Podróże kształcą

Mam już ostatni zjazd za sobą. I cieszę się, i trochę żałuję, że to koniec. Poznałam ciekawych ludzi. Zajęcia mieliśmy czasami z „panami z telewizora” czy z radia, więc to też cenne, bo pewnie już nigdy nie będę miała okazji. Teraz ściskam w dłoni kolejny dyplom. Mam już trzy do kolekcji, więc śmiało mogę się pochwalić statusem osoby bezrobotnej z trzema fakultetami. Chyba powinnam oprawić je w ramki i powiesić nad biurkiem, przynajmniej będzie z tego jakiś pożytek.

Nie, no, przecież nie będę narzekać. Pięknie się przekwalifikowałam, więc mogę teraz rzucić się niczym rekin na rynek pracy i przebierać w ofertach jak w ulęgałkach. No, gdyby oczywiście nie ta czterdziestka na karku. Ale, jak to mówi mój Mężuś, „spokojnie, to się da” (ostatnio zauważyłam, że prawie wszyscy znani mi Kociewiacy tak mówią). Więc, jak się da, to się da. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, zapewne w grubą skórę i jakąś poduszkę pod dupsko, bo, znając życie, nieraz dostanę kopa w to newralgiczne miejsce.

Podróż do Warszawy miałam oczywiście bardzo udaną. Zaliczyłam godzinny postój pociągu, ale muszę przyznać, że później nadrobił i przyjechaliśmy na miejsce tylko z trzydziestominutowym opóźnieniem. Tym razem odbyło się to bez winy kolei, po prostu coś się stało jednej z pasażerek, przyjechało pogotowie i pewnie panią ratowano. A potem to normalnie Europa pełną gębą. Przy zwyczajnym opóźnieniu konduktorzy siedzą w swoim przedziale i nosa nie wyściubią. A tutaj. No, proszę. Konduktor dumnie przechadzał się po wagonach, pytał kto, gdzie się przesiada w Warszawie. Uspokajał, że maszynista robi, co może, by nadrobić spóźnienie i faktycznie pociąg pomykał jak nigdy. Okazuje się, że jednak można szybciej. Zapewniał, że kierownik pociągu już dzwonił do Warszawy, żeby pociągi na przesiadających się poczekały. Normalnie szok. Musiałam kilka razy się uszczypnąć, by upewnić się, że to nie sen. Bolało, czyli jawa.

Siedziałam w wagonie bez przedziałów. Było dość ciekawie, bo przede mną znajdowało się dwóch bardzo specyficznych młodych „dżentelmenów” o bardzo bogatym zasobie słownictwa, a obok mnie para – mieli po ok. 20 lat (on i ona). Dialogi, jakie toczyli były niesamowite. Miałam w stereo kontrast, jakich mało.

„Dżentelmeni”, patrząc przez okno na biegnącą do pociągu kobitkę z walizą:

– Ty, zobacz, jak zapierd..a! (pierwszy)

– Ha, ha (drugi) Zaraz się wypierd..i!

– Zobacz, jak ciągnie tę pierd….ą walizę. Wypierd..i się jak nic. (pierwszy)

A z boku dziewczyna do chłopaka świergoli.

– A cio to? Ojeeejku! (ona)

– Brzuszek, tylko mnie nie łaskocz (on).

– Łaśkotki, ma misio? Miziu, miziu (ona)

– Połóż główkę. (on)

– Psitul śwoją myśkę. Pomiziaj po włośkach. Ymmm (ona)

Aż spojrzałam, żeby się upewnić, czy ja dobrze słyszę. Ale niestety słuch mnie nie mylił. Normalnie tylko pawia puścić, za przeproszeniem. Już oczyma wyobraźni widziałam, jak to dziewczę za kilka lat mówić będzie do „śwoich dzieciaćków”, no przecież jakieś infantylne społeczeństwo nam wyrośnie z takich rodziców. Po drugiej stronie jednak nie lepiej. Same skrajności.

„Dżentelmeni” w tym czasie:

– Wpierd…..ś moją kanapkę?!

– Nie pierd.l, nic nie wpierd…..m, masz ją w torbie.

– Ja, pierd..ę, rozpierd….a się. Ch.j.

– To wypierd.l ją do kosza.

A z drugiej strony:

– Boli cię jeszcze główka? (on)

– Nie, juś psieśtała. Jak miziaś to mi dobzie. Ymmm (ona)

I tak przez ponad sześć godzin z niewielkimi przerwami. Przestawali mówić, kiedy jedli i spali. Już ze współpasażerką miałyśmy zrzutę zrobić na jakieś tabletki nasenne dla towarzystwa albo chociaż kanapki, żeby im zamknąć buzie, jednak nic z tego nie wyszło. Musiałyśmy wytrwać.

I wiecie, co miałam ochotę powiedzieć sobie w myślach? Coś niecenzuralnego. Od tego „miziania”, seplenienia i infantylnej słodyczy prawie mnie zemdliło.

A panowie dalej wykazywali się bogactwem swojego słownika. Zmusili mnie jednak do poważnej refleksji na temat bogactwa znaczeniowego popularnego przekleństwa (a nawiasem mówiąc, ciekawe, jak zwracali się do nich w dzieciństwie rodzice, może: „O, jak pięknie synuś wpierd…ł zupkę”.). Nie spodziewałam się, że aż tyle treści można wyrazić jednym słowem. Tyle znaczeń. Słusznie ktoś powiedział, że podróże kształcą. Wróciłam do domu bogatsza w wiedzę językoznawczą i socjologiczną.

0 thoughts on “Podróże kształcą”

  1. Zabawna i ciekawa opowieść.
    We wszystkim trzeba zachować umiar. Zawsze, z żoną, staraliśmy się mówić do córki “normalnie”, żeby uczyła się poprawnego języka. Jednak mieliśmy znajomych, którzy robili to w sposób przesadny. W efekcie ich dziecko mówiło “jak stary”, co też wyglądało karykaturalnie.
    Jeżeli chodzi o “dżentelmenów” to rzeczywiście pokazali bogactwo j. polskiego. Znam jeszcze kilka podobnych słów o tak różnorodnym i bogatym znaczeniu. Kiedy uczyłem się angielskiego irytowało mnie, że “ich” słowa mają tak wiele znaczeń, ale cóż to znaczy wobec naszej “łaciny”.
    Tak mi przyszło do głowy, że ciekawie wyglądałaby wypowiedź w języku, który powstałby z wymieszania obu przedstawionych przez Ciebie “dialektów”.
    I jeszcze anegdotka z mojego życia na temat podróże kształcą.
    Dawno, dawno temu czekałem na samolot na lotnisku na drugim końcu świata. Z nudów prowadziłem rozmowę “o dupie Maryni” z jakimś facetem. Noszę nazwisko niemieckie – to istotne dla tej opowieści. W trakcie rozmowy “wyszło”, że jestem Polakiem. Wtedy pan, który był Niemcem wyciągnął swój paszport i pokazał na jakie nazwisko jest wystawiony – Cesarczyk (pisane Tsesarchyk). W odpowiedzi, ja wyjąłem swój paszport i pokazałem nazwisko – obaj wybuchnęliśmy śmiechem. I tak niemiecki Polak z polskim Niemcem popijali sobie piwo na drugim końcu świata. dziwnie się plotą ludzkie losy.

    1. Tak to bywa. Ja poprzednio też miałam niemieckie nazwisko i dzięki temu na studiach z niemieckiego miałam czwórkę, bo wykładowca stwierdzał za każdym razem, że nazwisko zobowiązuje. 😉

    1. Czasami wulgaryzmy są potrzebne, by wyrazić ekspresję, ale nie w roli przecinków czy synonimów. 🙂

  2. – Mozie palówećkie ci ziagziać – pyta babcia wnuczkę.
    – Dziękuję, ale nie preferuję parówek, tym bardziej na gorąco -odpowiada wnuczka.

    1. Dobre. 🙂
      To dziwne, że rodzice, mówiąc do dzieci, seplenią, nie? Jak to dziecko ma normalnie mówić? A potem jedzie pociągiem i gada, jak do idioty do swojego chłopaka. 😉

      1. Gdy słyszę to seplenienie od razu przypominają mi się dwa rysunki Andrzeja Mleczki.
        1. Niemowlę leży w łóżeczku. Wokół łóżeczka dorośli i dymki z napisami różnych dziwnych słów i dźwięków.
        2. Dorośli odchodzą, dziecko ze zdziwioną miną z politowaniem w oczach puka palcem w głowę.

        1. Ha 🙂 A brzmiało jak dowcip. Myślałam tak jak Ula, że to żart. 🙂 To dowód na to, że życie potrafi być zabawniejsze niż najlepsze dowcipy 🙂

  3. Tak, zdecydowanie, podróże kształcą. 🙂

    Nie mniej ciekawych dialogów słuchaczami byliśmy wczoraj z P., na koncercie Brodki. Część dialogów w wykonaniu 13 – 14 latek… a część tylko sugerowanych, bo stały sobie parki 18 -20 kawałek od naszego siedziska, i bardziej z zachowania wyczytywaliśmy to kłótnię, to focha, to obrazę… doprawdy, mając zaplanowane na jutro kino, aż boję się pomyśleć, co tam nam się uda zaobserwować lub usłyszeć … 😉

    1. Ciekawe są takie obserwacje. A odkąd prowadzę blog, jestem wyczulona na to, co dzieje się wokół. 🙂

    1. W zasadzie żadna tajemnica. Edytorstwo współczesne. 🙂 Dlatego mój blog jest taki piękny 😉

      1. A wiesz co ….denerwujesz mnie takim gadaniem… 😉 Nie masz się czego wstydzić kobietoooo !! 😉 Możesz mi linka na maila podesłać do uczelni 😉

        1. Nie chcę dawać swoich zdjęć na blog, to tylko o to chodzi. I tak już dałam ich za dużo. Założenie było takie, że nie będzie nigdy żadnego. A linka Ci nie wyślę, bo trzeba znać hasło, żeby wejść na stronę dla studentów, ale jak bardzo będziesz chciała zobaczyć, to mogę Ci wysłać e-mail. Tylko to jest zdjęcie grupowe z naszym kochanym profesorem-pisarzem-wydawcą-lekarzem-poetą-redaktorem i pewnie można by jeszcze wymienieać i wymieniać. 😉

        2. Nie chcę dawać swoich zdjęć na blog, to tylko o to chodzi. I tak już dałam ich za dużo. Założenie było takie, że nie będzie nigdy żadnego. A linka Ci nie wyślę, bo trzeba znać hasło, żeby wejść na stronę dla studentów, ale jak bardzo będziesz chciała zobaczyć, to mogę Ci wysłać e-mail. Tylko to jest zdjęcie grupowe z naszym kochanym profesorem-pisarzem-wydawcą-lekarzem-poetą-redaktorem i pewnie można by jeszcze wymieniać i wymieniać. 😉

  4. Muszę przyznać,że ja też klnę jak szewc,ale raczej tylko w czterech ścianach.Wśród ludzi mało kiedy mi się to zdarza.

    Ale ta parka zakochanych,to ma nierówno pod sufitem.Moim domowym słownictwem określiłabym ich tak:co za poje.y leśne:)

    1. Ha, ha 🙂 Dobre. A mnie też się zdarzy przekląć, ale rzadko i wtedy to ma odpowiedni wydźwięk. 🙂 Wszyscy wiedzą, że bez kija nie podchodź. 😉

  5. Jak widzisz nadrabiam zaległości-i to hurtowo!Jejciu-jak mnie denerwowało-gdy moja teściowa ,bądź ktokolwiek z rodziny tak właśnie “seplenił i zdrabniał” mówiąc do moich malutkich dzieci.Wtedy ostro wkraczałam i zapewniałam że dzieciaki nie mają stwierdzonej ułomności i mówiąc do nich normalnie one na pewno zrozumieją.Ogólnie podróż miałaś pełną wrażeń-z jednej strony słodkie jak miód dialogi-a z drugiej lekcja łaciny…I tylko jedno się ciśnie na usta-Ach,ta dzisiejsza młodzież!Ogólnie jestem pełna obaw co do przyszłości tego świata-jeżeli ma ona zależeć od takich osobników.

    1. Ha, ha 🙂 No, miejmy nadzieję, że jeszcze, pomimo tych skrajności, są normalni ludzie na świecie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *