Wystarczy jeden telefon

Pisałam o tym na FB, ale temat jest na tyle ważny, że trzeba go powtórzyć.

W miejscu, gdzie mieszkają moi rodzice, urodziły się kociaki. Chyba cztery. Była więc trójkolorowa mama, czarny tata i czworo mieszanych kociąt. Szczęśliwa rodzinka.

No… prawie szczęśliwa. Gdyby nie człowiek…

Niestety nie wszyscy w bloku byli zadowoleni z przychówku. Dobry człowiek dokarmiał, ale zły człowiek niszczył miseczki, wyrzucał jedzenie. Inny zły człowiek dodatkowo strzelał z wiatrówki.

Nagle znikła kotka. Maluchy zostały same, ale dziwnym trafem koło bloku pojawiła się inna kotka z trzema swoimi maluchami. Na oko były starsze około miesiąca od wcześniejszych kociaków. Co ciekawe, kotka adoptowała sierotki i karmiła je jak swoje.

Zwierzęta jednak są mądrzejsze niż ludzie.

Zły człowiek oczywiście się zirytował, bo było sześć kotów, teraz na podwórku rządziła dziewiątka.

Pewnego dnia razem z tatą znaleźliśmy małego czarnuszka. Nie żył. Nie było widać żadnych ran. Nic. Od razu pomyślałam, że był chory. Na jego widok pewna pani rzuciła z radością:

– Nareszcie! Jednego mniej!

Na moje oko to była reprezentantka złych ludzi. A złych ludzi niestety było więcej…

Kilka godzin później razem z Jajem poszłyśmy zrobić oględziny kociaków. Były dzikie. Mogłyśmy do nich podejść na metr. Bliżej nie dały. Ale widok był przerażający. Jeden prawdopodobnie miał koci katar. Oczko zaklejone od ropy. Pozostałe niemrawe. Dwa się trzęsły. Ogólnie widok smutny.

Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do schroniska. Dokładnie opowiedziałam o tym, co się działo, jak wyglądały koty. Powiedziałam też, że wszystkie tu zginą, bo niestety zły człowiek nie odpuści. Ponadto wspólnota nie wyrazi zgody na postawienie domków, by koty mogły przetrwać zimę. Jeżeli więc schronisko nie pomoże, zginą dwie rodziny kotów.

Piętnaście minut później była interwencja, były klatki pułapki. Tacie udało się złapać w nie niestety tylko dwa koty. Jedna z sąsiadek zaangażowała się w pomoc i czuwała nad klatkami, kiedy tata musiał zajmować się mamą.

Okazało się jednak, że koty zostały otrute. Dwa maluchy trafiły pod kroplówkę (nie wiem, czy przeżyły). Kocia mama adopcyjna też została znaleziona martwa, jedno z jej dzieci także. Obecnie biega tam jeszcze tylko jeden kotek, reszta gdzieś znikła. Czy żyją, nie wiemy.

Dlaczego o tym piszę? Bo nie lubię złych ludzi, to po pierwsze. Jakim trzeba być potworem, by truć, strzelać z wiatrówki lub cieszyć się ze śmierci?

Po drugie wystarczy tak niewiele. Jeżeli nie chcemy kociaków, wystarczy wykonać telefon. Fundacje, schroniska na pewno pomogą. A wykonanie telefonu to naprawdę niewiele w porównaniu do zorganizowania trucizny. I w lustrze jednak łatwiej witać się ze swoim odbiciem. Spać pewnie też przyjemniej.

A sprawa oczywiście została też zgłoszona na policję.

12 myśli na “Wystarczy jeden telefon”

      1. Ja mam zawsze mieszane uczucia odnośnie tych dobrych ludzi – z jednej strony dokarmiają , otwierają okienka w piwnicy żeby koty miały gdzie spać, a z drugiej… pozwalają na rozmnażanie bez kontroli. U moich rodziców w bloku czasem trudno wejść do piwnicy z powodu odoru, niestety. I stadko kociakow bez kontroli. Fajnie by było gdyby choć część z nich znalazła dom, ale nie oszukujmy się… A przecież wiadomo, że dokarmiane są głównie przez starsze osoby, które nie wydadzą swojej renty czy emerytury na antykoncepcję dla bezpanskich zwierzaków. I tak to niestety wygląda… 😞🙁

        1. A to druga strona medalu. Dlatego pomagać trzeba też z głową. W wielu miastach bezdomne koty sterylizowane i kastrowane są za darmo. Wystarczy przywieźć. Tylko że złapać dzikiego kota nie jest łatwo, a starsza osoba pewnie tego nie zrobi.

  1. Och…biedne kotki. Sama mam trzy koty. Dwa miałam wcześniej ,trzeciego tak na oko miesiecznego podrzuciła nam kotka,kiedy byliśmy pod miastem. Jak byliśmy,dbaliśmy aby kocia mama i jej 5 -ka dzieci,miały co jeść. Wczoraj się dowiedzieliśmy ,że dwa kociaki zmarły prawdopodobnie z głodu. Proponowałam sąsiadom abyśmy się złożyli i wykastrowali kotkę . Nikt się nie zgodził . Kotka mama jest kotem wszystkich . Nie wiem czy tutaj działają tak samo schroniska . Wiem jak na Katalonii ,bo drugi kot pochodzi z adopcji . Jak jest w hiszpańskiej Galicji będę się musiała dowiedzieć aby nie dopuścić do śmierci biednych zwierząt.
    Też trudno jest mi dotrzeć do ludzi ,bo niby młodzi i mieszkający na obrzeżach miasta ,w zadbanych domach ale z podejściem do zwierząt ,że zwierzę jest po to aby pomóc człowiekowi. Pies do ochrony domostwa,kot do łapania mysz… Jeśli nie złapie to nie je…a to już nie ich sprawa…

    1. Kastracje i sterylizacje powinny być darmowe, wtedy można by kontrolować liczbę urodzeń dzikich zwierząt. Niestety nie wszystkie samorządy przeznaczają na to pieniądze. A kotka w ciągu roku jest w stanie urodzić z kilkadziesiąt kociaków, które skazane są w większość na śmierć. 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *