pikantny z ciemną skórką. Bardzo smaczny. Kupowałam go w ciemno, ale okazał się wyśmienity. Oj, o smakach można by pewnie długo. 🙂 Zastanawiałam się nad Founde, ale w końcu nie kupiłam. Zakupy w zasadzie robiliśmy w biegu. 20 minut na lotnisku to trochę mało, by pomyśleć, ale wiadomo, jak program napięty, to szkoda czasu na chodzenie po sklepach.

  2. Ser do fondue i raclette można kupić u nas.
    Polecam, jeżeli jeszcze nie masz, zestaw do przygotowania fondue. Naprawdę świetna okazja do spotkań z przyjaciółmi.

    1. Miałam zestaw do fondue, ale przy przeprowadzce wyrzuciłam, bo był mocno sfatygowany. Ale masz rację, że to świetny wynalazek. My często robiliśmy w nim kurczaka. Malutkie kawałki przyprawione smażyliśmy w margarynie do fondue. Kiedyś kupowałam taką w Niemczech, ale nasza Planta też się świetnie nadaje (musi być biała). Muszę sobie kupić taki zestaw, po starym zostały mi tylko widelczyki. Moje Jajo ostatnio się właśnie dopominało fondue, bo bardzo lubi taką zabawę przy stole. 🙂

      1. A raclette u nas nie widziałam. Tylko może nie wiedziałam na co patrzeć. 🙂 Muszę teraz poszperać w dziale nabiału. 🙂

        1. Czekoladowe mam do zrobienia, bo kupiłam w foremce na grilla. Może to nie będzie to samo co oryginalne, ale taka namiastka 🙂

  3. Klik dobry:)
    Te ziemniaczki na patelni są faktycznie bardzo syte. Chyba masz rację, że to danie w biedzie i chłodzie się zrodziło. Pamiętam, że moja babcia takie podawała. Oczywiście bez szwajcarskiego sera. Czasem dodawała amerykański z paczek z Unry, bo 2-3 plasterkami nie dało się obdzielić całej rodziny, więc szedł na te smażone – pozostałe z wczorajszego obiadu – ziemniaki. Czasem z dodatkiem plasterków kiełbasy, słoniny lub boczku. I cebula – oczywiście obowiązkowo. No, i z sosem grzybowym też, bo grzyby zbierało się samemu w lesie, więc były za darmo.

    Pozdrawiam serdecznie.

    PS. Ciekawe, czy sery szwajcarskie u nas są naprawdę szwajcarskie, zwłaszcza te, których cena – w porównaniu do tej w Szwajcarii – jest niższa.

    1. U nas takie ziemniaczki robiło się w plasterkach. Też z serem, ale dodawało się czosnku. Też smaczne. I do tego maślanka lub kefir.
      Muszę chyba się kefiru napić, bo smaka sobie narobiłam. 🙂

  4. To na tej patelni wygląda bardzo nieźle.Podejrzewam,że i kaloryczne też jest,więc może lepiej,że tylko popatrzeć mogę ;)Czasem nie mam umiaru ;)Te talerze,też wyglądają apetycznie.Może w przyszłości komputery będą mogły przenosić zapachy ;)?Albo i smaki nawet?Pozdrawaiam .Karo

    1. To na patelni pachniało serem, niektórym mogłoby się skojarzyć z brudnymi skarpetkami ;), więc może dobrze, że nie czuć zapachu 😉

  5. Kochana Aniu długo tak nas będziesz kusić podróżami i potrawami? Nie to żeby coś było źle czy coś takiego nie 🙂 tylko takiego smaka robisz na wszystko, że… 🙂 Smacznego wszystkim 🙂

    1. Jutro będzie już ostatni raz, obiecuję :)Ale muszę, wiesz, jak to jest, jak człowieka roznosi od wewnątrz. 🙂

  6. Witam. Jestem tu po raz pierwszy (trafiłem z bloga alElli) i widzę, że sporo straciłem. Zazdroszczę Wam tej wspaniałej podróży, i wypada tylko żałować, że “klatki” z podróży przesuwały się tak szybko.
    Zakochałyście się w Szwajcarii, a ja zakochałem się w Twoim sposobie postrzegania świata, niestety nie do wszystkich wpisów mogłem dotrzeć (nie działają linki). Na razie więc jestem pod wrażeniem Twoich “refleksji nt. telefonów”. Szczególnie zafrapowało mnie ostatnie futurologiczne zdanie, cyt.: “… chyba każdy w łepetynę będzie miał wszczepiony jakiś nadajnik i odbiornik … a w dupsko antenkę mu wcisną …”. I z tym zdaniem w pełni się zgadzam, bo przecież już tak jest od dobrych kilku lat.
    Serdecznie pozdrawiam.

    1. Cieszę się, że trafiłeś. Dziwię się, że linki nie działają, ale niestety Onet często coś nam tutaj nawala. Zapraszam jednak do zaglądania. 🙂 Pozdrawiam

      1. Sprawdzałam, czy u mnie linki działają. I było bez problemu. Mogłam wejść na każdy tekst. Nie wiem, dlaczego Tobie się nie udało. No, ale mam nadzieję, że w końcu zadziała. 🙂 Tylko się nie zniechęcaj. 🙂

          1. Też już linki zadziałały. Jak tylko miną te upały to pogrzebię (jak prawdziwa kura) na Twoim blogu. Na razie – razem z Wami – przeżywam tę Szwajcarię.

          2. Grzeb do woli 🙂 Cieszę się, że dołączyłeś do grona moich czytelników. 🙂 🙂 🙂

  7. Kiedy mamy szansę oglądać tak cudowne widoki,próbować nowych smaków,uśmiech nie schodzi nam z twarzy,ale kiedy trzeba wrócić,do codzienności w naszym kraju,łezka się w oku kręci.Widać,że Szwajcaria bardzo Ci się spodobała,jak pisałaś,zakochałaś się w niej.Może kiedyś uda Wam sie tam wybrać z rodzinką,moze wygrasz jakiś rodzinny wypad.Będziesz mogła pokazać bliskim miejsca,w których byłaś i z dumą powiedzieć,że tamten wyjazd wygrałaś:)

  8. Ale pyszny wpis! Zazdrosczę Ci serowych wrażeń! Ja uwielbiam sery, Gruyere znam i zgadzam się ze Sławkiem, to nr.1, ale tu okropnie drogi. A najbardziej lubie te cuchnące, “le fromage qui marche” i pleśniowe i Cheddar pod każdą postacią i wszystkie kozie, i – oj, mogłabym wymieniać w nieskończoność.

    1. Kozi też sobie jeden przywiozłam. Co prawda jest francuski, ale zostało kilka drobnych, więc wrzuciłam serek do koszyka. Mieliśmy za mało czasu, żeby dokładnie przeanalizować i zaplanować zakupy. 🙂 No, ale i dobrze. 🙂

  9. No ładnie-większość czytelniczek na diecie a Ty tak kusisz …ale to musiało być bajecznie pyszne-ślinka aż cieknie.Wszystko wygląda genialnie!

    1. Było smaczne, ale niesamowicie kaloryczne. W sobotę na kolację jadłam już sałatkę (mozzarellkę z pomidorkiem i grillowaną cukinią – też smaczna, ale już zdjęcia nie zrobiłam). 🙂 Wczoraj poszłam zapisać się na fitness i jeszcze nie mam odwagi się zważyć od powrotu. Jakaś taka oponka mi wyskoczyła z przodu 😉

  10. Takie zwiedzanie to ja rozumiem 😉
    Nawet nad polskim morzem będąc swojego czasu obchodziliśmy knajpki w poszukiwaniu najsmaczniejszej rybki i dobrej popitki 😉
    Myślałam, że takie zapiekane ziemniaki to raczej Brytyjska specjalność, ale widocznie nie koniecznie. Dobrze, że są wśród nas podróżnicy, bo trochę świata się liźnie przy okazji czytając bloga 😉
    Jak patrzę na zdjęcia, aż się boję czy od tego patrzenia nie utyję 😛

    1. Nie mów nic o tyciu, ja jeszcze od przyjazdu się nie zważyłam. Aż boję się myśleć o cyferce, którą mogłabym na wadze zobaczyć. 😉 Ale zmobilizowało mnie to do zapisania się na fitness. 🙂 Nie dość, że się zapisałam, to jeszcze polazłam poćwiczyć. 🙂 Dzisiaj mam zakwasy, że ho, ho. 🙂

        1. Teraz mam figurkę z oponką. 😉 Ale w sumie to jest lato, więc się nie utopię, gdybym chciała popływać. 😉

Pozostaw odpowiedź anna.a72 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *