Wąż z balonikiem

Zaćmienie umysły to coś potwornego. Wciąga czasami człowieka jakaś czarna dziura, a kiedy już wypluje, to trudno zracjonalizować to, co się stało przed chwilą.

Miałam tak w piątek. Pisałam, że pojadę po Jajo. Pojechałam. Miesiąc wcześniej kupiłam bilety i cieszyłam się, że zaoszczędziłam, a miałam jechać pociągiem nad pociągami, więc oszczędność była istotna. Wszystko szło dobrze. Jajo wylądowało wcześniej. Ja dojechałam punktualnie, zgodnie z rozkładem jazdy. Na Centralnym schowałyśmy ciężkie bagaże do szafki, poszłyśmy na śniadanie, bo było po dziesiątej, a pociąg miałyśmy za pięć godzin. Wybrałam ten, bo bałam się, że lot może być opóźniony, a miesiąc wcześniej nie da się nic przewidzieć.

Po śniadaniu poszłyśmy do kina. A że repertuar przedpołudniowy był raczej familijny, więc dużego wyboru nie było. Kubuś Puchatek jednak dobry jest zawsze. Na niego nigdy nie jest się za starym. Siedziałyśmy więc w kinie jako jedyne dorosłe, ale kompletnie nam to nie przeszkadzało. Ja oglądałam, zerkając co chwilę na Jajo. A Jajo co? Przysypiało, bo przecież w samolocie nie zmrużyło oka, a jeszcze trzeba było się przestawić na inny czas.

Przed wyjazdem przekąsiłyśmy lekki obiad i przed piętnastą siedziałyśmy już na peronie. Pociąg był opóźniony o dwadzieścia minut, co przyjęłyśmy z radością, bo co chwilę zapowiadano opóźnienia, a dwieście czy trzysta minut brzmiało jak horror.

I tak sobie stoimy na peronie. Rzut oka na dwie tablice, by zobaczyć, na który tor wjedzie pociąg. Patrzymy przy piątym napisane „Olsztyn”, przy naszym pusta tablica. Każdy więc chyba wydedukowałby, że pociąg wjedzie na nasz. Stoimy więc przy naszym torze. Obok wjechał pociąg, a my wypatrujemy naszego po „naszym” torze. I nagle patrzę. Idzie facet z wężem na szyi, a w paszczy węża sznurek, na końcu którego dynda balonik. To nas zainteresowało. Scena jak z filmu. Przed chwilą na ekranie Kubuś Puchatek trzymał czerwony balonik. A teraz wąż, który w dodatku nas zahipnotyzował. Wąż był pluszowy, więc naprawdę poczułyśmy się, jakbyśmy się przeniosły na plan filmu “Krzysiu, gdzie jesteś?”. Sami przyznajcie, że taki wąż z balonikiem “zaćmiłby” każdego.

Stoimy więc w tym zaćmieniu uśmiechnięte od ucha do ucha.

– Pociąg do Gdyni – usłyszałyśmy nagle. – Stoi na peronie trzecim, przy torze piątym.

I w tym momencie doznajemy oświecenia, że nasz pociąg jest na innym torze niż przypuszczałyśmy. Szybkim krokiem docieramy do niego. Ja wyciągam dłoń, by nacisnąć przycisk otwierający drzwi. I! Brakło mi dziesięciu centymetrów, by sięgnąć. A w tym momencie pociąg spokojnie, jakby śmiejąc się nam w twarz, odjeżdża. Oprócz centymetrów brakło mi więc też kilkunastu sekund.

– To nasz… – mówię do Jaja, a Jajo momentalnie w płacz. Bo padnięte, bo ledwo żywe, bo prawie zasypiające na stojąco.

Patrzę w internet. Są pociągi co godzinę. Spokojna głowa więc, zaraz będzie następny. I tu zonk. Nie ma biletów na ten 16.20 i na ten 17.20, i na ten 18.20 i żeby było śmiesznie, i na ten 19.20.

– Proszę pani – mówię w kasie. – Byle jaki, z tysiącem przesiadek, ale oby dzisiaj i obyśmy dojechały jak najbliżej Gdańska, stamtąd mąż wyruszy nam na ratunek.

– 19.37 – mówi kasjerka. – Ale bez gwarancji miejsc siedzących.

Jajo płacze, łzy leją się niczym z cebra. Ja pocieszam, jak mogę, że jakieś miejsce się znajdzie. To tylko trzy godziny. Usiądziemy na podłodze itp. Jajo nie jest w stanie nic pocieszyć. Siedzimy na dworcu. Ja sobie czytam książkę, a Jajo siorbie nosem i przez godzinę leje łzy.

Wreszcie udało się nam wsiąść. Mnóstwo ludzi takich jak my, bez miejscówek. Szczęście w nieszczęściu jest jednak takie, że stoimy przy przedziale, w którym są dwa wolne miejsca. Siadamy. Pociąg nie zdąża ruszyć, a Jajo już śpi. Na każdej stacji zaklinam rzeczywistość, by nikt nie miał miejscówek na nasze miejsca. I! Nikt nie ma! Udaje się dotrzeć do domu!

Potem analizowałyśmy, jak to się stało, że nie wsiadłyśmy do pociągu. No, bo jak? Żebyśmy nie były we dwie, to jeszcze, bo jedna osoba może mieć zaćmienie, ale że tak na raz nas dopadło? Nie mogłyśmy zrozumieć. Doszłyśmy wreszcie do wniosku, że to przez węża z balonikiem i Kubusia Puchatka też z balonikiem. Innego wytłumaczenia nie ma. Szkoda tylko, że mały rozumek to nam przypadł w udziale.

Mieliście kiedyś taką pociągową przygodę?

10 thoughts on “Wąż z balonikiem”

  1. Horror zabarwiony nutą humoru. Czytając tę historię poczułam się, jak za czasów studenckich, kiedy jeździło się pociągami na wariata… Liczyła się nie wygoda, a odpowiednie towarzystwo, a tego Ci nie zabrakło (choć w wersji śpiącej).

    1. Tak, moje towarzystwo całą drogę przespało, a ja wypatrywałam tylko, czy zaraz nas ktoś nie przegoni. Zresztą w przedziale obok panowie jechali na kawalerskie do Sopotu, więc trochę się nasłuchałam ciekawych rzeczy o kobietach. 🙂 🙂

    1. Pewnie tak i nawet jak się człowiek dobrze zastanowi, to okaże się, że pana z wężem w ogóle tam nie było. Hi, hi 😉 🙂

  2. Jak to by powiedział mój mąż – kobiety mają to do siebie że zawsze świetnie się gubią bo skręcają nie w te lewo co trzeba, albo czekają na pociągi przy innym torze… Ale ważne że dotarłyście do domu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *