Głodujące dzieci?

Jakiś czas temu wiele w mediach mówiło się o głodujących dzieciach, o biedzie i jak zwykle o kryzysie. Temat pewnie trudny, bo każdy z nas zna przynajmniej jedną rodzinę będącą na skraju ubóstwa.

Niektórzy domagają się gorących posiłków w szkołach dla wszystkich dzieci, niezależnie od zarobków rodziców. Tylko w których szkołach pozostały jeszcze stołówki? Nie wiem, jak w Waszych miastach, ale z moich doświadczeń wynika, że raczej samorządy polikwidowały stołówki na rzecz cateringu. Mniej kłopotu i podobno taniej. Nie trzeba zmywać ani utrzymywać kuchni, bo obiadki przyjeżdżają poporcjowane w styropianowych pojemniczkach. Odpada też zatrudnienie kilku osób. Tylko nie wiem, czy jakościowo wychodzi na to samo.

Dawniej, kiedy ja chodziłam do podstawówki, przy szkole był ogródek, nieduży, ale zawsze rosła tam marchewka, pietruszka, koperek itp. Dzieciaki w ramach godziny wychowawczej i biologii raz na jakiś czas tym ogródkiem się zajmowały. Nikomu to nie przyniosło ujmy. Pamiętam jak grabiliśmy, wyrywaliśmy chwasty, czasami przekopać też trzeba było jakąś grządkę itp. Wszyscy byli zadowoleni, bo to przecież w trakcie lekcji. Warzywa trafiały do szkolnej stołówki, obniżało to troszkę pewnie koszty obiadu. Było okej.

Dzisiaj niektóre dzieciaki nie wiedzą nawet, jak wygląda rosnąca pietruszka czy marchewka. Po prostu wiedzą, że można je znaleźć na sklepowych półkach lub na targowisku. A w szkołach z reguły nie ma stołówek, nie ma pań kucharek, które znały wszystkie dzieciaki i wiedziały, komu dołożyć więcej marchewki, komu więcej sosiku.

Moja mama pracowała (przez wiele lat) w przedszkolu. Opowiadała o chłopcu, na którego zwróciła uwagę podczas jedzenia, bo chłopczyk chował coś do kieszonki. Okazało się, że był to chleb. Zapytała, dlaczego to robi, że przecież może zjeść tyle, ile chce.

– Schowałem dla siostry – odpowiedział chłopczyk. Wynosił w kieszonce suchy chlebek do domu. I bynajmniej nie dla konia!

Problem pomocy jest na pewno skomplikowany. Były czasy, kiedy dzieciaki dostawały w szkołach darmowe mleko. Pamiętam, jak podczas spotkań z rodzicami w klasie mojej córki, wychowawczyni nieraz mówiła o tym, co dzieciaki wyrabiają z mlekiem, które dostają za darmo. Dla szkoły było to istne utrapienie. Rzucano nim po ścianach, wylewano do kosza, wrzucano na szkolny dach. Wiadomo, wyobraźnia dzieciaków nie zna granic. Mleko było za darmo. Wszystkim więc wydawało się, że jest ono gorsze, bo nie trzeba płacić. Dzieciaki opowiadały, że szkoła chce je otruć. Z czasem wprowadzono opłaty za mleko. Niewielkie, bo niewielkie, ale zawsze coś trzeba było zapłacić. I wtedy problemy z rozlewanym mlekiem się skończyły.

Kiedy ja chodziłam do podstawówki, też dostawaliśmy mleko. Pamiętam je do dziś. Biała trauma. Gorące mleko z kożuchem na wierzchu. Brrrr! I nie w kartonikach, ale w białych topornych kubkach, „nadgryzionych” po brzegach. Fuj! Zawsze miałam wrażenie, że przyklejają mi się do dłoni. Tylko że my wtedy mieliśmy utrudnione zadanie, nie można było takiego kubka ciepnąć do kosza ani na szkolny dach, bo jeszcze wychowawcy czuwali, coby mleczko znikało w naszych brzuchach.

Problem nie jest łatwy. Tym bardziej, że my Polacy wyrośliśmy wychowani na Mickiewiczowskim mesjanizmie, wmawiało się nam romantyczne koncepcje o narodzie wybranym. Że niby Chrystus narodów, pępek świata, zielona wyspa… A tu ileś tysięcy głodujących dzieci. No, jakże to możliwe, żeby naród wybrany i głód, jeżeli wokół “mirabelki i szczaw”…?

 

* Zdjęcia z Wikipedii

0 myśli na “Głodujące dzieci?”

  1. Z tymi ogródkami przy szkołach to bylaby dobra sprawa,bo teraz dzieciaki myślą(niektórzy dorośli również),że ziemniaki ROSNĄ w tesco lub w innym sklepie.Jeść by każdy chciał,ale kiedy trzeba coś w polu posadzić,”robić”koło tego,to każdy umywa ręce.Tylko,żeby jedzenie się w sklepie znalazło,ktoś musi włożyć w to swoją pracę.

    1. Takie ogródki na pewno nie były złe. Tylko teraz pewnie nikomu by się nie chciało w nich robić. Stołówek pewnie też nie ma, więc po co? Tak, jak piszesz, niektórzy nie wiedzą, jak rośnie ziemniak 😉

  2. Ja pewnie zaliczam sie do tych nielicznych co uwielbiali pic mleko w podstawowce i do dzis mile wpominam zapach cieplego mleczka przenikajace szkolne korytarze. Moj synek chodzi do przedszkola gdzie jest stolowka, moda na catering jeszcze nie dotarla do naszej miescinki (ku mojemu zadowoleniu). Duzo rzeczy zostalo wycofanych. Pamietacie fluorkowanie zebow? albo ksiazeczki SKO? uczyli nas oczednosci, gospodarnosci, samodzielnosci, higieny. Oj, mam wrazenie ze w tym zwariowanym swiecie wszystko sie poprzewracalo do gory nogami a o upadku wszelkich wartosci to juz nie wspomne…
    chyba sie nie nadaje na te czasy…
    pozdrawiam serdecznie

    1. Pamiętam. A pamiętasz, jak panie higienistki sprawdzały czystość? 🙂 Grzebały w głowach, sprawdzały paznokcie i czy ma się przy sobie chusteczkę. 😉 O, rany, to były czasy. A dziś w szkołach nie zawsze jest pielęgniarka. W szkołach byli też dentyści, pamiętam. Można było sobie wyleczyć ząbki. 🙂

      1. U mnie higienistek nie było, dentystów ani lekarzy też nie. Raz do roku przyjeżdżali z ośrodka zdrowia i sprawdzali wzrok, słuch, itp. Już za czasów mojej siostry (26 lat) tego nie było i wadę wzroku ma późno wykrytą.
        Stołówki też nie było. W zimowe miesiące kupowaliśmy sobie abonament na gorącą herbatę na dużej przerwie, kiedyś nasz autobus przyjechał z opóźnieniem z powodu dużego mrozu i herbatkę zrobili nam wszystkim gratis 🙂
        Na temat mleka lepiej nie będę mówić, błeee.
        Mieliśmy za to ogródek, podzielony na małe działeczki, w którym obrabialiśmy grupami nasze grządki.
        To były czasy…

        1. Ale że stołówki nie mieliście? Myślałam, że w tamtych czasach (a wywnioskowałam, że chyba niewiele jesteś młodsza ode mnie), to wszędzie były. 🙂 To Wy pokrzywdzeni byliście. 🙁 Ja chodziłam do 3 podstawówek, nie że mnie z każdej wyrzucali, tylko moi rodzice mieli różne fantazje związane z zamieszkaniem 😉 i w każdej była stołówka. 🙂

          1. Rocznik 74 😉
            Moja szkoła wtedy była małą szkołą wiejską. Osiem roczników i osiem klas, mój brat miał w klasie 15 osób, taki mało owocny rok. Prawie wszyscy byliśmy dziećmi rolników. Teraz szkołę rozbudowali, jest też gimnazjum. Z czasem wieś stała się przedmieściem. Nie wiem, czy moi kuzynowie w Stg mieli stołówkę. Ich rodzice pracowali do 15tej, po powrocie wszyscy jedli obiad w domu.
            Nawet w tzw. zerówce nie było stołówki. Gorzej, nawet nic do picia nie dawali. Babcia długie lata wspominała, jak wychodziła po mnie na przystanek, a ja do niej “babcia, znowu susza była” 🙂

          2. To kiepsko mieliście. A przecież między nami tylko dwa lata różnicy. Tylko ja chodziłam do dwóch podstawówek w mieście i do trzeciej w malutkim miasteczku (ja bym nawet powiedziała wsi, ale pewnie mieszkańcy by się obrazili) do szkoły “gminnej”. I wszędzie były stołówki. 🙂 Dlatego tak dobrze wypoasiona jestem 😉

          3. Ale mieliśmy lekcje do 13-14, najpóźniej o 16 byliśmy w domu, na obiedzie mamusi 🙂
            Nigdy nie czuliśmy się pokrzywdzeni.
            Poza tym… pierwsza stołówka, z jaką miałam styczność, to stołówka na studiach. Miałam szczęście, że mnie wcześniej ta przyjemność ominęła 😉 Koleżanka wylała na siebie rosół, nawet plamy po nim nie było, taki “tłusty”.

          4. Dbali o Waszą linię 🙂 A stołówki studenckie to też ciekawostka. Moja uczelnia nie miała, ale korzystaliśmy ze stołówki politechniki. 🙂

  3. Ja też uwielbiałam pić mleko w szkole-ale do dzisiaj pamiętam swąd gdy się przypaliło.Co do ogródków-to mieliśmy skalniak-duma naszej pani od biologii,uwielbialiśmy na jej lekcjach-gdy nastała wiosna-plewić,grabić,sadzić…teraz jest tam parking!I również mam sentyment do tamtych czasów jak Magdalenka…Ale znam rodziców którzy jęczą że mają pustą lodówkę-odpalając przy tym kolejnego papierosa.Dziwnie jest ten świat ułożony-jedni z nadmiaru kasy głupieją(np.kupują psom diamentowe obroże),a inni z głodu umierają…

    1. To prawda.
      A co do mleka. Ja gorącego nie lubiłam, w dodatku te kubki były obrzydliwe. Ale teraz mleko czasami piję, lubię, ale nigdy nie podgrzewam tak, żeby kożuch się zrobił. 🙂

      1. Wiem że stwierdzisz iż jestem psychiczna-ale uwielbialiśmy z bratem wyjadać kożuch z mleka-paluchami hihi. Ach-bo bym zapomniała-w końcu zobaczyłam Cię na wizji-i wiesz-fajna z Ciebie “kobiełka”!

        1. Powiedz, że z tym kożuchem to taki żarcik. 😉
          Cieszę się, że mnie widziałaś, mam nadzieję,że wstydu nie przyniosłam. 🙂

          1. Mój mąż uważa kożuch za najlepszą część, dla niego to śmietanka! (tutaj wyobraźcie sobie emotikona z wytrzeszczonymi oczętami)
            Ale innych wad nie ma.

          2. O, to taką wadę da się przeżyć. Dobrze, że ma chociaż jedną, bo inaczej to trudno by było w ten ideał uwierzyć. 🙂 Musiałabyś co dzień rano szczypać się w pośladek, by sprawdzić, czy to nie sen 😉

          3. A w necie podobno jest, ktoś w komentarzu wrzucił link. To jest na stronie “Miasta kobiet”, chyba. Ale nie ma co żałować. 😉 Może uda nam się kiedyś spotkać na herbatce, to zobaczysz mnie na żywo 😉

          4. Właśnie z tych linków próbowałam, mogę zobaczyć tylko pierwszy.
            A zatem do zobaczenia w realu! 😉

          5. Bo ten drugi to chyba miał być “aktywny” później. Nie wiem. No, ale do zobaczenia w realu. 🙂

  4. Oj, moja mama mi opowiadała o tych ogródkach w podstawówce, kuchni w szkole, mleku, a nawet dentyście i higienistce… i wszystko obowiązkowo.
    U mnie była już tylko kuchnia. Tak szczęśliwie mi się trafiło być w rejonie jeszcze tej mało “nowoczesnej” szkoły.
    Dzieci głodują, fakt, ale nie wydaje mi się, że obiad powinien być dla wszystkich w szkole. Czy dług państwowy powinien się dodatkowo powiększać? Owszem dla dzieci potrzebujących tak, ale dla tych co stać na wykupienie obiadu? Nie wiem czy to było by rozsądne względem tego, że i tak zwróciliby to wszyscy w podatkach. Państwo daje = rozdaje, ale odbiera to w coraz wyższych podatkach. Tak mi się wydaję, że powinno to być uwarunkowane względem dochodu. Ale to temat bardzo ciężki. Dobrze, że zostaje poruszony. Jest ciężko i nie będzie wcale lepiej.

    1. Też uważam, że jak kogoś stać, to niech zapłaci, ale też żeby nie były to jakieś kosmiczne kwoty. Fakt, temat trudny i rozwiązanie znaleźć trudno. Kiedyś opowiem jeszcze jedną historię o pewnej dziewczynce, u której miałam okazję być w domu i widok “mieszkania” pewnie będzie mnie prześladował do końca życia. Ale to w swoim czasie.

      1. Zwróciłabym też uwagę na tych rodziców, którzy wolą wydać 300zł miesięcznie na fajki niż na dziecko. Na tych co po prostu są leniuchami. Nie zawsze przecież dziecko chodzi głodne i brudne, bo rodziców nie stać. A po prostu w domu panuje wielki syf i nieróbstwo. Znałam parę takich koleżanek. Pamiętam jak ukradkiem wynosiliśmy jej ubrania do prania u mnie. Przykry widok.

  5. W wiejskiej szkole moich synów jest stołówka i kuchnia, panie im gotują na miejscu pyszne obiadki. A to zwykła wiejska szkoła, ogromna, bo uczą się w niej dzieci od 2,5 roku do 19lat, tzw zespół szkolno – przedszkolny.
    Ale pomysł z ogródkiem całkiem fajny, zaproponuję na Radzie Rodziców.

    1. Taki ogródek to naprawdę niegłupia sprawa. I już by dzieciaki miały ekologiczne warzywka i trochę by pogrzebały w ziemi. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *