Maltretował ręce i nogi

Kiedy pisałam „Na dnie duszy”, namiętnie czytałam „Bestiariusz słowiański” (Pawła Zycha i Witolda Vargasa) w poszukiwaniu odpowiedniego złego ducha do mojej książki. I tak znalazł się w niej kłobuk w postaci czarnej kury – upostaciowione zło, które zawsze daje pretekst, by zrzucić na nie winę, jeżeli dzieje się coś strasznego. Wtedy możemy śmiało powiedzieć, że to nie my, że to wszystko przez tego potwornego kłobuka. Jeżeli znacie moją książkę, to wiecie, skąd demon wziął się w życiu Rozalii.

Czytanie bestiariusza mnie wciągnęło. Przyznam się, że co chwilę parskałam śmiechem, bo ludzka wyobraźnia naprawdę nie zna granic. Ponadto autorzy zadbali, by było ciekawie. A ja z tej ciekawości kupiłam drugą część. I znalazłam tak oryginalnego stwora, że muszę Wam o nim opowiedzieć, bo moja wyobraźnia podskakiwała z radości, kiedy mi wizualizowała gniotka. Był to tłusty stworek w czerwonej czapeczce. Podobno był z niego kawał wredniaka. Może Was też kiedyś dopadł, bo ja mam wrażenie, że mnie mógł kilka razy wybrać na swoją ofiarę. Nie wiedziałam tylko, że to on. Ja głupia i naiwna myślałam, że w kościach łamie, że mięśnie bolą, a to był gniotek.

Co robił taki stworek? Dreptał sobie po człowieku. Zaczynał od maltretowania jego rąk i nóg, a potem przenosił się na górną część ciała – klata, brzuch itd. Co ciekawe, gniotek, choć mały, był bardzo ciężki, a w dodatku miał przy sobie dużo złota, więc żeby nie zgnieść człowieka na martwy placek (łaskawy był, jak się okazuje), złoto kładł koło łóżka i by jeszcze bardziej zmniejszyć swoją wagę, wyjmował z siebie swoje… wnętrzności. Tak się poświęcał dla ofiary! Zmaltretować, ale nie zabić!

Ludzie oczywiście nie potrafili docenić tego, że gniotek nie miażdżył ich na amen, więc kombinowali. Gdy gniotek ugniatał, trzeba było udawać, że się śpi, a gdy on nie patrzył, należało nasypać ostrych plew na jego wnętrzności. I kiedy gniotek wepchnął je do swojego bebecha, zaczynał się drapać, zapominał o złocie, a wtedy sprytny człowieczek rach-ciach zakosił mu kosztowności. A potem święconym cepem (skąd dzisiaj wziąć święcony cep?!) przyłożył tłustemu stworkowi, odmówił modlitwę i już mógł żyć sobie spokojnie z ukradzionymi bryłkami złota bez gniotka. No, ale oczywiście czyhało na niego zaraz stado zupełnie innych stworów, na które też powinien być przygotowany.

Aha! Bogactwo gwarantowała też czerwona czapeczka gniotka. Wystarczyło ją zdobyć, a karzełek zapłaciłby za nią każde pieniądze.

W mojej wyobraźni oczywiście najwyraźniej zwizualizowały się wnętrzności gniotka. Zobaczyłam je leżące na mojej szafce przy łóżku, kiedy ten maltretuje mi nogi… Widok niezwykły.

A że gniotek mnie kilka razy odwiedził, nie mam wątpliwości. Tylko że ja naiwna i nieświadoma myślałam, że to zakwasy po jodze. A teraz to już sprawa jasna. Muszę wykombinować święcony cep na zaś.

A u Was bywa?

8 thoughts on “Maltretował ręce i nogi”

  1. Czyli w moim przypadku to tez nie starość tylko gniotek?
    Trzeba zbudować cep bo juz sie chyba nie kupi 😂 i iść poświęcić.

  2. Cepem służę, ino nie wiem czy poświęconym. 😉
    Pozostał po świetności gospodarstwa moich dziadków pod naszym górskim dachem.
    Ewentualnie pożyczę, bo jak gniotek do mnie przybędzie i będzie mnie maltretował po nogach to też muszę coś na niego mieć 🙂

  3. Czytam, czytam i mnie to najbardziej wizualizuje się ta czerwona czapeczka 🙂 🙂 🙂 normalnie widzę poplamią, nieco potarganą, czerwoną czapkę bejsbolówkę, choć bez sygnatur jakiejkolwiek drużyny :), która jednocześnie jest świętością i atrybutem niezaprzeczalnie koniecznym do egzystencji, ukochanym ciuchem, bez którego żywot jest nic niewart nawet gdy ma się sagan złota 🙂 😉

    1. Gniotki są przebiegłe i potrafią wygniatać chyba wszystkie części ciała. Nie daj się zwieść, że to buty. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *